Czy Europa popełni samobójstwo?

Kościół w kwestii imigrantów poczynił zwrot o 180 stopni, opowiadając się po stronie imigranta, najczęściej muzułmanina. Sprawił tym, że Europejczycy zapadli w swego rodzaju „letarg”. Nadszedł moment, by stawić czoła problemowi – uważa Laurent Dandrieu, redaktor naczelny rubryki kulturalnej francuskiego tygodnika Valeurs actuelles, ekspert w dziedzinie religii oraz autor książki Èglise et immigration le grand malaise.

Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” (Mt, 25, 35). Ten cytat z Ewangelii zdaje się zamykać w obrębie Kościoła wszelkie dyskusje na temat imigracji, czyniąc z nauki miłości bliźniego swoistą politykę działania. Mimo to Pan uważa, że dyskusja na ten temat jest niezwykle pilna. Dlaczego?

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na ukryty fałsz, jaki kryje się w zamiarze tłamszenia wszelkich dyskusji tym właśnie zdaniem, które z pewnością nie jest wystarczające, by uzasadnić politykę migracyjną. W regularnych odstępach czasu francuski episkopat skandował je jako jedyny argument krytyczny wobec restrykcyjnej polityki w stosunku do imigrantów. Myśl katolicka, podobnie jak miłosierdzie, ulega upodleniu i staje się czymś, co Chesterton zwykł nazywać „chrześcijańską cnotą, która oszalała”. Miłosierdzie musi również, zwłaszcza w polityce, cechować ostrożność, nie można narażać na niebezpieczeństwo naszego wspólnego dobra, by nie obrócić się przeciwko tym, którym powinno się pomagać; musi być sprawiedliwe, nie może rozebrać jednego człowieka, żeby ubrać drugiego, musi być skuteczne: nie może obiecywać pomocy, jeśli nie będzie w stanie jej udzielić… Dyskusja jest konieczna, ponieważ poprzez wychwalanie islamu, które nieustannie słyszymy, jakby nie miał on nic wspólnego z przemocą i jego wyznawcy byli wyjątkowo chętni do integrowania się z europejską kulturą, Kościół potwierdza swoją przynależność do elit przyczyniających się do „letargu Europy”, co wzbudziło ogromne zdumienie filozofa, Pierre’a Manenta, który dodaje, że sami muzułmanie „odbierają tę destrukcję jako dowód na ich moralną wyższość”: rola Kościoła, który widzi wielkość Europy w postawie skazującej na zapomnienie tożsamość narodową na rzecz „kultury spotkań”, jest w tej kwestii niepodważalna. Taki błąd prowadzi do katastrofy nie tylko w Europie, ale też w samym Kościele: jak ponownie rozbudzać wiarę wśród ludzi, którym tłumaczy się, że ich uzasadniona obawa o przetrwanie jest jedynie przejawem zamknięcia się w sobie, przesadną ostrożnością i że miłość do własnej tożsamości powinna zostać całkowicie poświęcona w obliczu nakazu przyjęcia drugiego człowieka?

 Przy okazji ukazania się Pana książki został Pan oskarżony o krytykę katolicyzmu. Jak Pan na to odpowie?

Bardzo prosto! Że mam katolicką wizję Kościoła! W całej swej dotychczasowej historii Katolicyzm potrafił zachować równowagę między wezwaniem do miłości bliźniego, która nakazuje nam widzieć w każdym człowieku brata w obliczu wspólnego Boskiego ojcostwa, a koniecznością życia w naturalnych wspólnotach, począwszy od rodziny, a skończywszy na narodzie. Konieczność ta ma charakter nie tylko materialny, ale również duchowy, ponieważ wspólnoty są naturalnym kontekstem miłosierdzia i mediacji niezbędnej do osiągnięcia uniwersalności. Z tego względu Jan Paweł II mógł mówić o „wartości religijnej” „wiary w tożsamość narodową”. W dzisiejszych czasach oczywiście są tacy, którzy pragną katolicyzmu bezpaństwowego, całkowicie zanurzonego w powszechności i „jedności ludzkiej rodziny”: ci ludzie jednak zapominają, że chrześcijaństwo to religia wcielona i że uniwersalizm niezakorzeniony w tożsamości poszczególnych narodów skazany jest na ślepy humanitaryzm.

