Zafascynowany twórczością Henryka Sienkiewicza, stale wracam do jego dzieł. Ostatnio do mych rąk wpadła mało znana powieść „Wiry”. Książka ta nie przypadła do gustu zarówno krytykom jak i wiernym czytelnikom Sienkiewicza. Zarzucano mu groteskowość, tłumaczono też, że słabość powieści wynikała z wieku pisarza. Zarzut był dziwny, tym bardziej że dwa lata później Sienkiewicz publikuje książkę „W pustyni i w puszczy”, która
w przeciwieństwie do „Wirów” przyjęta została ze sporym entuzjazmem.
Sienkiewicz w powieści „Wiry” stawia czoło rodzącemu się socjalizmowi, przedstawia go z punktu widzenia bohaterów powieści, ziemiańskiej rodziny szlacheckiej Krzyckich oraz ich guwernera Laskowicza – młodego studenta zafascynowanego ideami socjalizmu. Nieoczekiwany splot wydarzeń sprawia, że każdy z bohaterów niezależnie
od wieku i płci, mierzy się ze zmianami zachodzącymi w społeczeństwie. Sienkiewicz
w mistrzowski sposób wplata w dialogi, krytyczne rozprawki o socjalizmie, wskazuje jego wady, wytyka błędy a także objawia brak logiki w hasłach i działaniu tej niebezpiecznej ideologii. Autor nie pozostawia suchej nitki również na narodowej demokracji, ale wbrew pozorom nie pozostaje bezstronny. Sienkiewicz pokazuje, że naturalny ład społeczny który został ustalony przed wiekami jest „lekiem na wszelkie zło”. To nie zmiana ustroju, polityki czy warstw rządzących sprawi, że polepszy się byt człowieka. Musi się dokonać zmiana
w sercach ludzi, należy usunąć złe zwyczaje i wprowadzić Boga do życia. Tak jak mówił Jezus „Mk7, 8 Odrzuciliście przykazanie Boskie, a trzymacie się tradycji ludzkich” . Zmiana taka z trudem dokonuje się w jednej z bohaterek powieści, która odrzuca swoje uprzedzenia
i dostrzega człowieka w człowieku.
Krytyczny stosunek do tej książki, wziął się prawdopodobnie z zakończenia powieści, które rozczarowuje czytelnika, pozostawia pustkę, którą nie łatwo jest zapełnić. Kończąc powieść, mamy nadzieję, że gdzieś jest jeszcze jeden dodatkowy rozdział, który sporo mógłby wyjaśnić. Dodatkowym minusem powieści jest przedstawienie socjalizmu od strony warstw szlacheckich, był to bowiem obok chłopów naturalny wróg tej ideologii, która pragnęła przeżuć i wypluć „burżujów”, wcześniej jednak wykorzystać ich majątki do osiągnięcia własnych celów. O wiele bardziej wartościowe wydawałoby się spojrzenie na socjalizm
od strony pracowników fabryk. Sienkiewiczowi mimo najszczerszych zamiarów, nie udaje się przekonać czytelnika, że szlachta jest opiekunem chłopów i robotników. Podział pomiędzy stanami jest zbyt duży i żadna ze stron nie potrafi zrozumieć drugiej. I choć faktycznie zakończenie (którego nie zdradzę), jest może nieco groteskowe, powieść „Wiry” pozostawia odcisk na umyśle i duszy czytelnika. Czy powieść zasłużyła na krytykę? W pierwszej chwili po zakończeniu i odłożeniu książki na półkę, pojawiło się we mnie uczucie krytycyzmu. Teraz kiedy „ochłonąłem” i na spokojnie oceniam powieść śmiało mogę ją polecić. Sienkiewicz po raz kolejny w doskonałym stylu obnaża duszę i uczucia bohaterów. Odkrywa przed czytelnikiem piękno troski, przyjaźni a przede wszystkim miłości. Nie pozostawia suchej nitki na zazdrości, nienawiści, głupocie oraz żądzy posiadania i władzy. Istotny jest również końcowy dialog dwóch bohaterów – autor ponownie przypomina nam w nim, kto naprawdę powinien być ważny w naszym życiu. Powieść „Wiry” zdecydowanie należy
do kanonu literatury pięknej i chyba jak żadne inne dzieło Sienkiewicza, zmusza człowieka do refleksji nad własnymi czynami.
Czytanie Ewangelii św. Jana jest trudne z tej racji, że prawie zawsze autor w jednym tekście prowadzi czytelnika równocześnie na dwóch poziomach. Jeden jest historyczny, przedstawia wydarzenia z życia Jezusa, przytacza Jego przemówienia, relacjonuje prowadzone przez Niego dyskusje. Drugi poziom jest duchowy, zarezerwowany dla ukazania prawd wiary. Całość jednak jest tak pomyślana, że kto nie odczyta dokładnie wydarzenia o charakterze historycznym (czyli I poziomu), nie potrafi dostrzec bogactwa ukrytego na poziomie drugim. Scena wypędzenia kupców ze świątyni (jedna z kluczowych w Ewangelii jeśli chodzi o ustalenie zdrowej relacji wiara-pieniądze) jest pod tym względem tekstem klasycznym. Św. Jan nawiązuje do historycznego wydarzenia.
Jezus, który ustawicznie oczyszczał autentyczne życie religijne z wszelkich wypaczeń, tym razem, w sposób wyjątkowo ostry, piętnuje zbezczeszczenie świątyni przez wprowadzenie w jej mury handlu. Pod pozorem troski o ułatwienie praktyk religijnych, w obrębie murów świątyni ustawiono stoły bankierów oraz stragany, oferujące zwierzęta ofiarne. Pokusa łączenia religii z biznesem jest stara jak świat, i nie łatwo ją odrzucić. Problem nie jest łatwy do rozstrzygnięcia. Tam, gdzie trzeba wznosić świątynię, musi brzęczeć pieniądz, bo świątynia budowana jest dla Boga, ale powstaje z materiałów zakupionych w świecie, a na to trzeba pieniędzy.
Potrzeba ich również do utrzymania już wybudowanej – remonty, malowanie, wyposażenie, sprzątanie, światło itp. W skali roku w grę wchodzą spore sumy, a te muszą przepływać przez ręce ludzi odpowiedzialnych za budowę czy utrzymanie świątyni. W tym kontekście jakże łatwo o posądzenie kogoś o nieuczciwość, jako że wielu ludzi sądzi według siebie i nie wierzy, że inni mogą być uczciwsi od nich. Trzeba jednocześnie stale pamiętać, że Jezus został przecież „przehandlowany” przez Judasza za marne trzydzieści srebrników.
Judasz jest pierwszym uczniem Chrystusa, który chciał zrobić interes na Mistrzu. Jaki to był interes, ujawniło się w ciągu kilku dni, a los Judasza jest przestrogą dla wszystkich, którzy usiłują wykorzystać Jezusa i Ewangelię do swoich prywatnych celów. Dużo się mówi o następcach świętych Apostołów, rzadko natomiast o następcach tego jednego, nieświętego, Judasza. A przecież i on ma swoich następców prawie w każdym pokoleniu. Dźwięk monety jest dla nich mocniejszy od przestrogi zawartej w dramacie Judasza, który ostatecznie w szale rozpaczy i poczuciu własnej klęski popełnia samobójstwo.
Czy zatem chrześcijanin musi być ubogim, żebrakiem? Czy wolno mu posiadać majątek?
Bardzo popularna w Kościele jest taka interpretacja, zgodnie z którą „porządny katolik” powinien być ubogi, a pieniądze zawsze są grzeszne. Przecież w różnych miejscach Ewangelii mamona jest potępiana. Wiele osób, stykając się z takim podejściem, też czuje się zasmuconych. „To, że ciężko pracuję czy wykorzystuję talent, jakim zostałem obdarzony, i w konsekwencji godziwie zarabiam, ma być czymś złym? To niesprawiedliwe” – myślimy sobie. Otóż, co może zabrzmi dziwnie, Kościół wcale nie potępia bogatych ludzi. Potępia złe korzystanie z pieniędzy lub nieuczciwe ich zdobycie.
