Czy Trump na nowo uczyni Amerykę wielką?

Wybór Donalda Trumpa na stanowisko czterdziestego piątego prezydenta USA był prawdziwym szokiem dla transatlantyckich elit, które sprawiają wrażenie, jakby wciąż nie mogły się nie tylko z tym pogodzić, ale w ogóle w to uwierzyć. Uszczypnijcie mnie, chcę się obudzić – zdawały się mówić nagłówki zlewicowanych gazet po obydwu stronach oceanu. Nic dziwnego – wydaje się, że wybór miliardera zapowiada ostateczny koniec ery politycznej poprawności: ideologii panującej dotąd niepodzielnie zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Unii Europejskiej. Świat po Trumpie nie będzie już taki sam.

Donald Trump – człowiek, którego fortuna wyrosła na ogromnych inwestycjach w nieruchomości komercyjne, linie lotnicze czy sieci kasyn, właściciel między innymi słynnego nowojorskiego wieżowca Trump Tower, sieci hoteli, a także luksusowych nieruchomości w Nowym Jorku, celebryta prowadzący własne telewizyjne show i organizujący konkursy piękności, występujący w niezliczonej liczbie produkcji filmowych (w zamian za wsparcie pojawiał się w nich jako „on sam”), krytykujący socjalizm i rządy bogaczy lider ruchu sprzeciwu wobec amerykańskiego establishmentu. Donald Trump – polityk zmieniający partie jak rękawiczki (był już demokratą, następnie republikaninem, członkiem Partii Reform, po czym znowu demokratą i znów republikaninem). Donald Trump – kilkukrotny rozwodnik, który stał się liderem konserwatywnej części Ameryki, pomimo że jego niemoralne prowadzenie się i wulgarne wypowiedzi, a także często zmieniane poglądy nierzadko wywoływały konsternację zarówno u prawicowych publicystów, jak i u zwykłych, przyzwoitych obywateli.

Przeciw establishmentowi

A jednak niechęć do elit politycznych, które wpędziły Amerykę w pasmo kryzysów, połączona z przemożną chęcią zrzucenia krępującego i uniemożliwiającego swobodne oddychanie gorsetu politycznej poprawności okazała się silniejsza niż owa konsternacja. To nic, że wiele republikańskich osobistości jawnie sprzeciwiało się kandydaturze miliardera, a nawet sugerowało, iż z dwojga złego lepiej już głosować na Hillary Clinton. Hasło Uczyńmy Amerykę znów wielką przemówiło do serc i umysłów nie tylko w tradycyjnych ostojach Partii Republikańskiej – na Środkowym Zachodzie, ale również w stanach, które dotychczas karnie głosowały na demokratów. Należy przyznać, że sama Partia Demokratyczna walnie przyczyniła się do swojej klęski, wybierając kandydatkę znienawidzoną przez szerokie rzesze społeczeństwa – uosobienie wszystkich najgorszych cech socjalliberalnej kasty wywodzącej się z neomarksistowskiej rewolucji roku 1968. Podobnie jak po naszej stronie Atlantyku, ta inteligencko‑biurokratyczna sitwa, charakteryzująca się przekonaniem o własnej wyższości
i pogardą dla „ludu”, opanowała wszystkie przestrzenie publiczne – media, kulturę, edukację i sądownictwo. I podobnie, jak to się od pewnego czasu dzieje w Europie, to właśnie ta wszechobecność, dająca złudne wrażenie niepodzielnego panowania nad umysłami milionów poddanych, i będące jej konsekwencją nieumiarkowanie w napędzaniu kolejnej totalitarnej, egalitarystycznej rewolucji dążącej do zawłaszczenia wszystkich sfer życia człowieka i zniszczenia ostatnich ostoi wolnej myśli, stały się przyczynami odruchu protestu. Nad Tamizą zaowocował on Brexitem, w słonecznej Italii – rosnącą popularnością Ruchu Pięciu Gwiazd komika Beppe Grillo, a w Stanach Zjednoczonych – zwycięstwem Donalda Trumpa. Zeszłoroczna kampania wyborcza stała się areną bezprecedensowego, jak się zdaje, starcia pomiędzy różnymi amerykańskimi służbami. O ile CIA zakulisowo wspierała kandydatkę demokratów, to już FBI zdecydowanie przyczyniła się do zwycięstwa Trumpa, ujawniając dokumenty kompromitujące Clintonów. Już po wyborach pojawiła się w prasie rewelacja, pochodząca z kręgów CIA, że również rosyjskie służby podjęły próbę wpłynięcia na wynik wyborów w USA. To one miały dostarczyć demaskatorskiemu portalowi WikiLeaks wykradzione przez hakerów z serwera komitetu krajowego Partii Demokratycznej maile członków sztabu wyborczego Hillary Clinton, których publikacja radykalnie obniżyła jej notowania.