Tak napisał w swojej encyklice Summi Pontificatus papież Pius XII: „Tu uważamy za konieczne podkreślić, że świadomość tej braterskiej i powszechnej wspólnoty, którą budzą i rozwijają w ludziach zasady nauki chrześcijańskiej, nie burzy miłości ku własnej ojczyźnie, ku jej tradycjom i sławie ani też nie zabrania pracy dla powiększania jej dobrobytu i rozwoju słusznych interesów. Nauka ta bowiem poucza nas, że Bóg ustanowił, iż w miłowaniu mamy kierować się rozumną kolejnością, według której bardziej mamy miłować tych i więcej świadczyć dobrodziejstw tym, którzy są z nami związani ściślejszymi więzami. Wskazał na to sam Boski Mistrz swym postępowaniem, pałając szczególną miłością do ziemi ojczystej i gorzko płacząc z powodu ruiny zagrażającej Świętemu Miastu”.

Jean-Pierre Denis, dyrektor La vie, francuskiego tygodnika określającego się jako „chrześcijański i humanistyczny”, opublikował artykuł redakcyjny bardzo krytyczny wobec Pana książki, który niedługo potem został przedrukowany na pierwszej stronie Osservatore Romano. Czyżby Kościół zajął już swoje stanowisko?

Jakaś część Kościoła na pewno tak. Poza tym nie jest to zaskoczenie, skoro moja książka zawiera ostrą i bardzo dobrze uargumentowaną krytykę pozycji Kościoła w kwestii imigrantów. Mimo to mam nadzieję, że zwycięży wizja dyskusji nad zaprzeczaniem istnienia problemu. Opublikowanie tego artykułu w Osservatore Romano nie tylko jest wyrazem sprzeciwu wobec moich wniosków, ale przede wszystkim artykuł Jean-Pierre’a Denisa stanowi część kampanii mającej na celu zdyskredytowanie wszystkich tych katolików, którym zależy na obronie tożsamości narodowej, rzucając na nich podejrzenia o zamykanie się we własnych wspólnotach, brak miłosierdzia i odrzucenie tego, co obce. Wydaje mi się poważnym problemem fakt, że oficjalny dziennik Stolicy Apostolskiej, jakim jest Osservatore Romano, podziela takie stanowisko, ponieważ grozi ono samobójstwem samego Kościoła.

Po pontyfikacie Jana XXIII papieże powoli oddalili się od tradycyjnej wizji Kościoła w kwestii imigracji: przeszliśmy od św. Tomasza z Akwinu, zdaniem którego „najbliżsi powinni być na pierwszym miejscu”, do Benedykta XVI, dla którego imigracja to „symbol Boskiego miasta bez granic”, a to oznacza przypisanie imigrantom wymiaru niemal mesjanistycznego i zdecydowanie pozytywnego. Jak wyjaśnić taką sprzeczność?

Doktryna Kościoła w kwestii imigracji została wypracowana w latach 60., a był to dziwny okres w historii Kościoła, który został niejako zdominowany przez utopię szczęśliwej globalizacji, widząc w niej „znak czasów” dążący do „jedności ludzkiej rodziny”. Wspólne dobro narodu zeszło na drugi plan. Wynika to z mesjanistycznej wizji imigracji, będącej przejawem „intensywnego dążenia do unifikacji wszystkich narodów, w którym można dopatrywać się Ducha Bożego”, zgodnie z tekstem zatwierdzonym przez Pawła VI.

W książce analizuje Pan również stan islamsko-chrześcijańskiego dialogu prowadzonego po Soborze Watykańskim II. Jak można wytłumaczyć tę „dziwną islamofilię” Kościoła?