Jezus nie uczy nas tego, że musimy być biedni, chodzić w łachmanach i żyć z całą rodziną w ciasnej kawalerce. Chciał nam jedynie przekazać, że to nie pieniądze powinny być dla nas w życiu najważniejsze. Nie możemy się do nich nazbyt przywiązywać i musimy, jeśli zachodzi taka potrzeba, być gotowi poświęcić je dla wyższych wartości – Boga, przyjaciela, rodziny czy Ojczyzny. Co nam bowiem przyjdzie z wysokiego salda na koncie, jeśli będziemy spędzać całe dni w pracy i staniemy się zupełnie nieobecni w życiu bliskich nam osób? Ale jeśli umiemy połączyć zarabianie pieniędzy z innymi ważnymi sferami naszego życia, to jak najbardziej można, a nawet trzeba to robić.
Każdy chrześcijanin powinien żyć z pracy swoich rąk (o ile jest zdrowy) i swoich talentów – po to, by zapracowane pieniądze umieć rozsądnie zagospodarować. I umieć się także podzielić się z potrzebującymi, wspierać akcje charytatywne czy działalność duszpasterską i ewangelizacyjną. W XXI wieku walka o duszę człowieka, o to, jakimi wartościami będzie się kierował, odbywa się w dużej mierze w Internecie, mediach i w świecie kultury. Aby móc przebić się tam ze swoim przekazem, niezbędne są nakłady finansowe. Ale i w każdej innej dziedzinie prowadzenie jakiejkolwiek działalności – choćby zarządzanie parafią czy organizacja ŚDM – wiąże się z określonymi finansami.
Nie należy rzecz jasna oczekiwać, że katolicy będą rozdawać cały swój majątek. Czymś oczywistym jest przeznaczanie środków na utrzymanie rodziny, dbanie o rozwój swoich dzieci czy zapewnienie spokojnej starości swoim rodzicom. Mamy także prawo do odpowiedniego komfortu życia – wyjazd na wakacje, zakup domu czy samochodu. Jeśli świat materialny nie zamyka nas w egoizmie, nie przesłania ważniejszych celów i wartości oraz pozostawia wrażliwymi na los innych ludzi – nie jest niczym złym. Bardzo często nasza niechęć do ludzi sukcesu wynika z przeświadczenia, że majątku nie można dorobić się w uczciwy sposób.
Rzeczywiście w Polsce ciągle jeszcze spore znaczenie mają cwaniactwo, układy i łapówkarstwo. Ale nie zawsze tak jest – nie możemy wszystkich wrzucać do jednego worka z napisem „oszuści”. Jakże łatwo przychodzi nam sądzić drugiego człowieka. Tymczasem nauka płynąca z Ewangelii nie tylko dopuszcza możliwość zarabiania pieniędzy i wspinania się po szczeblach kariery zawodowej, ale wręcz może nam pomóc w odniesieniu życiowych sukcesów. Chodzi tylko o to, aby pamiętać, jaki jest cel naszej wędrówki przez ziemię – jest nim Niebo. I żeby środki materialne oraz własna wygoda nie przysłoniły nam Boga. Dopóki nie przysłaniają – możemy być spokojni – idziemy w dobrym kierunku. Niech zatem Duch Święty pomaga nam każdego dnia w mądrym podejmowaniu wyborów, w pracy, w oszczędzaniu i w unikaniu pochopnego osądzania bliźnich!
Liturgiczny okres Wielkiego Postu to dla katolika szczególny moment, aby zatrzymać się
i poddać refleksji swoją codzienność. Zapytać w głębi swego serca, jaki jestem naprawdę; co powinienem zmienić w swoim życiu. Uwieńczeniem tej refleksji winna być spowiedź. Dobra spowiedź. Ale co to znaczy dobra spowiedź? Jak powinna wyglądać? Oddajmy w tym miejscu głos specjaliście od życia duchowego – św. Janowi Vianneyowi:
„Gdyby do dobrej spowiedzi wystarczyło wyznanie grzechów przed kapłanem i odprawienie pokuty, łatwo by było odzyskać utraconą łaskę Bożą, droga zbawienia nie byłaby tak trudną. Nie trzeba się jednak łudzić, że Boga można zbyć czymkolwiek. Wyraźnie powiedział Zbawiciel do młodzieńca ewangelicznego, że wąska jest ścieżka, wiodąca do nieba i mało ludzi nią postępuje.
Przez cały rok zajmowaliście się świeckimi sprawami, staraliście się o majątek, goniliście za przyjemnościami życia, nie pracowaliście nic nad swoim udoskonaleniem, wreszcie przychodzicie koło Wielkanocy do spowiedzi i wyznajecie swe grzechy w ten sposób, jakbyście opowiadali jakąś historię. Wreszcie odmówicie bezmyślnie i mechanicznie kilka modlitw i już zdaje się wam, że pogodziliście się z Bogiem. Zaraz po spowiedzi wracacie do dawnych niedobrych nawyków, chodzicie do karczm i szulerni, na zabawy i bale; nie widać ani śladu poprawy. Z roku na rok to samo czynicie! Sakrament pokuty, w którym Bóg zapomina niejako o swej sprawiedliwości i okazuje tylko miłosierdzie, jest dla wielu rodzajem zabawy i rozrywki.
Pamiętaj człowiecze, że twoje spowiedzi, gdy je w ten sposób odbywasz, nic nie są warte, a są może nawet świętokradzkimi. Ażeby odbyć dobrą spowiedź, trzeba nienawidzić grzechu z całego serca i żałować, że obraziliśmy Boga tak dobrego, że gardziliśmy łaskami, że nie zważaliśmy na głos sumienia, że długi czas trwaliśmy w stanie grzechu. Kto ma prawdziwy żal, ten stara się jak najprędzej pojednać z Bogiem i naprawić krzywdy.
Źle robi ten, kto zwleka poprawę z dnia na dzień, kto nie chce jak najprędzej pojednać się ze Stwórcą, który jest naszym najlepszym przyjacielem. Gdy kto pozostaje cały rok w grzechu i z przykrością myśli o czasie Wielkiego Postu, bo wtedy trzeba się spowiadać, kto zwleka ze swą spowiedzią poza czas wielkanocny, albo przystępuje do niej z usposobieniem zbrodniarza, którego prowadzą na śmierć, czyż można sądzić, że taki człowiek ma usposobienie duszy potrzebne koniecznie do ważności sakramentu pokuty?”
(Św. Jan Maria Vianney, O spowiedzi wielkanocnej, Kazania, t. I, Sandomierz 2001,
s. 15-16).
36 lat temu, w niedzielę 13 grudnia 1981 r. o godz. 6 rano Polskie Radio nadało wystąpienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, w którym informował on Polaków o ukonstytuowaniu się Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON) i wprowadzeniu na mocy dekretu Rady Państwa stanu wojennego na terenie całego kraju.
Władze komunistyczne jeszcze 12 grudnia przed północą rozpoczęły zatrzymywanie działaczy opozycji i „Solidarności”. W ciągu kilku dni w 49 ośrodkach internowania umieszczono około 5 tys. osób. W ogromnej operacji policyjno-wojskowej użyto w sumie 80 tys. żołnierzy, 30 tys. milicjantów, 1750 czołgów, 1900 wozów bojowych i 9 tys. samochodów. Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego trwały ponad rok i były prowadzone ze szczególną starannością. Kontrolował je m.in. naczelny dowódca wojsk Układu Warszawskiego marszałek Wiktor Kulikow oraz ludzie z jego sztabu.
Na potrzeby stanu wojennego sporządzono projekty różnych aktów prawnych, wydrukowano w Związku Sowieckim 100 tys. egzemplarzy obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego, ustalono listy komisarzy wojskowych mających przejąć kontrolę nad administracją państwową i większymi zakładami pracy, a także wybrano instytucje i przedsiębiorstwa, które miały zostać zmilitaryzowane. Od połowy października z obszarem przyszłych działań zapoznawało się ponad tysiąc Wojskowych Terenowych Grup Operacyjnych.
Intensywne ćwiczenia w walkach z tłumem przechodziły oddziały ZOMO. W więzieniach przygotowano miejsca dla około 5 tys. działaczy „Solidarności” i opozycji, którzy mieli zostać internowani na podstawie list sporządzanych od początku 1981 r. Prof. Andrzej Paczkowski w książce „Wojna polsko-jaruzelska” ocenia, że „Solidarność”, opozycja i Kościół nie były przygotowane na wprowadzenie stanu wojennego. „Od lata 1980 r. – pisał prof. Paczkowski – panował w Polsce właściwie permanentny stan niepokoju, wzmagany przez pogłębiające się trudności życia codziennego. (…) Często powtarzające się okresy mobilizacji i wzrostu poczucia zagrożenia w pewnym sensie uczyniły ludzi obojętnymi na sygnały o planowanych działaniach władz”.
