„Twemu Sercu cześć składamy” – refleksja na temat kultu Serca Pana Jezusa

„Twemu Sercu cześć składamy” – refleksja na temat kultu  Serca Pana Jezusa

Tak jak miesiąc maj tradycyjnie poświęcony jest Matce Zbawiciela, tak miesiąc czerwiec poświęcony jest Sercu Zbawiciela. Obchodzona osiem dni po Bożym Ciele uroczystość Najświętszego Serca Jezusa to wyraz przyjęcia prawdy o tym, że Bóg jest Miłością. Miłość tę najpełniej odzwierciedla Eucharystia a kult Serca Jezusowego na ziemiach polskich jest obecny – co warte podkreślenia – od ponad 350 lat.

Kult Serca Zbawiciela znany był już w średniowieczu, ale rozpowszechnił się w Kościele i został oficjalnie uznany pod wpływem objawień, jakie w latach 1673-1675 miała św. Małgorzata Maria Alacoque z klasztoru sióstr wizytek w Paray-le-Monial. Słowa Jezusa wypowiedziane podczas objawień świadczą przede wszystkim o Jego wielkim pragnieniu, aby każdy człowiek uświadomił sobie niewyobrażalną miłość Boga oraz swoją odpowiedź na tę miłość, która niestety często nie jest właściwa. Można ze smutkiem powiedzieć, że miłość nie jest kochana. Serce Jezusa symbolizuje Bożą Miłość. Jest ona jednocześnie darem i ofiarą. Na ołtarzu Jezus z Miłości do człowieka, cierpiąc za jego grzechy, oddaje przecież Swoje życie.

Chrystus objawiając się siostrze Małgorzacie chciał ustanowienia święta ku czci Swego Serca oraz odprawiania specjalnego nabożeństwa wynagradzającego. Dał św. Małgorzacie Alacoque dwanaście obietnic dotyczących czcicieli Serca Jezusowego. Wśród nich m.in. łaskę pokoju w rodzinach i pocieszenia w utrapieniach. Jezus przyrzekł między innymi, że każdy Jego czciciel, który w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w stanie łaski uświęcającej przyjmie Komunię Świętą w intencji wynagradzającej za ludzkie grzechy, nie umrze bez przyjęcia sakramentów świętych.

W Polsce kult Serca Jezusowego rozwinął się jeszcze przed objawieniami francuskiej mistyczki. Pierwszy podręcznik nabożeństwa do Serca Jezusowego napisał jezuita o. Kacper Drużbicki, autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa”. Zmarł on ponad 10 lat przed pierwszym objawieniem w Paray-le-Monial związanym z Nabożeństwem do Najświętszego Serca Jezusowego. Wśród polskich biskupów, którzy odznaczali się w sposób szczególny czcią wobec Serca Jezusowego możemy wymienić choćby św. abp. Józefa Bilczewskiego, który rozwijał kult Najświętszego Serca Pana Jezusa podczas
I wojny światowej oraz św. bp. Józefa Sebastiana Pelczara, autora dzieł o Najświętszym Sercu i założyciela zgromadzenia sióstr sercanek. W 1921r. konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie a w 1948r. biskupi polscy zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Z kolei 25 marca 2020r. obecny Przewodniczący Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki zawierzył Polskę Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi.

Zawierzanie się Sercu Pana Jezusa i Maryi to cecha Kościoła w Polsce oraz jego tradycja. Przywołać tu warto słowa kard. Stefana Wyszyńskiego, który podkreślał, że Serce Jezusa i Maryi to dwa najpiękniejsze Serca, które „biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu”. Ważna jest też wypowiedź biskupa krakowskiego Karola Wojtyły, który w liście pasterskim z 1965 r. z okazji 200-lecia święta Serca Jezusowego w Polsce, napisał, że starania o jego ustanowienie w Kościele stały się „przejawem coraz głębszego rozumienia miłości Chrystusa do ludzi i wezwaniem do głębszej odpowiedzi miłości płynącej z ludzkich serc w stosunku do Zbawicielaˮ. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi już w pierwszej połowie XVIII wieku. W odpowiedzi na ich starania, 255 lat temu, 6 lutego 1765 roku, Papież Klemens XIII zatwierdził święto Najświętszego Serca Jezusa m.in. dla Królestwa Polskiego.  Pius IX w 1856 r. rozszerzył je na cały Kościół. Papież Leon XIII w 1889 r. podniósł je do rangi uroczystości, a 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki. A z inicjatywy św. Jana Pawła II uroczystość Najświętszego Serca Jezusa jest od 1995 roku dniem modlitw o świętość kapłanów.