Mamy do czynienia z rozwojem czegoś, co Rémi Brague nazwał „fałszywymi podobieństwami”, powierzchownymi zbieżnościami pomiędzy religiami, które pozwoliły Janowi Pawłowi II na stwierdzenie, że wielbimy „tego samego Boga”, co muzułmanie. Do czasu pontyfikatu Benedykta XVI temat stosunku islamu do przemocy nigdy nie był podejmowany. Franciszek, owszem, musiał rozpocząć taką dyskusję ze względu na rozwój wypadków na świecie, ale w przeciwieństwie do Benedykta XVI, który próbował budować dialog oparty na prawdzie i wezwać muzułmanów do krytycznej refleksji nad własną religią, obecny papież zaprzecza problemowi i zadowala się stwierdzeniem, jak napisał w 2013 roku w Evangelii Gaudium, że: „prawdziwy islam i właściwa interpretacja Koranu sprzeciwiają się przemocy”. To zaprzeczenie przybiera niewiarygodne formy jak wtedy, gdy w wywiadzie dla dziennika La Croix papież Franciszek porównał okrutne sury Koranu do wysyłania uczniów Chrystusa na misje albo kiedy na pytanie dziennikarki o kwestie przemocy w islamie dzień po zamachu na ojca Hamela podczas Mszy świętej z rąk dwóch młodych muzułmanów, wygłosił dziwny dyskurs, próbując umniejszyć znaczenie tego wydarzenia i wskazując dla równowagi na domniemaną przemoc katolicką… Moim zdaniem to bardzo poważna kwestia z trzech powodów. Przede wszystkim dlatego, że jest to obraza wobec prawdy, a dokładniej oszczerstwo wobec chrześcijaństwa, a tego raczej nie spodziewamy się po papieżu. Poza tym taka postawa stanowi kolejne zagrożenie dla Europejczyków broniących się przed islamizacją kontynentu. A ponadto nie służy ona również samym muzułmanom, ponieważ powtarzanie, że problem nie istnieje, przynosi efekty odwrotne do zamierzonych. Jak mamy dążyć do ich ewangelizacji, jeśli na każdym kroku mówimy im, jak wspaniała jest ich religia?

Jakie przebłyski nadziei dostrzega Pan we współczesnym świecie katolickim, które byłyby w stanie wpłynąć pozytywnie na tę czarną wizję samobójstwa kultury europejskiej?

Wydaje mi się, że jest to właśnie echo, jakim moja książka odbiła się na świecie oraz fakt, że kard. Barbarin zgodził się na debatę ze mną. W każdym razie jest to dowód na to, że sytuacja rozwinęła się do tego stopnia, że nie można już zamieść problemu pod dywan i że nawet najbardziej oporni będą musieli stawić mu czoła. Tu i ówdzie słychać nawet pojedyncze jeszcze głosy biskupów, którzy przejawiają bardziej realistyczną wizję w tej kwestii. Ponadto kard. Schönborn, mimo że jest on bardzo blisko papieża, wycofał się ze swego początkowego bardzo optymistycznego stanowiska i uznał fakt, że powinniśmy być bardziej ostrożni w kwestii przyjmowania imigrantów, ponieważ różnice kulturowe i religijne w znaczącym stopniu utrudniają ich integrację. Warto również przytoczyć mocne słowa kard. Saraha w wywiadzie z Charlotte d’Ornellas: „Macie do czynienia z inwazją innych kultur i innych narodów, które zaczynają przewyższać was liczbowo i radykalnie zmieniać waszą kulturę, wasze przekonania i wasze wartości”. Mam nadzieję, że prędzej czy później nastąpi zwrot, pozytywny w skutkach dla Kościoła i dla Europy.

Rozmawiał: Marie Baret du Coudert

Korekta: ks. Rafał Zyman

Komentowanie jest wyłączone