W kierownictwie „Solidarności” na początku grudnia 1981 r. zdawano sobie sprawę z gwałtownego wzrostu napięcia, liczono jednak, że do konfrontacji z władzami komunistycznymi dojdzie dopiero po przyjęciu przez Sejm rządowej ustawy „O nadzwyczajnych środkach działania w interesie ochrony obywateli i państwa”. Decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego zaakceptowana została 5 grudnia 1981 r. przez Biuro Polityczne KC PZPR. Gen. Jaruzelski otrzymał od towarzyszy partyjnych swobodę co do wyboru konkretnej daty rozpoczęcia operacji. W nocy z 8 na 9 grudnia 1981 r. w trakcie spotkania z przebywającym w Warszawie marszałkiem Kulikowem gen. Jaruzelski poinformował go o planowanych działaniach, nie podając jednak konkretnej daty ich rozpoczęcia.
Notatka z tego spotkania, sporządzona przez gen. Wiktora Anoszkina – adiutanta marszałka Kulikowa – została w całości opublikowana przez historyka IPN prof. Antoniego Dudka w „Biuletynie IPN” nr 12 (107) z grudnia 2009 r. Wynika z niej, że gen. Jaruzelski wprost zażądał wsparcia militarnego po wprowadzeniu stanu wojennego, mówiąc: „Strajki są dla nas najlepszym wariantem. Robotnicy pozostaną na miejscu. Będzie gorzej, jeśli wyjdą z zakładów pracy i zaczną dewastować komitety partyjne, organizować demonstracje uliczne itd. Gdyby to miało ogarnąć cały kraj, to wy (ZSRR) będziecie nam musieli pomóc. Sami nie damy sobie rady”. Marszałek Kulikow, któremu – jak podkreśla prof. Dudek – myśl o dowodzeniu operacją stłumienia kontrrewolucji w Polsce nie była z pewnością obca, odpowiedział: „Jeżeli nie starczy waszych sił, to pewnie trzeba będzie wykorzystać Tarczę 81” (za tym kryptonimem krył się przypuszczalnie plan operacji wojskowej Układu Warszawskiego w Polsce).
Kulikow dodał: „Zapewne Wojsko Polskie samo poradzi sobie z tą garstką rewolucjonistów”. Jaruzelski zauważył wtedy, że „na przykład Katowice liczą około 4 mln mieszkańców. To taka Finlandia, a wojska – jeśli nie liczyć dywizji obrony przeciwlotniczej – nie ma. Dlatego bez pomocy nie damy rady”. „Byłoby gorzej, gdyby Polska wyszła z Układu Warszawskiego” – dodał Jaruzelski. Kulikow podkreślał, że „najpierw należy wykorzystać własne możliwości”. Pod koniec rozmowy spytał, czy może zameldować Leonidowi Breżniewowi (sekretarzowi generalnemu KC KPZR), że „podjęliście decyzję o przystąpieniu do realizacji planu”. W odpowiedzi Jaruzelski odparł: „Tak, pod warunkiem, że udzielicie nam pomocy”.
Według Dudka, notatka Anoszkina sugeruje, że Jaruzelski nie tylko wiedział, iż Rosjanie nie zamierzają interweniować, ale wcześniej domagał się od nich udzielenia pomocy wojskowej. Historyk podkreśla również, że wypowiedzi Kulikowa nie zawierały jednoznacznej obietnicy pomocy wojskowej w tłumieniu protestów społecznych w Polsce, ale też jej nie wykluczały. Oceniając omawianą notatkę prof. Dudek napisał: „Dla historii najnowszej Polski dokument ten ma niezwykle istotne znaczenie, potwierdza bowiem w sposób trudny do podważenia, że Jaruzelski gotów był wezwać wojska sowieckie, byle tylko uratować rządy komunistyczne w Polsce”.
O wyznaczonym terminie wprowadzenia stanu wojennego marszałek Kulikow i przywódcy sowieccy zostali poinformowani 11 grudnia. Operacja jego wprowadzenia rozpoczęła się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. Jeszcze przed północą jednostki MSW, składające się z grup specjalnych, oddziałów ZOMO, jednostek antyterrorystycznych, funkcjonariuszy SB, oddziałów Jednostek Nadwiślańskich przy wsparciu wojska rozpoczęły działania. W ramach operacji „Azalia” siły porządkowe MSW i WP zajęły obiekty Polskiego Radia i Telewizji oraz zablokowały w centrach telekomunikacyjnych połączenia krajowe i zagraniczne.
Grupy milicjantów i funkcjonariuszy SB przystąpiły w ramach operacji o kryptonimie „Jodła” do internowania działaczy „Solidarności” i przywódców opozycji politycznej. Oddziały ZOMO zajęły lokale zarządów regionalnych „Solidarności”, zatrzymując przebywające tam osoby i zabezpieczając znalezione urządzenia łącznościowe i poligraficzne. Do miast skierowano oddziały pancerne i zmechanizowane, które umieszczono przy najważniejszych węzłach komunikacyjnych, trasach wylotowych, głównych skrzyżowaniach, gmachach urzędowych i innych obiektach strategicznych. Przeprowadzono aresztowania wśród niezależnych intelektualistów, w tym także wśród organizatorów i uczestników obradującego w Warszawie Kongresu Kultury Polskiej.
Główne uderzenie nastąpiło jednak w Gdańsku, gdzie w sobotę zebrała się Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” i gdzie w związku z tym przebywało wielu działaczy i doradców związkowych. W ciągu nocy zatrzymano w Gdańsku około 30 członków Komisji Krajowej i kilku doradców. Jednym z nich był Jacek Kuroń, który wspominając okoliczności swojego zatrzymania w gdańskim „Novotelu” w nocy z 12 na 13 grudnia pisał: „Usłyszałem zgrzyt klucza. Przyszli. Jechaliśmy później suką przez nocne miasto. Na ulicach stały czołgi i wozy pancerne. Nawet mnie nie skuli. Mój wierny stróż major Leśniak zapytał: „No i co, panie Kuroń, warto było?” (J.Kuroń „Gwiezdny czas”).
O godzinie pierwszej w nocy w Belwederze zebrali się członkowie Rady Państwa, teoretycznie najważniejszego urzędu PRL. Większość z nich nie wiedziała jednak, jaki był cel tego nocnego spotkania. Po półtoragodzinnych obradach członkowie Rady Państwa przyjęli przedstawiony im dekret o wprowadzeniu stanu wojennego oraz towarzyszące mu dokumenty, przeciwko głosował jedynie przewodniczący PAX – Ryszard Reiff. Wszystkie przyjęte dokumenty były antydatowane i nosiły datę 12 grudnia 1981 r. Dekret o wprowadzeniu stanu wojennego był niezgodny z obowiązującym wówczas prawem, ponieważ Rada Państwa mogła wydawać dekrety jedynie między sesjami Sejmu. Tymczasem sesja taka trwała, a najbliższe posiedzenie izby wyznaczone było na 15 i 16 grudnia.
W specjalny sposób potraktowany został przez autorów stanu wojennego przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa. Władze liczyły bowiem, że uda się im wykorzystać go politycznie. Około godziny drugiej w nocy w jego mieszkaniu pojawili się wojewoda gdański Jerzy Kołodziejski i I sekretarz gdańskiego KW PZPR Tadeusz Fiszbach, członek Biura Politycznego. Poinformowali oni Wałęsę o wprowadzeniu stanu wojennego stwierdzając, że powinien natychmiast udać się do Warszawy na rozmowy z przedstawicielami władz. Ostatecznie Wałęsa oświadczył, iż pod przymusem zgadza się jechać do Warszawy. Przewodniczący „Solidarności” odrzucił przedstawiane mu przez władze komunistyczne propozycje współpracy.
Został internowany i odizolowany od innych działaczy „Solidarności”. Po pobycie w Chylicach i Otwocku umieszczono go ostatecznie w ośrodku rządowym w Arłamowie. W sumie w pierwszych dniach stanu wojennego internowano około 5 tys. osób, które przetrzymywano w 49 ośrodkach odosobnienia na terenie całego kraju. Łącznie w czasie stanu wojennego liczba internowanych sięgnęła 10 tys., w więzieniach znalazła się znaczna część krajowych i regionalnych przywódców „Solidarności”, doradców, członków komisji zakładowych dużych fabryk, działaczy opozycji demokratycznej oraz intelektualistów związanych z „Solidarnością”. W celach propagandowych zatrzymano także kilkadziesiąt osób z poprzedniej ekipy sprawującej władzę, m.in. Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza i Edwarda Babiucha.