Do najpopularniejszych form kultu Serca Jezusa, oprócz uroczystości Najświętszego Serca Jezusa, należą również: odprawiane przez cały czerwiec nabożeństwo do Serca Jezusa, Litania do Serca Jezusowego (odmawiana wspólnotowo i prywatnie), a także akt zawierzenia Sercu Jezusa. Sercu Jezusa zostały również poświęcone liczne zakony: sercanie, sercanki, Bracia Serca Jezusowego, siostry Sacré Coeur, Urszulanki Serca Jezusa Konającego oraz bractwa, spośród których najliczniejsze jest Bractwo Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Kończąc tę refleksję gorąco wszystkich zachęcam do praktykowania nabożeństw pierwszych piątków miesiąca oraz do prywatnego zawierzania naszych domów, rodzin, naszej Ojczyzny i wszystkich bolesnych spraw Sercu Zbawiciela, które jest źródłem niewyczerpanych łask i ukojeniem w chwilach cierpienia. Z pewnością wszystkim czcicielom Serca Pana Jezusa, które było przebite za nasze grzechy, nasz Zbawiciel łask nie poskąpi.

ks. R. Zyman

Pościć, byle z głową… Refleksja wielkopostna

Pościć, byle z głową… Refleksja wielkopostna

Wielki post to czas nawrócenia i pokuty. Czy jednak rozumiemy je właściwie? Czy też traktujemy post bardziej jako okazję do praktykowania wegetarianizmu, schudnięcia czy podbudowania ego?

Idziesz po restauracji w piątek i zajmujesz swe miejsce przy stoliku. Patrzysz niecierpliwie, gdyż jesteś głodny. Wreszcie przychodzi kelner, lekko się uśmiecha i pyta, co zamawiamy. Standardowe, piątkowe – ryba, surówka. „Aaa – opcja wegetariańska” – uśmiecha się kelner. „Nie. Postna” – odpowiadasz życzliwie, ale stanowczo.  Kelner oddala się czynić swą powinność. Tymczasem patrzy na ciebie dwójka gości z sąsiedniego stolika, z mieszaniną ciekawości i zakłopotania. Następnie wraca do swych kotletów. Historia niby zwyczajna, a jednak oddająca prawdę o naszych postawach względem wielkiego postu. Część nie stosuje się do niego wcale, bo po co? Życie i tak jest trudne, więc po cóż go sobie jeszcze uprzykrzać – stwierdzają. Cóż można im powiedzieć? Choćby to, co Pan Jezus po uzdrowieniu epileptyka – że istnieje rodzaj złych duchów, które wyrzuca się tylko modlitwą i postem (Mt 17,21). To między innymi dlatego Kościół nakazuje piątkową wstrzemięźliwość od mięsa oraz powstrzymywania się od hucznych zabaw w okresie Wielkiego Postu. Zachęca też do podejmowania wówczas różnych wyrzeczeń, takich jak ograniczenie jedzenia, picia czy niektórych innych przyjemności (słodyczy, kawy, alkoholu, papierosów itd.).

Nie wszyscy jednak odrzucają całkowicie post. Jeszcze inni owszem praktykują go. To znaczy – wydaje im się, że praktykują. Na przykład podoba im się okresowe niejedzenie mięsa. Są bowiem wegetarianami albo wegetarian podziwiają, ale jedzą mięso od czasu do czasu. W efekcie w powstrzymaniu się od jedzenia mięsa widzą krok w dobrą stronę. Wszak oszczędzi się cierpienia biednym zwierzakom. Prawda jest jednak brutalna: nie o to w poście chodzi! To nie z powodu troski o zwierzęta wstrzymujemy się od spożywania mięsa w piątki czy Środę Popielcową. Nawet nie dlatego, byśmy uważali jedzenie mięsa za coś złego. Przeciwnie! Mięso jest jako takie dobrem. Jednak to właśnie w okresowym powstrzymaniu się od dobra w imię wyższych celów tkwi wartość postu. Chrześcijańska asceza nie polega bowiem na odrzucaniu wartości stworzonego świata. Pamiętamy bowiem, że zgodnie z Księgą Rodzaju Bóg stworzył świat jako dobry. Prawdziwe wyrzeczenie więc stanowi rezygnację z czegoś dobrego. To właśnie dlatego jest ono godne szacunku.

Istnieje jeszcze inna grupa ludzi uznających post za coś właściwego. Ci zaś widzą w nim rodzaj diety. Chwalą post, gdyż pozwala im na zrzucenie zbędnych kilogramów. Ich zdaniem warto trochę pocierpieć w imię wyższych celów. Ale jakich wyższych celów? Post chrześcijański wiąże się przecież z motywacją nadprzyrodzoną. Wyrzekam się dobra, by zbliżyć się do Boga, a nie po to, by schudnąć! Warto pamiętać, że nie chodzi tu o siłę wyrzeczenia czy natężenie cierpienia. Chodzi o motywację. Skromny post w imię miłości Boga jest o wiele ważniejszy niż wielki wysiłek czyniony w imię świeckich, jakkolwiek uzasadnionych, ideałów.

Istnieje też grupa ludzi wierzących i podejmujących umartwienia w imię (jak twierdzą) zbliżenia się do Stwórcy. Wszystko na pozór wspaniale, istnieje jednak pewien szkopuł. Otóż cielesne cierpienia rekompensują sobie oni z nawiązką przyjemnościami pychy. „Ja poszczę! Ależ jestem wspaniały! A o ileż lepszy o tego ateisty, co to nie pości! Albo od tego innowiercy, co pości tylko po to, by schudnąć. Jestem prawdziwym katolikiem!”.
O takiej postawie wypowiedział się sam Chrystus: „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. […] Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”. (Mt 6, 1-6. 16-18).
Weźmy sobie Jezusowe słowa głęboko do serca!