Obstawiliśmy i wygraliśmy

Nie można zaprzeczyć, że rosyjscy politycy i komentatorzy wyjątkowo ciepło przyjęli zwycięstwo Trumpa. Na szczególną uwagę zasługują słowa Aleksandra Dugina – cieszącego się wciąż wielką popularnością pośród rosyjskiej elity władzy przywódcy ruchu eurazjatyckiego i twórcy tak zwanej „czwartej teorii politycznej”, będącej mieszanką wątków tradycjonalizmu integralnego z wielkoruskim szowinizmem, ezoteryczną geopolityką oraz politycznym makiawelizmem. Na łamach swego wielojęzycznego portalu Katehon triumfalnie ogłosił on: Dziś jest nasz dzień. Gdyby wygrała Hillary Clinton, byłby to dzień żałoby. Obstawiliśmy i wygraliśmy. (…) Wsparliśmy Trumpa. Wiedzieliśmy, co robimy. I nasz kandydat wygrał. Dlaczego Dugin nazwał Trumpa naszym kandydatem? Jego zdaniem, zwycięstwo miliardera oznacza, że Stany Zjednoczone wycofają się z prowadzenia polityki dominacji nad światem, pozwalając Rosji realizować swoje dążenie do odbudowy dawnej strefy wpływów. Wieszczone przez „kremlowskiego szamana” pojawienie się wielobiegunowego świata i ostateczna agonia jednobiegunowości to nic innego jak geopolityczno‑strategiczny cel polityki rosyjskiej od czasu objęcia sterów Federacji przez Władimira Władimirowicza Putina: odwrócenie przynajmniej części skutków największej katastrofy geopolitycznej XX wieku, jaką w opinii rosyjskiego prezydenta był upadek sowieckiego imperium. Przemawiając zaraz po ogłoszeniu wyników amerykańskich wyborów, Putin podkreślił, że Rosja jest gotowa zrobić wszystko, co możliwe, aby przywrócić stosunki ze Stanami Zjednoczonymi na ścieżkę zrównoważonego rozwoju. Jego zdaniem, miałoby to pozytywny wpływ na ogólny klimat w sytuacji międzynarodowej, uwzględniając szczególną odpowiedzialność Rosji i Stanów Zjednoczonych za utrzymanie globalnej stabilności i bezpieczeństwa. Z wyjaśnieniami, co konkretnie miałoby to oznaczać, pospieszyli natychmiast inni: sekretarz prasowy prezydenta, Dmitrij Pieskow wyraził nadzieję, że Ameryka pod rządami Trumpa dojdzie z Rosją do porozumienia w sprawie Syrii, z kolei deputowana Natalia Pokłonskaja (była prokurator samozwańczej Republiki Krymu), że Stany uznają przynależność odebranego Ukrainie półwyspu do Rosji.

Prawica alternatywna

Pierwsze ruchy prezydenta Trumpa wskazują, że nadzieje Rosjan mogą wkrótce znaleźć pokrycie w faktach. Pośród nominowanych na ważne stanowiska państwowe związane z polityką zagraniczną znalazło się kilka osób przyjaźnie odnoszących się do postkagiebowskiej elity władzy panującej na Kremlu, na czele z sekretarzem stanu Rexem Tillersonem, który – jako prezes robiącej interesy z koncernem Rosnieft korporacji Exxon Mobil – za swoje zasługi dla zacieśniania więzów pomiędzy Ameryką a Rosją został przez Putina odznaczony Orderem Przyjaźni. Zgodnie z diagnozą Trumpa to Chiny są największym zewnętrznym zagrożeniem dla Ameryki. Nic więc dziwnego, że jako naturalnego sprzymierzeńca USA postrzega on Rosję – która, choć zabiega od dawna o jak najlepsze stosunki z Państwem Środka, to jednak znajduje się w sytuacji zagrożenia swej integralności terytorialnej przez chińską ekspansję demograficzną i ekonomiczną. Czy na ołtarzu przyjaźni z Mister Putinem złożeni zostaną dotychczasowi sojusznicy z Europy Środkowo‑Wschodniej, w tym Polska? Czas pokaże. W tym kontekście dość zrozumiały wydaje się dystans do kandydatury Donalda Trumpa, jaki podczas kampanii wyborczej demonstrowała nie tylko polska centrolewica, ale i bardziej konserwatywna część naszej sceny politycznej. Jednak zaraz po ogłoszeniu wyników głosowania rezerwa owa ustąpiła wybuchowi euforii na wieść, jak to prawica w Stanach leje tamtejszych czerwonych (czyli Niebieskich), a przeciwko demokratycznemu wyborowi większości protestują zszokowani – całkiem jak u nas po zwycięstwie PiS – przyspawani dotąd do koryta przedstawiciele zaoceanicznego establishmentu, którzy tylko patrzeć jak sformują swoją własną wersję KOD i doczekają się wsparcia z… Brukseli. Snucie analogii pomiędzy Polską i Ameryką jest do pewnego stopnia uprawnione, gdyż nad Potomakiem, podobnie jak nad Wisłą, mamy do czynienia ze zjawiskiem zdobycia władzy przez formację prawicową. Więcej – wkrótce dotyczyć ono może także Francji, Anglii, Niemiec i innych krajów Zachodu, bo w krajach tych bez przerwy zyskują na popularności ruchy prawicowe. Co łączy posługujących się patriotyczno‑państwową retoryką członków Prawa i Sprawiedliwości z Frontem Narodowym czy wolnorynkowcami z UKiP? Retoryka totalnie antyestablishmentowa i luźne podejście do kwestii tradycyjnej moralności. O ile jeszcze w katolickiej jak dotychczas Polsce walka o władzę wymaga eksponowania dość daleko idącego przywiązania do tradycji, przynajmniej na poziomie retoryki wyborczej, to już we Francji, aby uchodzić za skrajnego, antyestablishmentowego konserwatystę, można akceptować dostępność aborcji, a w USA – być wielokrotnym rozwodnikiem. Jednakże za oceanem znacznie poważniej niż w Europie traktuje się przedwyborcze zapowiedzi. Wynika z nich, że prezydentura Trumpa istotnie będzie ciężkim czasem dla lewaków wszelkiej maści, aborcjonistów ze zbrodniczej Planned Parenthood oraz hołubionych przez Obamę środowisk LGBT. Dotrzymanie przez Trumpa obietnic do pewnego stopnia gwarantować ma wiceprezydent Mike Pence uchodzący za obyczajowego konserwatystę i zdecydowanego przeciwnika tak zwanych „małżeństw homoseksualnych”. Bardzo istotny jest też nacisk, jaki wywierać będą wyborcy, którzy już domagają się od nowego prezydenta zdecydowanych ruchów.