Na podstawie dekretu o stanie wojennym zawieszono podstawowe prawa i wolności obywatelskie, wprowadzono tryb doraźny w sądach, zakazano strajków, demonstracji, milicja i wojsko mogły każdego legitymować i przeszukiwać. Wprowadzono godzinę milicyjną od godz. 22 do godz. 6 rano, a na wyjazdy poza miejsce zamieszkania potrzebna była przepustka. Korespondencja podlegała oficjalnej cenzurze, wyłączono telefony, uniemożliwiając między innymi wzywanie pogotowia ratunkowego i straży pożarnej. Większość najważniejszych instytucji i zakładów pracy została zmilitaryzowana i była kierowana przez ponad 8 tys. komisarzy wojskowych. Zakazano wydawania prasy, poza „Trybuną Ludu” i „Żołnierzem Wolności”. Zawieszono działalność wszystkich organizacji społecznych i kulturalnych, a także zajęcia w szkołach i na wyższych uczelniach.
Oficjalnie administratorem stanu wojennego była 21-osobowa Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego z gen. Wojciechem Jaruzelskim na czele. W praktyce była ona jednak ciałem fasadowym. Najważniejsze decyzje w okresie stanu wojennego podejmowała nieformalna grupa wojskowych oraz członków partii nazywana dyrektoriatem. W jej skład obok gen. Jaruzelskiego wchodzili: gen. Florian Siwicki (wiceminister obrony narodowej), gen. Czesław Kiszczak (minister spraw wewnętrznych), gen. MO Mirosław Milewski (sekretarz KC), Mieczysław F. Rakowski (wicepremier), Kazimierz Barcikowski (sekretarz KC) i Stefan Olszowski (sekretarz KC). Nieliczni przywódcy „Solidarności”, którzy uniknęli zatrzymań, m.in. Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bogdan Borusewicz, Aleksander Hall, Tadeusz Jedynak, Bogdan Lis czy Eugeniusz Szumiejko, rozpoczęli w wyjątkowo trudnych warunkach tworzenie struktur podziemnych. 14 grudnia rozpoczęły się niezależnie od siebie strajki okupacyjne w wielu dużych zakładach przemysłowych. Strajkowały huty, w tym największa w kraju „Katowice” oraz im. Lenina, większość kopalń, porty, stocznie w Trójmieście i Szczecinie, największe fabryki, takie jak: WSK w Świdniku, Dolmel i PaFaWag we Wrocławiu, „Ursus” czy Zakłady Przemysłu Odzieżowego im. Juliana Marchlewskiego w Łodzi.
Strajkowano w sumie w 199 zakładach (w 50 utworzono komitety strajkowe), na około 7 tys. istniejących wtedy w Polsce przedsiębiorstw. W 40 zakładach doszło do brutalnych pacyfikacji strajków, przy użyciu oddziałów ZOMO i wojska, wyposażonego w ciężki sprzęt. Szczególnie dramatyczny przebieg miały strajki w kopalniach na Górnym Śląsku, gdzie górnicy stawili czynny opór. 16 grudnia 1981 r. w Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” w trakcie kilkugodzinnych walk milicjanci użyli broni palnej, zabijając 9 górników. 23 grudnia przy wsparciu czołgów i desantu ze śmigłowców udało się stłumić strajk w Hucie „Katowice”. Najdłużej trwały strajki w kopalniach „Ziemowit” (do 24 grudnia) i „Piast” (do 28 grudnia), w których zdecydowano się prowadzić protest pod ziemią. W grudniu 1981 r. doszło do demonstracji ulicznych m.in. w Warszawie, Krakowie i Gdańsku. Największa z nich, w trakcie której milicjanci zastrzelili jednego z uczestników, odbyła się w Gdańsku.
Wprowadzając stan wojenny władze komunistyczne nie zdecydowały się zaatakować bezpośrednio Kościoła katolickiego. Prymas Józef Glemp od początku apelował o spokój i zażegnanie bratobójczych walk, domagając się jednocześnie uwolnienia internowanych i aresztowanych oraz powrotu do dialogu z „Solidarnością”. 13 grudnia w wygłoszonym kazaniu apelował do robotników, by nie narażali życia: „Będę wzywał o rozsądek nawet za cenę narażenia się na zniewagi i będę prosił, nawet gdybym miał boso iść i na klęczkach błagać: Nie podejmujcie walk Polak przeciw Polakowi”. Przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego wystąpiły Stany Zjednoczone i inne kraje zachodnie. 23 grudnia 1981 r. prezydent USA Ronald Reagan ogłosił sankcje ekonomiczne wobec PRL, a kilka dni później podał do wiadomości, iż obejmą one także Związek Sowiecki, który jego zdaniem ponosił „poważną i bezpośrednią odpowiedzialność za represje w Polsce”.
W ciągu następnych tygodni do sankcji ekonomicznych przeciwko Polsce przyłączyły się inne kraje zachodnie. 31 grudnia 1982 r. stan wojenny został zawieszony, a 22 lipca 1983 r. odwołany, przy zachowaniu części represyjnego ustawodawstwa. Dokładna liczba osób, które w wyniku wprowadzenia stanu wojennego poniosły śmierć, nie jest znana. Przedstawiane listy ofiar liczą od kilkudziesięciu do ponad stu nazwisk. Nieznana pozostaje również liczba osób, które straciły w tym okresie zdrowie na skutek prześladowań, bicia w trakcie śledztwa czy też podczas demonstracji ulicznych.
Autor nieznany
Korekta: ks. R. Zyman
za „Rzeczpospolita” 12.12.2017.
Piątek 10 marca 16.30Droga Krzyżowa 17.00 Msza Św.
Sobota 11 marca 8.30Katecheza dla uczniów klas III – VI 8.30 Film pt. „Jak Bóg da” dla bierzmowanych 10.30 Katecheza dla młodzieży 11.30 Msza Św. z nauką ogólną dla starszych i chorych Busy z Dziemięrzyc i Miroszowa o godz. 11.00 16.00 Msza Św. z nauką ogólną
Niedziela 12 marca Msza Św. o godz. 8.00, 10.00, 12.00, 15.30
Poniedziałek 13 marca 8.45 Msza Św. z nauką dla dzieci 10.15 Msza Św. z nauką ogólną 12.00 Msza Św. z nauka dla młodzieży 18.00 Msza Św. z nauką ogólną
SPOWIEDŹ 8.30 – 13.00 17.30 – 19.00
W Uroczystość Wszystkich Świętych i następującym po niej Dniu Zadusznym tłumnie nawiedzamy groby naszych bliskich, polecając dusze Miłosiernemu Bogu. Miejsce spoczynku przyozdabiamy kwiatami – znakiem naszej wiary w życie wieczne oraz zniczami i lampkami, symbolizującymi wieczną światłość. I tak od niepamiętnych czasów rokrocznie kultywujemy tę piękną tradycję… Jak dobrze, że Kościół w swej mądrości ustanowił Dzień Zaduszny! To święto tych, którzy przeszli już przez próg śmierci, są pewni zbawienia, lecz potrzebują jeszcze oczyszczenia, by móc wejść na Niebieskie Salony. Zaduszki przypominają nam, że oni właśnie, by dostąpić łaski oglądania Boga twarzą w twarz, potrzebują naszej pomocy – modlitwy, jałmużny, pokuty a nade wszystko Mszy Świętej w ich intencjach.
Czyściec istnieje!
Gdzież to w zaświatach znajdują się ci, którzy potrzebują naszej pomocy? Oczywiście w Czyśćcu. Kościół potwierdził naukę o Czyśćcu na trzech soborach – lyońskim pierwszym, florenckim oraz trydenckim – nakazując równocześnie obowiązek modlitwy za dusze czyśćcowe. Ale przecież – powie ktoś – są tacy, którzy nie uznają nauki o czyśćcu, a modlą się za zmarłych… Ot, choćby prawosławni. Myśląc o tym problemie zadaję sobie pytanie: za jakie dusze modlą się nasi nieuznający Czyśćca prawosławni? Czy za te, które są w piekle? Przecież to już zbyteczne, bo żadna modlitwa im nie pomoże. Zgodnie bowiem ze słowami Zbawiciela, piekło jest wieczne i nie zmienią tego żadne, mające nam poprawić samopoczucie, teorie o „pustym piekle” tudzież „piekle czasowym”. Zatem modlitwa za tych, którzy są potępieni nie jest ich w stanie z piekła wyzwolić. Niestety… Z kolei modlitwy za tych, którzy są w Niebie są niepotrzebne.