 


Marcin Jendrzejczak

ks. Rafał Zyman

 

Refleksja listopadowa

Refleksja listopadowa

Ostatnim słowem naszego życia nie jest śmierć. Życie nasze bynajmniej nie jest absurdem. Ma sens. To znaczy ma swój bardzo określony kierunek. Wiemy dokąd zmierzamy i wiemy, że cel naszego dążenia to życie wieczne – mówił abp Marek Jędraszewski w uroczystość Wszystkich Świętych. Metropolita krakowski przewodniczył Mszy Świętej w kaplicy Zmartwychwstania Pańskiego na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Na początku homilii, metropolita krakowski zacytował dwa głosy, które na długo ukształtowały europejskie myślenie o człowieku i jego roli, przyczyniając się do rozprzestrzenienia tego, co Jan Paweł II nazwał „cywilizacją śmierci”. Jak wyjaśniał jeden z nich definiuje człowieka jako jednostkę, która zmierza do śmierci, czyniąc z końca ziemskiego życia ostateczny cel wszystkich zmagań i wysiłków, a drugi – w duchu ateistycznego egzystencjalizmu – mówi, że absurdem jest ludzkie życie i śmierć. Arcybiskup podkreślił, że na przekór tej pogańskiej wizji człowieka obecnej we współczesnej kulturze, chrześcijaństwo wpatrzone jest w zmartwychwstałego Chrystusa, który zwyciężył śmierć, grzech i szatana. Arcybiskup powiedział, że każdy, kto pokłada nadzieję w Chrystusie, uświęca się na Jego wzór. – Pokładać nadzieję w Chrystusie, otwierać się dzięki wierze na Jego zbawcze słowo zawarte w Ewangelii i iść przez całe życie, będąc przenikniętym nadzieją, że przyjdzie czas, gdy staniemy twarzą w twarz przed samym Bogiem, a On pochyli się na nami, dostrzegając nasze wysiłki, by do końca pozostać wiernym Ewangelii i otworzy bramy życia wiecznego także dla nas. To jest nasza chrześcijańska nadzieja – mówił abp Jędraszewski. Metropolita krakowski zwracał uwagę na to, że człowiek powinien starać się żyć tak, aby Ewangelia przenikała cały jego sposób myślenia i postępowania. Dodał, że chrześcijańska nadzieja powinna nieść w sobie przekonanie, że każdy z nas zdąża do domu Ojca. Ostatnim słowem naszego życia nie jest śmierć. Życie nasze bynajmniej nie jest absurdem. Ma sens. To znaczy ma swój bardzo określony kierunek. Wiemy dokąd zmierzamy i wiemy, że cel naszego dążenia to życie wieczne – podkreślił arcybiskup. Metropolita powiedział, że Chrystus zostawia swoim wiernym Osiem Błogosławieństw, szczególnych wskazań, które pokazują, o co należy się starać, aby ziemskie pielgrzymowanie zmierzało w kierunku wieczności. Dlatego wezwanie, które każdego dnia musi się stawać treścią naszego myślenia i postępowania: być ubogim w duchu, być tym, który umie się smucić, widząc zło tego świata. Być cichym, na przekór światu, który ceni sobie jedynie celebrytów. Pragnąć i łaknąć sprawiedliwości. Być człowiekiem czystego serca. Wprowadzać pokój – zaznaczył hierarcha. Podkreślił również, że należy takim być i mieć odwagę żyć błogosławieństwami „na przekór światu, który nie ceni sobie błogosławieństw, uważając, że jest to jakaś mrzonka”.

ks. Rafał Zyman

Refleksja różańcowa

Refleksja różańcowa

Tegoroczna jesień jest wyjątkowo bogata w ważne rocznice. We wrześniu przeżywaliśmy 60. rocznicę święceń biskupich Karola Wojtyły, październik to 40. rocznica wyboru Polaka na tron Piotrowy. Zbliża się także 11 listopada – setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości – rocznica, której świętowanie już trwa, i to w wielu różnych wymiarach. Są też i inne, mniej istotne rocznice, w wymiarze wspólnotowym i indywidualnym. Tu każdy z nas może takowe przytoczyć. Nad każdą z nich warto się nieco zadumać, zastanowić. A może nawet więcej – omodlić, dziękując Opatrzności Bożej za Jej zrządzenia.