Jak uczynić Amerykę znowu wielką?

Amerykańskie Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (TFP) wydało odezwę, w której wzywa prezydenta Trumpa do działań na rzecz powrotu do wartości, które zbudowały Amerykę. Odezwa przypomina, że uczynić Amerykę znowu wielką może tylko powrót do Boga, a zmiana ta musi być całościowa i dotyczyć wszystkich aspektów życia. Członkowie TFP występują w imieniu zapomnianych wyborców, zwykłych chrześcijan zdradzonych przez establishment, którzy głosowali na Trumpa w nadziei na zapowiadane przezeń zmiany. Pośród tych zapomnianych wyborców są tacy, którzy walczą o to, by najbardziej bezbronni – nienarodzeni – mogli cieszyć się podstawowym prawem, jakim jest prawo do życia. Przyszedł czas zmyć plamę na honorze Ameryki, jaką jest wielki grzech przeciwko Bogu: prawo Roe v. Wade [dozwolenie aborcji]. Zapomniani wyborcy oczekują, że prezydent‑elekt Trump nominuje, a republikańska większość w senacie zatwierdzi opowiadających się zdecydowanie po stronie życia sędziów Sądu Najwyższego i sądów federalnych. Oczekują również od rządu federalnego i rządów stanowych wstrzymania finansowania Planned Parenthood – napisali członkowie amerykańskiego TFP. Czego jeszcze domagają się zapomniani wyborcy? Obrony instytucji małżeństwa i tradycyjnej rodziny, między innymi poprzez zniesienie prawa Obergefell v. Hodges legalizującego związki homoseksualne i zrównującego je z małżeństwem, a także odwołanie polityki na rzecz promocji homoseksualizmu i ideologii gender w szkołach, wojsku oraz innych służbach i instytucjach państwowych. Zniesienia lewicowych standardów edukacyjnych, takich jak Common Core i No Child Left Behind. Odwołania socjalistycznych regulacji, które spowalniają rozwój ekonomiczny i społeczny, takich jak Obamacare, Dodd‑Frank i Death Tax a także doprowadzenia do odchudzenia biurokracji zarówno federalnej, jak stanowej i lokalnej. Zmiany równościowej polityki Obamy, do której wprowadzenia zostały zmuszone siły zbrojne, polegającej na masowym przyjmowaniu do wojska zboczeńców i forsowaniu mieszania płci. Odbudowy szacunku państwa do własnych granic przez rozwiązanie kwestii nielegalnej imigracji i skończenia z kuriozalną sytuacją głosowania w wyborach osób niebędących obywatelami. Zagwarantowania wszystkim tradycyjnym sojusznikom gotowości walki w ich obronie, a także ostrożnej i nieufnej polityki w stosunku do Chin, Rosji oraz Turcji. Ale przede wszystkim – jak pisze amerykańskie TFP – Stany Zjednoczone muszą przypomnieć sobie o swoich chrześcijańskich korzeniach. Nie może być sytuacji, że pomniki chrześcijańskie, krzyże, szopki bożonarodzeniowe czy kolędy padają ofiarą ataków sekularystów. Aby prosperować i być wielką, Ameryka musi na powrót intronizować Boga. Wielokrotnie już w historii było tak, że Boża Opatrzność w swej mądrości posługiwała się poganami czy ludźmi małej wiary. Pozostaje życzyć prezydentowi Trumpowi, aby okazał się takim właśnie narzędziem.

Ameryka nie będąca eksporterem liberalno-demokratycznych antywartości, ale nowym światowym promotorem chrześcijańskiej cywilizacji? Czyż to nie nazbyt piękne, aby mogło być prawdziwe? Czas pokaże.
Piotr Doerre

Korekta – ks. Rafał Zyman

 

Komentowanie jest wyłączone