Dusze zbawionych obfitują we wszelkie dobra, zatem nasze modlitwy i ofiary są im już niepotrzebne. W związku z powyższym jasnym się staje, że powinniśmy się modlić za tych, którym nasza modlitwa może pomóc. I dusze te przebywają w Czyśćcu. Czy jest to miejsce, czy raczej stan duszy, sprawa drugorzędna. Ważne, że z Czyśćca – który jak sama nazwa wskazuje oczyszcza dusze z wszelkich plam i złych przywiązań – prowadzi jednokierunkowa droga do Nieba. Cierpiące w Czyśćcu dusze nic dla siebie zrobić nie mogą, dlatego potrzebują i wyczekują naszej pomocy. Ale równocześnie te same dusze mogą za to wypraszać nam łaski – warto o tym pamiętać. Święta Katarzyna z Genui, której Pan Bóg dał poznać, czym jest Czyściec, pisze, że wielkość tamtejszych kar równa jest piekielnym. Z tą różnicą, że jest to cierpienie oczyszczające.
Warto wyobrazić sobie jak bolesne – ale też oczyszczające – jest „odklejanie się” na przykład od jakiegoś nałogu, by móc wejść do Krainy Życia. Trzeba jednak podkreślić, że równocześnie ta sama św. Katarzyna dodaje, iż mieszkańcy ziemi nie mogą sobie nawet wyobrazić takiej radości, jaką odczuwają dusze czyścowe, które z każdym momentem (trudno jest w tym miejscu mówić o czasie, gdyż rzeczywistość po drugiej stronie życia jest poza czasem) przybliżają się do Wiecznej Radości.
Co mówi Pismo Święte?
Prawda o Czyśćcu ma wielu wrogów – szczególnie we wspólnotach protestanckich. Członkowie tych wspólnot zarzucają katolikom wiarę niezgodną z Pismem Świętym. Mówią: przecież Biblia nic nie mówi o czyśćcu. No tak, słowo Czyściec expressis verbis w Biblii nie pada ani razu, a jednak na Jej kartach znajdziemy fragmenty, które o Nim mówią. I to już w Starym Testamencie. W drugiej Księdze Machabejskiej (2 Mch 12, 42-45) ukazany jest dowódca wojsk Juda Machabeusz, który widział bałwochwalstwo żołnierzy, którzy zginęli.
Wierząc w zmartwychwstanie, wiedział, że potrzebują duchowej pomocy. Zebrał więc pieniądze i wysłał je do Świątyni w Jerozolimie, aby złożono ofiarę za ich grzechy. Był to swoisty rodzaj modlitwy i przebłagania za grzechy zmarłych. W Nowym Testamencie o możliwości tudzież niemożliwości odpuszczenia grzechów w przyszłym wieku (czyli już po śmierci, w Czyśćcu) mówił sam Pan Jezus: Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym [wieku] (Mt 12,32). W tym miejscu warto też przypomnieć, że o Czyśćcu wyraźnie mówiła w Fatimie Najświętsza Maryja Panna! Odpowiadając na pytania Łucji powiedziała o pewnej 18-letniej dziewczynie – Amelii – że będzie przebywać w Czyśćcu do końca świata…
Obowiązek modlitwy za zmarłych
Warto pamiętać, że już w starożytności chrześcijanie modlili się za zmarłych. Szczególne modły zanosili przed Boży Tron w trzeci, siódmy i trzydziesty bądź czterdziesty dzień po śmierci, a także w rocznicę zgonu. W roku 998 św. Odylon, opat z Cluny, nakazał modlić się za wszystkich zmarłych 2 listopada. Odtąd ten lokalny zwyczaj zaczął rozpowszechniać się na całe zachodnie chrześcijaństwo. I tak, w Rzymie o modlitwach za zmarłych 2 listopada księgi liturgiczne wzmiankują już w pierwszej połowie XIV wieku, a w Polsce kalendarz cysterski z Lądu z XII wieku. Natomiast zwyczaj urządzania procesji na cmentarz zaczął pojawiać się w Polsce od XIV wieku. Już wtedy procesję tę urządzano albo w uroczystość Wszystkich Świętych w godzinach popołudniowych albo przed południem w Dzień Zaduszny.
Z kolei w Hiszpanii w końcu XIV wieku pojawił się zwyczaj odprawiania trzech Mszy Świętych w Dzień Zaduszny. Ojciec Święty Benedykt XV ze względu na liczne ofiary pierwszej wojny światowej w 1915 roku zezwolił na tę praktykę w całym Kościele rzymskokatolickim. Tak oto w Kościele katolickim listopad, a zwłaszcza jego pierwsze dni, stały się czasem szczególnej pamięci i modlitwy za dusze czyśćcowe. Módlmy się więc za dusze czyśćcowe, wśród których są nasi bliscy, przyjaciele, znajomi, kapłani i zakonnicy, politycy których lubiliśmy i szczerze nie znosiliśmy… Zróbmy dobry uczynek – pamiętajmy o nich! Oni będą nam wdzięczni i będą za nami orędować. Módlmy się też za tych, o których nikt nie pamięta – szczególnie za bezimiennych poległych w obronie naszej Ojczyzny. I dziękujmy Bogu za Dzień Zaduszny. Według wizji różnych mistyków, podczas tego dnia mnóstwo dusz opuszcza Czyściec, by móc na Niebieskich Salonach stanąć twarzą w twarz ze Stwórcą.
Nie jest łatwo oddzielić religię od polityki. Dla samego Chrystusa był to pewien problem – jak wytłumaczyć współczesnym, że nie jest królem w ziemskim tego słowa znaczeniu a Zbawicielem świata? Rozmowa z Apostołami, w której Jezus zapowiada zbudowanie swego Kościoła na Piotrze, kończy się stanowczym wezwaniem uczniów do zachowania ścisłej tajemnicy co do mesjańskiej godności Mistrza z Nazaretu. „Wtedy przykazał uczniom, aby nikomu nie mówili, że on jest Mesjaszem”. Idea mesjańska była bowiem, w świadomości Izraelitów, nierozerwalnie związana z polityką. Jezus zaś chciał wysunąć na pierwszy plan przede wszystkim jej religijne, a nie polityczne znaczenie.
W czym tkwi zasadnicza trudność oddzielenia religii od polityki? Pytanie to należy rozważyć w dwu aspektach – indywidualnym i społecznym. Przekonania religijne z konieczności wpływają na postawę moralną, stąd też każdy człowiek zaangażowany politycznie musi się liczyć z głosem własnego sumienia. Im głębsze zaangażowanie polityczne, tym trudniej je harmonizować z wymogami stawianymi przez religię. Jest to niezwykle trudne zadanie – tym bardziej, że polityka uchodzi powszechnie za brudna dziedzinę życia człowieka, pełną przekłamań, niedomówień i zgniłych kompromisów. Mocne przekonania religijne, zwłaszcza świadomość odpowiedzialności przed Bogiem, rzutują na każdą decyzję polityka. Tendencje, zmierzające do poświęcenia przekonań religijnych dla polityki, są zawsze zdradą wartości religijnych i jako takie nie świadczą dobrze o człowieku, który się takiej zdrady dopuszcza.
Drugi aspekt jest związany z układem sił w społeczeństwie. Jeśli religia posiada swoją własną strukturę, jak to ma miejsce w Kościele, jej wpływ na wyznawców jest duży. Stąd też religia ujęta w instytucjonalne formy staje się siłą społeczną, z którą każdy polityk musi się liczyć, niezależnie od tego, czy zamierza wykorzystać ją do własnych celów, czy też zachować wobec niej dystans.