Wszak bez Bożego przyzwolenia nic na tym świecie się nie dzieje. Warto więc wziąć do ręki różaniec i w ciszy pustego kościoła lub mieszkania porozmyślać o przeszłości i powierzyć Bogu także sprawy przyszłe. Różaniec to stara modlitewna praktyka – najstarsze źródła wspominają o różnych formach modlitwy różańcowej odmawianej już przez św. Pawła z Teb oraz św. Benedykta w IV i V wieku po Chr. Przez wieki wykrystalizował się różaniec składający się z trzech części (znanych nam do dziś): radosnej, bolesnej i chwalebnej. Prawdziwą „rewolucję” różaniec przeszedł w 2002r., kiedy to papież Jan Paweł II dodał czwartą część – tajemnice światła. Niektórzy wówczas wyrażali wątpliwość, czy aby taka „reforma” jest celowa. Ale okazało się, że poprzez tę zmianę modlitwa różańcowa bardzo zyskała na treści – wszak mamy pięć dodatkowych tajemnic dotyczących życia Jezusa; tajemnic, które poszerzają nasze modlitewne horyzonty.

Różaniec to modlitwa refleksyjna, oparta na rytmie ludzkiego oddechu i biciu serca. Stąd ważne jest jej tempo – nie za szybkie (bo wtedy stać się może „klepaniem Zdrowasiek”) i nie za wolne (bo wówczas modlitwa będzie „rozwleczona”, a przez to nużąca). Kilkukrotnie spotkałem się z pytaniem, czy mam może jakąś swoją ulubioną różańcową tajemnicę. Owszem, mam. To czwarta tajemnica światła – Przemienienie Jezusa na Górze Tabor.

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. (Mt 17,1-2)

Dlaczego akurat ta tajemnica? Bo właśnie w niej najpełniej widać bóstwo Jezusa, Jego majestat. O ile pierwsza tajemnica chwalebna – Zmartwychwstanie Chrystusa – jest fundamentalną dla naszej wiary (szczególnie w kontekście „życia po życiu”), to właśnie w czwartej tajemnicy światła widzimy Jezusa pełnego mocy i chwały, takiego, jakim jest naprawdę. Zwróćmy uwagę, że przy zmartwychwstaniu Jezusa nie ma żadnych bezpośrednich świadków (z wyjątkiem przestraszonych i „niemych” rzymskich legionistów, strzegących grobu). Zmartwychwstanie Chrystusa dokonuje się w ciszy wielkanocnego poranka, wyjątkowo dyskretnie, bezgłośnie. Ale na Górze Tabor Jezus daje doświadczyć trzem swoim zaufanym uczniom – Piotrowi, Jakubowi i Janowi – królewskiego majestatu.

To w tej tajemnicy widzimy niejako blask Zmartwychwstania. Ta wizja, ograniczona co prawda do trzech osób, ma na celu przygotować wszystkich uczniów (także nas) na tragiczne i w pewnym sensie gorszące sceny, jakie rozegrają się w Jerozolimie w Wielki Piątek roku 30. Mają umocnić wiarę uczniów w Mistrza z Nazaretu. Jezus Przemieniony mówi nam w ten sposób – nie bójcie się, JA JESTEM! Przede mną nie było, ani po mnie nie będzie już innego Zbawiciela. JAM JEST ten, którego należało oczekiwać. JA przynoszę wam prawdę, nadzieję, wskazuję drogę, nadaję sens i cel wszystkiemu, także twojemu życiu! Dlatego właśnie Przemienienie na Górze Tabor ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Weźmy więc po raz kolejny do ręki różaniec i choćby „dziesiątką” omódlmy bliskich nam ludzi i ważne dla nas sprawy! Różańcowa Pani – wstawiaj się za nami!

ks. R. Zyman

Czy krzyż pasuje do demokracji?

Czy krzyż pasuje do demokracji?

Chrześcijaństwa nie da się pogodzić z oświeceniową ideologią ani postmodernistycznym bezładem, a krzyża nie da się wpisać ani w sierp, ani w młot, ani w gwiazdę, ani w swastykę, ani w pacyfę, ani w tęczę. To niby oczywiste, ale okazuje się, iż wielu ludzi o tym zapomina. Rozpoczęta niedawno w Hiszpanii kolejna odsłona lewicowej kampanii opluwania generała Franco przyniosła nowy aspekt sprawy. Czerwonych Hiszpanów bowiem nie mniej niż osoba Caudillo, którego chcą wypędzić z miejsca wiecznego spoczynku, drażni krzyż górujący nad Valle de los Caídos, przeto stojąca w awangardzie rewolucji na Półwyspie Iberyjskim partia zwana Zjednoczoną Lewicą wniosła na forum Kongresu Deputowanych projekt ustawy rugującej krzyż z Narodowego Pomnika Świętego Krzyża w Dolinie Poległych, gdyż – zdaniem wnioskodawców – „krzyż nie pasuje do państwa demokratycznego”.