Refleksję nad stosunkiem chrześcijanina do religii – temat niezwykle drażliwy – należy rozpocząć od możliwie dokładnego zrozumienia przesłania Ewangelii. Rozmowa Chrystusa z Apostołami pod Cezareą stanowi ważne wydarzenie w życiu rodzącego się Kościoła. Świadczy bowiem o trosce Jezusa, by Apostołowie dostrzegli istnienie poważnego niebezpieczeństwa wykorzystania misji zarówno Jego, jak i Kościoła do celów politycznych. Chrystus pragnie ukazać czysto religijne perspektywy swego działania, ważniejsze i znacznie dalej sięgające niż perspektywy polityczne. Nie wolno jednak zapominać, że przeciwnicy Chrystusa ostatecznie i tak, wbrew Jego woli, nadali całej Jego ziemskiej działalności wymiar polityczny i ukrzyżowali Go jako niebezpiecznego dla cezara. Jezus ginie przecież jako skazaniec polityczny z rąk rzymskiego okupanta, wydany przez własnego ucznia i własny naród. Przez Sanhedryn Jezus zostaje skazany za działalność religijną, a przez Piłata za to, że nazywał siebie „królem żydowskim”. Tego wielkopiątkowego połączenia religii z polityką nie da się rozdzielić. Ma ono miejsce w Ewangelii i trwa w sposób nieprzerwany przez dwadzieścia wieków dziejów Kościoła. Chrześcijanin nie może się tym gorszyć. Winien jednak bacznie uważać, by wzorem Mistrza sam nie wykorzystał religii do polityki, ani nie wciągał polityki do religii. Ale nie powinien również biernie przypatrywać się wydarzeniom politycznym, nie biorąc udziału w życiu narodu – taka postawa również jest niewłaściwa, bo świadczy o braku patriotyzmu. A przez brak zaangażowania chrześcijanin-obywatel czyni szkodę całemu społeczeństwu.
Zachowanie wolności religii wobec polityki nie jest łatwe. Trzeba jednak uczynić wszystko, by dla polityki nie naruszyć religijnej hierarchii wartości. Człowiekiem, który może pomóc w głębszym przemyśleniu tego problemu jest św. Tomasz Morus. Z tego punktu widzenia warto przeczytać jego listy pisane w więzieniu. Wszak najcenniejsi ludzie, tak dla religii jak i polityki, to ci, którzy mają mocny kręgosłup moralny.
Kościół w kwestii imigrantów poczynił zwrot o 180 stopni, opowiadając się po stronie imigranta, najczęściej muzułmanina. Sprawił tym, że Europejczycy zapadli w swego rodzaju „letarg”. Nadszedł moment, by stawić czoła problemowi – uważa Laurent Dandrieu, redaktor naczelny rubryki kulturalnej francuskiego tygodnika Valeurs actuelles, ekspert w dziedzinie religii oraz autor książki Èglise et immigration le grand malaise.
„Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” (Mt, 25, 35). Ten cytat z Ewangelii zdaje się zamykać w obrębie Kościoła wszelkie dyskusje na temat imigracji, czyniąc z nauki miłości bliźniego swoistą politykę działania. Mimo to Pan uważa, że dyskusja na ten temat jest niezwykle pilna. Dlaczego?
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na ukryty fałsz, jaki kryje się w zamiarze tłamszenia wszelkich dyskusji tym właśnie zdaniem, które z pewnością nie jest wystarczające, by uzasadnić politykę migracyjną. W regularnych odstępach czasu francuski episkopat skandował je jako jedyny argument krytyczny wobec restrykcyjnej polityki w stosunku do imigrantów. Myśl katolicka, podobnie jak miłosierdzie, ulega upodleniu i staje się czymś, co Chesterton zwykł nazywać „chrześcijańską cnotą, która oszalała”. Miłosierdzie musi również, zwłaszcza w polityce, cechować ostrożność, nie można narażać na niebezpieczeństwo naszego wspólnego dobra, by nie obrócić się przeciwko tym, którym powinno się pomagać; musi być sprawiedliwe, nie może rozebrać jednego człowieka, żeby ubrać drugiego, musi być skuteczne: nie może obiecywać pomocy, jeśli nie będzie w stanie jej udzielić… Dyskusja jest konieczna, ponieważ poprzez wychwalanie islamu, które nieustannie słyszymy, jakby nie miał on nic wspólnego z przemocą i jego wyznawcy byli wyjątkowo chętni do integrowania się z europejską kulturą, Kościół potwierdza swoją przynależność do elit przyczyniających się do „letargu Europy”, co wzbudziło ogromne zdumienie filozofa, Pierre’a Manenta, który dodaje, że sami muzułmanie „odbierają tę destrukcję jako dowód na ich moralną wyższość”: rola Kościoła, który widzi wielkość Europy w postawie skazującej na zapomnienie tożsamość narodową na rzecz „kultury spotkań”, jest w tej kwestii niepodważalna. Taki błąd prowadzi do katastrofy nie tylko w Europie, ale też w samym Kościele: jak ponownie rozbudzać wiarę wśród ludzi, którym tłumaczy się, że ich uzasadniona obawa o przetrwanie jest jedynie przejawem zamknięcia się w sobie, przesadną ostrożnością i że miłość do własnej tożsamości powinna zostać całkowicie poświęcona w obliczu nakazu przyjęcia drugiego człowieka?
Przy okazji ukazania się Pana książki został Pan oskarżony o krytykę katolicyzmu. Jak Pan na to odpowie?
Bardzo prosto! Że mam katolicką wizję Kościoła! W całej swej dotychczasowej historii Katolicyzm potrafił zachować równowagę między wezwaniem do miłości bliźniego, która nakazuje nam widzieć w każdym człowieku brata w obliczu wspólnego Boskiego ojcostwa, a koniecznością życia w naturalnych wspólnotach, począwszy od rodziny, a skończywszy na narodzie. Konieczność ta ma charakter nie tylko materialny, ale również duchowy, ponieważ wspólnoty są naturalnym kontekstem miłosierdzia i mediacji niezbędnej do osiągnięcia uniwersalności. Z tego względu Jan Paweł II mógł mówić o „wartości religijnej” „wiary w tożsamość narodową”. W dzisiejszych czasach oczywiście są tacy, którzy pragną katolicyzmu bezpaństwowego, całkowicie zanurzonego w powszechności i „jedności ludzkiej rodziny”: ci ludzie jednak zapominają, że chrześcijaństwo to religia wcielona i że uniwersalizm niezakorzeniony w tożsamości poszczególnych narodów skazany jest na ślepy humanitaryzm.
Tak napisał w swojej encyklice Summi Pontificatus papież Pius XII: „Tu uważamy za konieczne podkreślić, że świadomość tej braterskiej i powszechnej wspólnoty, którą budzą i rozwijają w ludziach zasady nauki chrześcijańskiej, nie burzy miłości ku własnej ojczyźnie, ku jej tradycjom i sławie ani też nie zabrania pracy dla powiększania jej dobrobytu i rozwoju słusznych interesów. Nauka ta bowiem poucza nas, że Bóg ustanowił, iż w miłowaniu mamy kierować się rozumną kolejnością, według której bardziej mamy miłować tych i więcej świadczyć dobrodziejstw tym, którzy są z nami związani ściślejszymi więzami. Wskazał na to sam Boski Mistrz swym postępowaniem, pałając szczególną miłością do ziemi ojczystej i gorzko płacząc z powodu ruiny zagrażającej Świętemu Miastu”.
Jean-Pierre Denis, dyrektor La vie, francuskiego tygodnika określającego się jako „chrześcijański i humanistyczny”, opublikował artykuł redakcyjny bardzo krytyczny wobec Pana książki, który niedługo potem został przedrukowany na pierwszej stronie Osservatore Romano. Czyżby Kościół zajął już swoje stanowisko?
Jakaś część Kościoła na pewno tak. Poza tym nie jest to zaskoczenie, skoro moja książka zawiera ostrą i bardzo dobrze uargumentowaną krytykę pozycji Kościoła w kwestii imigrantów. Mimo to mam nadzieję, że zwycięży wizja dyskusji nad zaprzeczaniem istnienia problemu. Opublikowanie tego artykułu w Osservatore Romano nie tylko jest wyrazem sprzeciwu wobec moich wniosków, ale przede wszystkim artykuł Jean-Pierre’a Denisa stanowi część kampanii mającej na celu zdyskredytowanie wszystkich tych katolików, którym zależy na obronie tożsamości narodowej, rzucając na nich podejrzenia o zamykanie się we własnych wspólnotach, brak miłosierdzia i odrzucenie tego, co obce. Wydaje mi się poważnym problemem fakt, że oficjalny dziennik Stolicy Apostolskiej, jakim jest Osservatore Romano, podziela takie stanowisko, ponieważ grozi ono samobójstwem samego Kościoła.
Po pontyfikacie Jana XXIII papieże powoli oddalili się od tradycyjnej wizji Kościoła w kwestii imigracji: przeszliśmy od św. Tomasza z Akwinu, zdaniem którego „najbliżsi powinni być na pierwszym miejscu”, do Benedykta XVI, dla którego imigracja to „symbol Boskiego miasta bez granic”, a to oznacza przypisanie imigrantom wymiaru niemal mesjanistycznego i zdecydowanie pozytywnego. Jak wyjaśnić taką sprzeczność?
Doktryna Kościoła w kwestii imigracji została wypracowana w latach 60., a był to dziwny okres w historii Kościoła, który został niejako zdominowany przez utopię szczęśliwej globalizacji, widząc w niej „znak czasów” dążący do „jedności ludzkiej rodziny”. Wspólne dobro narodu zeszło na drugi plan. Wynika to z mesjanistycznej wizji imigracji, będącej przejawem „intensywnego dążenia do unifikacji wszystkich narodów, w którym można dopatrywać się Ducha Bożego”, zgodnie z tekstem zatwierdzonym przez Pawła VI.
W książce analizuje Pan również stan islamsko-chrześcijańskiego dialogu prowadzonego po Soborze Watykańskim II. Jak można wytłumaczyć tę „dziwną islamofilię” Kościoła?
Mamy do czynienia z rozwojem czegoś, co Rémi Brague nazwał „fałszywymi podobieństwami”, powierzchownymi zbieżnościami pomiędzy religiami, które pozwoliły Janowi Pawłowi II na stwierdzenie, że wielbimy „tego samego Boga”, co muzułmanie. Do czasu pontyfikatu Benedykta XVI temat stosunku islamu do przemocy nigdy nie był podejmowany. Franciszek, owszem, musiał rozpocząć taką dyskusję ze względu na rozwój wypadków na świecie, ale w przeciwieństwie do Benedykta XVI, który próbował budować dialog oparty na prawdzie i wezwać muzułmanów do krytycznej refleksji nad własną religią, obecny papież zaprzecza problemowi i zadowala się stwierdzeniem, jak napisał w 2013 roku w Evangelii Gaudium, że: „prawdziwy islam i właściwa interpretacja Koranu sprzeciwiają się przemocy”. To zaprzeczenie przybiera niewiarygodne formy jak wtedy, gdy w wywiadzie dla dziennika La Croix papież Franciszek porównał okrutne sury Koranu do wysyłania uczniów Chrystusa na misje albo kiedy na pytanie dziennikarki o kwestie przemocy w islamie dzień po zamachu na ojca Hamela podczas Mszy świętej z rąk dwóch młodych muzułmanów, wygłosił dziwny dyskurs, próbując umniejszyć znaczenie tego wydarzenia i wskazując dla równowagi na domniemaną przemoc katolicką… Moim zdaniem to bardzo poważna kwestia z trzech powodów. Przede wszystkim dlatego, że jest to obraza wobec prawdy, a dokładniej oszczerstwo wobec chrześcijaństwa, a tego raczej nie spodziewamy się po papieżu. Poza tym taka postawa stanowi kolejne zagrożenie dla Europejczyków broniących się przed islamizacją kontynentu. A ponadto nie służy ona również samym muzułmanom, ponieważ powtarzanie, że problem nie istnieje, przynosi efekty odwrotne do zamierzonych. Jak mamy dążyć do ich ewangelizacji, jeśli na każdym kroku mówimy im, jak wspaniała jest ich religia?
Jakie przebłyski nadziei dostrzega Pan we współczesnym świecie katolickim, które byłyby w stanie wpłynąć pozytywnie na tę czarną wizję samobójstwa kultury europejskiej?
Wydaje mi się, że jest to właśnie echo, jakim moja książka odbiła się na świecie oraz fakt, że kard. Barbarin zgodził się na debatę ze mną. W każdym razie jest to dowód na to, że sytuacja rozwinęła się do tego stopnia, że nie można już zamieść problemu pod dywan i że nawet najbardziej oporni będą musieli stawić mu czoła. Tu i ówdzie słychać nawet pojedyncze jeszcze głosy biskupów, którzy przejawiają bardziej realistyczną wizję w tej kwestii. Ponadto kard. Schönborn, mimo że jest on bardzo blisko papieża, wycofał się ze swego początkowego bardzo optymistycznego stanowiska i uznał fakt, że powinniśmy być bardziej ostrożni w kwestii przyjmowania imigrantów, ponieważ różnice kulturowe i religijne w znaczącym stopniu utrudniają ich integrację. Warto również przytoczyć mocne słowa kard. Saraha w wywiadzie z Charlotte d’Ornellas: „Macie do czynienia z inwazją innych kultur i innych narodów, które zaczynają przewyższać was liczbowo i radykalnie zmieniać waszą kulturę, wasze przekonania i wasze wartości”. Mam nadzieję, że prędzej czy później nastąpi zwrot, pozytywny w skutkach dla Kościoła i dla Europy.
Adam Hilary Bernard, syn Wojciecha Chmielowskiego herbu Jastrzębiec i Józefy z Borzysławskich herbu Śreniawa, urodzony w majątku rodzinnym w Igołomi pod Krakowem, odebrał w domu wychowanie pełne kultu dla staropolskich tradycji religijnych i narodowych. Od zawsze odznaczał się gorącą miłością Ojczyzny i skłonnością do ofiary, musiał jednak przejść dość burzliwą drogę, nim został zasłużonym dla Kościoła i Ojczyzny bratem Albertem, określanym „polskim biedaczyną z Asyżu”. Jego nawrócenie i powołanie dopełniało się w trzech etapach związanych z trzema rodzajami działalności: wojskową, artystyczną i dobroczynną.
Pierwszy okres jego życia, zwieńczony walką w powstaniu 1863 roku, to czas edukacji i pierwszych prób wpłynięcia na losy rozszarpanej przez zaborców Polski. Dwa lata po śmierci ojca ośmioletni Adam został posłany do korpusu kadetów w Petersburgu, gdzie przebywał przez trzy lata. Od 1858 roku mieszkał w Warszawie, a w rok później zmarła również jego matka. Przeszedł wówczas pod opiekę ciotki Petroneli Chmielowskiej, a ukończywszy gimnazjum, rozpoczął studia w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym założonym przez rząd zaborczy w pałacu książąt Czartoryskich w Puławach. Tam zaangażował się w działalność konspiracyjną. Po wzięciu udziału w dwóch bitwach został wzięty do niewoli przez Austriaków, ale uciekłszy z więzienia w Ołomuńcu, powrócił do walki. 30 września wziął udział w swej ostatniej bitwie, pod Mełchowem, w której został ciężko ranny w nogę. Dostawszy się ponownie do niewoli, powstaniec musiał poddać się amputacji nogi, lecz pomimo kalectwa młody weteran podejmował bez zniechęcenia kolejne wyzwania życia.
Po upadku powstania udał się na emigrację, z której powrócił już w roku 1865 i podjął studia malarskie w Warszawie. Sztuka i sprawy artystyczne od dawna nie były mu obce. Już w szkole puławskiej poznał się i zaprzyjaźnił z malarzem Maksymilianem Gierymskim. Po krótkiej przerwie na studia politechniczne w Belgii, kontynuował zgłębianie tajników sztuki malarskiej na akademii sztuk pięknych w Monachium. Nawiązał tam przyjaźnie z najsławniejszymi przedstawicielami sztuki młodopolskiej (między innymi z Leonem Wyczółkowskim i Józefem Chełmońskim). W roku 1874 ukończył edukację i oddał się z zapałem poszukiwaniom artystycznym – malował, dyskutował, wydał rozprawkę O istocie sztuki. Droga tych poszukiwań doprowadziła artystę do pytania „czy służąc sztuce, Bogu też służyć można?” – wkrótce znalazł odpowiedź we wzrastającym pragnieniu, aby „sztukę, talent i myśli Bogu poświęcić i święte rzeczy malować”. Na drodze artystycznej zaczęło się zatem rodzić jego powołanie do służby Bożej.