Historia nauczyła nas, ponad wszelką wątpliwość, traktować wynurzenia rewolucjonistów jako szaloną rewię absurdu, aczkolwiek w tym akurat przypadku nieszczęsny lewak, który napisał powyższe słowa, niechcący, ale bezbłędnie, trafił w samo sedno. Krzyż faktycznie nie pasuje do demokracji. Chrześcijaństwo i demokracja to systemy niekompatybilne. Jak bowiem pogodzić Chrystusowy nakaz życia wedle zasady: „Tak, tak – nie, nie; a co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37) z fundamentalnym założeniem demokracji – relatywizmem? Demokracja jako system umowności nie toleruje Boga, gardzi dogmatem. A rzeczy, które „od Złego pochodzą”? W demokratycznym postrzeganiu rzeczywistości w ogóle takich nie ma. W demokracji „dobro i zło zależy od decyzji parlamentu, tak samo jak zakaz przyjmowania zakładów totalizatora i sprzedaży alkoholu po wpół do jedenastej wieczorem” – czytelnicy wybaczą, że do znudzenia posługuję się tym cytatem, ale obrazowość tej jakże trafnej diagnozy Goldinga od lat nie przestaje mnie zachwycać.

W demokracji o etyce i moralności decyduje większość głosów. Czyż więc można się dziwić, że w takiej sytuacji demokracja kreuje się na substytut religii, by z czasem – nie mając żadnego racjonalnego uzasadnienia – przejąć funkcję religii? „Aby zapewnić sobie dalszą egzystencję demokracja musi nabrać charakteru irracjonalnej świeckiej religii, w którą trzeba wierzyć” – wnioskuje Erik von Kuehnelt-Leddihn. To już się faktycznie stało – obecnie obserwujemy kolejny etap „uświęcania” demokracji, mianowicie: jej deifikację. Tak, demokracja (i źle pojmowana tolerancja) staje się świeckim bożkiem. Dlatego krzyż i chrześcijaństwo, które krzyż symbolizuje, tak bardzo niektórym przeszkadza. Ale to dziwić nikogo nie powinno.

W lewicowym porządku działania punkt o wyrugowaniu Kościoła najpierw z przestrzeni publicznej, a później w ogóle z całej przestrzeni doczesnej, stoi wybity tłustą czcionką od co najmniej roku 1789 (czyli od czasów rewolucji francuskiej), i nigdy lewica się z tym specjalnie nie kryła (choć bywało, że niekiedy taktycznie się z tym kamuflowała). Tak, krzyż nie pasuje do demokracji w tym sensie, że ani dogmatów, ani moralności, nie da się ustalać w oparciu o większościowe głosowanie. To byłaby droga do nikąd. Krzyż jest wzorcem, według którego mamy orientować się na Prawdę – prawdę o człowieku i o społeczeństwie. Krzyż ma być także znakiem sprzeciwu – wobec kłamstwa i wszelkiej manipulacji. Warto sobie nad tym wszystkim podumać – zwłaszcza we wrześniu, kiedy przeżywamy Święto Podwyższenia Krzyża Świętego.

 

J. Wolak, R. Zyman

O pewnym niezwykłym Maćku słów kilka…

Do napisania tego artykułu zbierałem się tak naprawdę dwa lata. Przez ten czas nie powstał on z różnych powodów, choć na moim komputerze materiały były zgromadzone i czekały na odpowiedni moment. I moment ten nadszedł. Będzie to artykuł wspomnieniowy – wspomnienie o skromnym, niezwykłym, młodym człowieku – Maćku. Nie ma go z nami już dwa lata, ale chciałbym o nim przypomnieć, bo tacy ludzie, jak on i ich życiowe historie, potrafią nas „postawić do pionu”.

Maciej Szymon Cieśla – bo o nim mowa – urodził się 29 czerwca 1989 roku. Studiował na trzech różnych kierunkach, w tym na ASP, grał na kilku instrumentach, malował, rzeźbił, przygotowywał własne wystawy, podróżował, był harcerzem, wolontariuszem, miał własną firmę, wygrywał konkursy artystyczne. Słowem – prawdziwy człowiek renesansu. Do Komitetu Organizacyjnego ŚDM w Krakowie trafił we wrześniu 2014 roku. To właśnie on stworzył oprawę graficzną Światowych Dni Młodzieży. Ów młody grafik z Katowic zrezygnował z dotychczasowej pracy, by poświęcić się przygotowaniom do Światowych Dni Młodzieży.

To właśnie spod jego ręki wyszły wszystkie znaki graficzne i filmy „Minutka z ŚDM”. „Maciek był prawdziwym profesjonalistą. Pracował błyskawicznie. W ciągu godziny miał gotowy projekt w trzech różnych koncepcjach. Nie zachowywał się jednak jak artysta. Biła od niego skromność. Na dodatek miał w sobie niesamowity spokój. Gdy zbliżał się moment oddania danego projektu i każdy z nas był poddenerwowany, powtarzał: Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Popracujemy całą noc i damy radę” – opowiada koleżanka.


„Był bardzo utalentowanym grafikiem, dlatego do nas trafił. Pamiętam spotkanie z nim, kiedy rozmawialiśmy o projektach tak ambitnych, abstrakcyjnych i rozbudowanych, że mogłyby się nie udać. Maciek patrzył na nie realnie twierdząc, że nie ma rzeczy niemożliwych” – opowiada ówczesny rzecznik prasowy ŚDM Dorota Abdelmoula. „Do pracy przy tym wydarzeniu Maciek podchodził ambicjonalnie i zadaniowo. Był dumny, że taka impreza będzie odbywać się w Krakowie. Jako grafik, wszystkim uczestnikom zza granicy chciał pokazać, że Polska nie jest małym, zaściankowym krajem na wschodzie Europy. Że mamy świetny design i potrafimy zrobić coś na wysokim poziomie” – mówi Dorota Paciorek. Wspomina także, że młody grafik przyszedł do nich ze świecką ideą i podejściem. „Nie chodził wtedy do kościoła. My uczestniczyliśmy we wspólnych mszach, spotkaniach, a on powtarzał, że to nie jego bajka. Później całkowicie się zmienił. Zaczął błyskawicznie nadrabiać zaległości w wierze” – wspomina Dorota. Przy ŚDM pracował do końca.


W listopadzie 2015 roku dowiedział się, że jest poważnie chory. Dzień przed Wigilią dostał wyniki badań wskazujące na złośliwego raka kości. Lekarze amputowali mu nogę. W marcu 2016 roku specjaliści postawili kolejną diagnozę – przerzuty na płuca. Onkolog dał mu miesiąc życia. „Maciek pracował dopóki zdrowie mu na to pozwalało. Dopóki nie był na tak dużej dawce morfiny, że tracił kontakt z rzeczywistością. Cierpiał, ale mimo to do wszystkiego podchodził z dużą dawką optymizmu. Wierzył, że wszystko będzie dobrze. Później pojawiła się w nim nadzieja, że zostanie uzdrowiony” – wspomina Dorota Paciorek, która współpracowała z Maćkiem przy projektach.
Bardzo chcę żyć i przeżyję. Słowo harcerza – mówił Maciek w filmie, który nakręcił 100 dni po postawieniu diagnozy. Mimo choroby i cierpienia z niegasnącym optymizmem opowiadał, jak wygląda jego życie i dziękował za wsparcie oraz modlitwę. Maciek pracował przy projektach graficznych dla ŚDM do samego końca. „Kładł laptopa na łóżku i wykonywał swoje zadania.

W pewnym momencie stało się to dla nas normalne, że rozmawiając o kolejnych zadaniach, mówiliśmy: tym zajmuje się Maciek. Był bardzo aktywnym członkiem naszego Komitetu i my też traktowaliśmy go jak kogoś, kto cały czas pracuje przy projekcie” – wspomina Dorota Abdelmoula. Dla wielu osób Maciej stał się symbolem i wzorem przede wszystkim radości i wytrwałości, nawet w niezwykle ciężkich chwilach. „Mówiąc o tym, że zamierza przeżyć, wygrać z chorobą, biła od niego pokora. Z jednej strony ufał, że sytuacja, w której się znalazł ma ku czemuś prowadzić, a z drugiej – starał się po ludzku zrobić, co się da, by wygrać z rakiem. Myślę, że to jest to, co młodzi ludzie szczególnie zapamiętają” – dodaje Abdelmoula. Wokół łóżka umierającego Maćka gromadzili się przyjaciele.

„Wszyscy patrzyliśmy na niego z podziwem. Mimo cierpienia i bólu, wciąż był pogodny. Miał świadomość tego, ze umiera. Powtarzał, że marzy teraz tylko o niebie” – wspomina Dorota. Maciek przegrał walkę z rakiem nie doczekawszy rozpoczęcia ŚDM w Krakowie. Odszedł 2 lipca 2016 roku w wieku 27 lat… Zamienił tarczę na skrzydła…

Podczas jednej z katechez wygłoszonych w Krakowie w 2016r. zgromadzonej młodzieży papież Franciszek niespodziewanie opowiedział historię Maćka. Miało to miejsce z okna papieskiego na ul. Franciszkańskiej 3. „Byłam tam. Przez półtorej godziny stałam w ścisku po to, by usłyszeć, co papież do nas powie. Spodziewałam się przywitania, pomachania w naszą stronę i tyle. Tymczasem papież wyszedł, powiedział dobry wieczór, wszystkich uciszył i zaczął mówić o… Maćku. To był szok. Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy” – mówi koleżanka Macieja Szymona Cieśli. „Muszę Wam powiedzieć coś, co troszkę zasmuci Wasze serce. To jest historia życia jednego z Was. Miał 27 lat, studiował grafikę i porzucił pracę, by być wolontariuszem ŚDM. I wszystkie te rysunki na flagach są jego” – mówił wtedy papież. To piękny hołd oddany przez Głowę Kościoła i jednocześnie piękna życiowa katecheza, skierowana szczególnie do ludzi młodych.

Maćka nie ma już z nami od dwóch lat. Ale przygotowując się do kolejnych Światowych Dni Młodzieży w Panamie i świętując 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości nie sposób nie wspomnieć tego wspaniałego, młodego człowieka. Warto mu podziękować za jego pracowitość, bezinteresowność, przykład szukania Boga i odnalezienia drogi do Niego. Pamiętajmy o Maćku w naszej modlitwie, a jego piękna postawa niech będzie dla nas inspiracją i drogowskazem w codziennych sytuacjach. Maćku – dziękujemy!