W tym czasie dwie drogi – artystyczna i duchowna – zaczęły się krzyżować i pokrywać. Owocem tego okresu jest szereg obrazów religijnych, dzięki którym nazwisko polskiego malarza zagościło w galeriach Europy. Za najbardziej znane i jedno z lepszych dzieł uznaje się, wiszący obecnie u sióstr albertynek w Krakowie, obraz Ecce homo przedstawiający Chrystusa w postaci, w jakiej stał przed sądem Poncjusza Piłata. Wtedy też Adam Chmielowski zdecydował się spróbować swoich sił w nowicjacie ojców jezuitów, do którego wstąpił w roku 1880 w Starej Wsi. Był to jednak czas niedogodny dla wrażliwej natury przyszłego brata Alberta – przeżył on załamanie i przez jakiś czas przebywał w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie pod Lwowem. Decyzja o wstąpieniu do zakonu wiązała się z porzuceniem pasji malarskiej. Pan Bóg miał wkrótce wynagrodzić jego ofiarę i cierpliwość, z jaką znosił rok odosobnienia. Były kleryk, odpoczywając u rodziny, zaczął odkrywać ducha reguły franciszkańskiej i jego wzrok skierował się ku zgromadzeniu, z którym miał związać ostatni okres swego życia.
Przyjechawszy do Krakowa w roku 1884, zamieszkał przy ulicy Basztowej 4 i kontynuował pracę malarską. Jednocześnie objawia się w nim coraz silniejsze miłosierdzie dla ludzi dotkniętych nędzą moralną i materialną. Zaczął od uwrażliwienia na nędzę i pomocy ubogim, których Pan Bóg stawia na jego drodze, wkrótce jednak jego pracownia zamieniła się w schronienie dla ubogich. Następnie przeniósł się do przytułku (zwanego wtenczas ogrzewalnią miejską), aby być bliżej potrzebujących, w których odnalazł wołającego o pomoc Chrystusa. Fascynacja Adama duchem franciszkańskim znalazła ujście we wstąpieniu do Trzeciego Zakonu w roku 1887 i odtąd nazywany był on bratem Albertem. W rok później złożył śluby zakonne, a najbliżsi współpracownicy, którzy dołączyli do niego, stali się zalążkiem Zgromadzenia Braci Albertynów.
Kult Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie i Maryi Matki Ubogich stał się podstawą duchowości nowego zakonu niosącego pomoc ubogim. Święty Albert odnalazł tam wreszcie upragnione spełnienie w codziennej działalności, o której mawiał, że „powinno się być dobrym jak chleb; powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny”. Jeszcze za jego życia powstało dwadzieścia jeden domów pomocy, a także zgromadzenie sióstr albertynek niosące pomoc kobietom.
Droga, jaką przeszedł Święty, pogłębiła też jego refleksję dotyczącą miłości Ojczyzny i sposób zaradzenia jej nieszczęściom. Zaowocowało to sformułowaniem wniosku prostego, ale wymownego, mianowicie, że „tylko u stopni ołtarza można silnie związać łańcuch jedności narodowej i duchowego braterstwa, który rozrywa prywata i egoizm”.
Brat Albert do końca życia wypełniał konsekwentnie i bezwzględnie ślub ubóstwa i trwał w pokucie, dzięki czemu jednoczył się z cierpiącymi członkami mistycznego ciała Chrystusa Pana. W ostatnich latach życia ujawnił się u niego rak żołądka, który też stał się przyczyną jego śmierci w wieku siedemdziesięciu jeden lat. Zmarł w opinii świętości. W roku 1946 książę kardynał Sapieha rozpoczął przygotowania do beatyfikacji, którą ogłosił w 1983 roku Jan Paweł II na krakowskich błoniach. On też kanonizował Alberta Chmielowskiego sześć lat później w Rzymie. Kościół wspomina św. Brata Alberta 17 czerwca. Obecny rok jest w Kościele polskim rokiem Św. Brata Alberta. Centralne uroczystości w naszej diecezji odbędą się w Busku-Zdroju, w dniu liturgicznego wspomnienia „polskiego biedaczyny z Asyżu”.
Czy możemy stać się współodpowiedzialni za popełnione przez innych grzechy? Tak! Wiara katolicka ściśle określa, kiedy jesteśmy obarczeni moralnym współudziałem w cudzych przewinieniach. Tak jest nie tylko z namawianiem kogoś do grzechu, ale także w przypadku pochwalania cudzego grzechu, pomagania, usprawiedliwiania czy braku kary za grzech!
Katechizm Kościoła Katolickiego wyróżnia dziewięć sposobów współuczestnictwa
w cudzych grzechach:
1. Namawiać kogoś do grzechu.
2. Nakazywać grzech.
3. Zezwalać na grzech.
4. Pobudzać do grzechu.
5. Pochwalać grzech drugiego.
6. Milczeć, gdy ktoś grzeszy.
7. Nie karać za grzech.
8. Pomagać do grzechu.
9. Usprawiedliwiać czyjś grzech.
Bluźnierczy spektakl „Klątwa” wystawiony niedawno w Teatrze Powszechnym w Warszawie jest jednym z przykładów „gwarantujących” nam taką współodpowiedzialność. Bluźnierstwa, zniewagi i wszelkie niegodziwości popełnione w trakcie przygotowań do „sztuki”, w czasie jej pokazu oraz podczas burzy, którą wszczynają „obrońcy odważnego przekazu zawartego w spektaklu” stanowią bowiem doskonały przykład wypełniania znamion wszystkich grzechów cudzych. „Doradztwo moralne” zawarte w niemal każdej scenie „Klątwy” namawia do grzechu i to grzechu bardzo ciężkiego.
Czymże innym są bowiem bluźniercze sceny pornograficzne zaserwowane nam przez reżysera i aktorów? Jak inaczej nazwać „wizję” Olivera Frljicia i jej realizację na scenie Teatru Powszechnego, jeśli nie nakazem grzechu? Zgoda na wystawienie „sztuki” pokazuje, jak wielkie jest w Polsce zezwolenie na grzech. Kto zezwala na grzech bliźniego, podobny jest do człowieka, który na widok dziecka bawiącego się brzytwą nic by nie zrobił, by mu brzytwę odebrać, bo chciałby w ten sposób uszanować wolność dziecka – twierdzi ks. Adam Martyna na łamach dwumiesięcznika Przymierze z Maryją. Ciągłe lansowanie reżysera owego „przedstawienia” na człowieka bezkompromisowego, nieustraszonego i walczącego o „nowy, wspaniały świat” w rzeczywistości banalizuje i zaciera wybór każdego człowieka między dobrem a złem i buduje poczucie innej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której zło i stawianie się ponad Boskimi przykazaniami gwarantuje „prawdziwą wolność”.
Takie zachowanie pobudza do grzechu i wystawia na pokusę, aby dla krótkiej chwili poświęcić całą wieczność. Wszyscy „obrońcy” spektaklu mówiący o odwadze, łamaniu barier narzucanych przez religię, wyzwoleniu itd., w rzeczywistości dają zielone światło dla dalszych tego typu praktyk. Finansowanie „spektaklu” z publicznych pieniędzy w połączeniu z buńczucznymi zapowiedziami, że znajdą się kolejne pieniądze z budżetu stolicy na następne tego typu „przedsięwzięcia” oznaczają nic innego jak pochwałę grzechu drugiego. Kto pochwala grzech daje do zrozumienia, że sam chętnie by go popełnił, gdyby zaistniały ku temu okoliczności – twierdzi. ks. Martyna. Katolik zawsze powinien deklarować jasne i zdecydowane stanowisko w sprawie swojej wiary i dlatego nie ma usprawiedliwienia dla tych, którzy milczą w sprawie „Klątwy”, niezależnie od kierujących nimi motywami.
Nie tak postępowali święci i naśladowcy Chrystusa. Adekwatnakara dla reżysera „Klątwy” oraz dyrekcji teatru ze strony organów państwowych pokaże, że nie ma zgody na tego typu działania. Brak jakiejkolwiek kary będzie impulsem dla kolejnych „skandalistów” do jeszcze bardziej ohydnych wyskoków „kulturalnych”. W przypadku „Klątwy” mamy bowiem do czynienia ze złamaniem przynajmniej dwóch paragrafów Kodeksu Karnego – znieważenie uczuć religijnych oraz obraza głowy innego państwa (Jana Pawła II) i flagi innego państwa (Watykanu). Patronat i promocja, jakie zagwarantowały bluźnierstwu Frljicia instytucje państwowe i opiniotwórcze media, to jeden z wielu przykładów pomagania do grzechu. Rzecz oczywista, jeżeli pomagamy komuś do dobrego, mamy zasługę, jeżeli zaś pomagamy do złego sprawiamy, że nasz bliźni grzeszy i my grzeszymy razem z nim – przypomina ks. Martyna. To samo tyczy się wszelkich prób usprawiedliwienia „Klątwy”, jej reżysera i aktorów.
opracował: ks. Rafał Zyman wypowiedzi pisane kursywą są autorstwa ks. Adama Martyny