R. Zyman

Polska – Unia – partnerstwo czy podległość? Czy „polexit” jest realny?

Polska – Unia – partnerstwo czy podległość? Czy „polexit” jest realny?


Minęło ponad czternaście lat od naszego przystąpienia do Unii Europejskiej. W polityce to wieczność: ośmiu premierów i czterech prezydentów. Wiele się zmieniło, ale jedna rzecz pozostaje stała i niezmienna: poparcie klasy politycznej dla dalszego członkostwa w Unii Europejskiej. Prezydent Andrzej Duda proponuje nawet wpisanie członkostwa na stałe do nowej konstytucji. Wśród samych Polaków, Unia cieszy się wyższym poparciem niż jakakolwiek rodzima partia polityczna. W tych warunkach, prognozować o wyjściu Polski z Unii wydaje się być szaleństwem. A jednak… O możliwości wyjścia – ba, nawet wyrzucenia Polski z Unii Europejskiej zaczęto mówić niemalże natychmiast po ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce. Wprawdzie politycy obecnej władzy są absolutnie przekonani o braku alternatyw dla Unii, a także zdeterminowani, aby z członkostwa wyciągać wszelkie możliwe korzyści dla Polski, ale ich wybór nie był po myśli ani salonów polityki europejskiej, ani większości mainstreamowych mediów. Skoro więc obywatele nie dorośli do demokracji wybierając PiS, a cenią sobie Unię Europejską, groźba, że przez ich złe wybory, zły PiS wyprowadzi nas z Europy niewątpliwie wyglądała na dobry straszak. Tymczasem, pojawił się konflikt już nie tylko urojony, ale realny, pomiędzy polskim rządem a Unią, gdy ta sprzeciwiła się rządowym reformom ustrojowym. Ten konflikt narasta, potęgowany z jednej strony determinacją Unii, aby blokować PiS, a z drugiej – przez niektóre błędy rządzącej partii (szczególnie błędy wizerunkowe, które potrafią sporo kosztować).

Za Unią, a nawet przeciw

Pomimo wszystkich swoich błędów, na konflikcie z Unią, PiS bynajmniej nie utracił poparcia, ale wręcz zyskał. Opozycja przegrywa, gdyż nawet przy poparciu dominujących
w Polsce prywatnych mediów, brylującym na europejskich salonach politykom PO, PSL
i Nowoczesnej trudno było zmyć odium
Targowicy – słowa, które nadal ma swoją wagę
i wymowę. Paradoksalnie, Polacy nadal w większości popierają Unię, ale jednocześnie popierają obecny rząd, który jednocześnie walczy z Unią w pewnych obszarach. Wytłumaczeniem tego paradoksu może być to, iż poparcie dla Unii w gruncie rzeczy sprowadza się do korzyści gospodarczych. Wśród Polaków nie ma wielu zwolenników głębokiej integracji Europy w niemiecką superfederację. Poparcie dla Unii sprowadza się do poparcia dla funduszy europejskich – choć propaganda unijna świetnie ukrywa cenę, jaką przychodzi nam płacić za dotacje – oraz dla możliwości pracy za granicą, przede wszystkim w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. Oczywiście mamy jakiś procent dumnych
Europejczyków, ale to przywiązanie do Europy jest przywiązaniem do Europy właśnie, nie zaś do Unii. Zwłaszcza w średnim i starszym pokoleniu żywa jest jeszcze pamięć o izolacji czasów komunizmu, oraz wynikające zeń poczucie, iż Polska powinna być w sercu spraw europejskich, nie zaś na peryferiach. Jeśli chodzi jednak o sam konflikt z Unią, po doświadczeniach minionego stulecia Polacy jako ogół są bardzo wyczuleni (i słusznie) na punkcie własnej suwerenności, aby cieszyć się z jakiejkolwiek ingerencji Unii w polską politykę zagraniczną i polskie wewnętrzne sprawy (jak reforma sądownictwa, repolonizacja sektora bankowego czy wielu gałęzi gospodarki). Tymczasem, Unia chce zmarginalizować Polskę. Pośród niekończących się przesłuchań i gróźb Komisji Europejskiej, coraz częściej słychać o nowych rozwiązaniach traktatowych, które umożliwiłyby Unii obcięcie finansów dla krnąbrnych członków, jak Polska i Węgry. Takie działanie wydaje się jednak mało prawdopodobne – groziłoby bowiem poważnym wstrząsem w unijnym gmachu, opartym rzekomo na równości partnerów. Poza tym na tle kryzysu migracyjnego Polska (i państwa grupy V4) zyskały liczących się sprzymierzeńców – nowego kanclerza Austrii i nowy gabinet we Włoszech, nieprzychylnie nastawionych do brukselskiej hegemonii.

Brytyjski przykład

Tak rozwijająca się sytuacja zaczyna, z pewnymi różnicami, przypominać przypadek Wielkiej Brytanii. Choć członkostwo w Unii nigdy nie było przesadnie cenione przez Brytyjczyków, to jeszcze w latach 90-tych minionego stulecia nie widać było szans na przekonanie większości do wyjścia ze wspólnoty. Brytyjskie klasy polityczne również stanowiły monolit przekonany o konieczności trwania w Unii. Z czasem jednak, na skutek ciągłych tarć pomiędzy Unią a brytyjskim rządem, to co zaczęło się jako młodzieńczy bunt maleńkiej grupki konserwatystów, przerodziło się w otwartą rebelię, zarówno w społeczeństwie, jak i w proeuropejskiej Partii Konserwatywnej. Ten bunt, po swoistym dziesięcioletnim długiego marszu przez instytucje zmusił rządzących konserwatystów do podjęcia referendum – nie po to aby wyjść z Unii, ale dlatego, iż buntowników można było pokonać już tylko w walnej bitwie. Co było dalej, wszyscy pamiętamy – Unia nie zaoferowała Brytyjczykom żadnych z ustępstw, które były warunkiem sine qua non na zwycięstwo strony prounijnej w referendum, i tzw. Brexit stał się rzeczywistością. Czy w Polsce mogłoby mieć miejsce coś podobnego? Obecnie oczywiście nie, ale jeśli spojrzymy dekadę lub dwie w przyszłość, gdy dzisiejsi politycy odejdą na emeryturę, sytuacja może się zmienić. Wśród młodszych polityków z pewnością istnieją zarzewia buntu przeciwko brukselskiej dominacji. Jeśli konflikt z Unią będzie narastał, a korzyści z dotacji maleć, niewątpliwie mogą wybuchnąć spory o sens trwania w UE. Wszak obecność Polski w Unii nie jest jakimś dogmatem, którego nie wolno nigdy zmienić. Dodatkowym skutkiem Brexitu jest także i to, że znaczna ilość polskich obywateli już teraz idzie w ślady Brytyjczyków, wychodząc z Unii: po prostu wybierają życie w Wielkiej Brytanii. Ponieważ wątpliwe jest, aby Brytyjczycy chcieli znacząco ograniczyć polską imigrację, w przyszłości Polacy nadal będą chętnie jeździć do Wielkiej Brytanii. Na dłuższą metę więc Brexit przyczyni się do spadku poparcia dla Unii w Polsce również dlatego, iż nasza emigracja zarobkowa nie będzie skazana na Unię. Jeśli zaś dodatkowo Brexit przyniesie Brytyjczykom gospodarczy sukces – co, pomimo rozmaitych gróźb ze strony polityków, wydaje się być prawdopodobne – przykład Brexitu może też przełamać w Polsce schemat, według którego Polska poza Unią musi upaść gospodarczo. Otóż wcale nie musi.

Do wyjścia bardzo daleko

Dla świadomego obywatela, który już teraz liczy straty, duchowe, kulturalne i społeczno-gospodarcze, jakie przynosi Polsce członkostwo w Unii, takie prognozy brzmią z pewnością ciekawie. Trzeba jednak zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze, wydaje się pewne, iż zanim Unia utraci w Polsce większościowe poparcie, minie jeszcze wiele lat, o ile kolejne kryzysy europejskie tego nie przyspieszą. Po drugie, opuszczenie Unii przez Wielką Brytanię, niezależnie od strat, z punktu widzenia eurokratów przyniosło jednak istotny zysk: rządzące Unią Niemcy tracą istotnego rywala, który bezustannie blokował niemiecką dominację w Europie. Tymczasem, Polska nie stanowi obecnie siły politycznej zdolnej przeciwstawiać się Niemcom na forum unijnym, natomiast stanowi istotną przestrzeń dla niemieckiej gospodarki. Z tymi dwoma faktami musimy się liczyć, układając sobie przez najbliższe lata stosunki
z UE.

J. Majewski, R. Zyman

Jak to z tymi Sarmatami było?

Jak to z tymi Sarmatami było?

Mamy tyle wspaniałych tradycji – obyczajowych, politycznych i militarnych – oryginalnych i niepowtarzalnych. Nawet jeśli o nich nie myślimy, bądź wcale ich nie znamy, one i tak krążą w naszym narodowym krwiobiegu. Sięgajmy zatem po nie, poznawajmy je, kreatywnie wpisujmy je w nowe konteksty – w tym nasza siła!

Czy Polacy są potomkami Sarmatów, jak twierdzono w dobie Rzeczypospolitej Obojga Narodów? Głupie pytanie – ktoś odpowie. Jakie znaczenie mogą dziś mieć przestarzałe spory? Czy dziś, w XXI wieku, nie wystarczy skwitować, że cokolwiek by nie było wcześniej, obecnie jesteśmy po prostu Polakami? I choćbyśmy nawet byli potomkami owych barbarzyńskich hord, z którymi ścierali się Rzymianie na terenie dzisiejszych Węgier, jakie to może mieć teraz znaczenie?

Otóż, ma to znaczenie, i to pierwszorzędne. I pod różnymi względami. Zacznijmy jednak od podsumowania wątku sarmackiego. Nie wiemy, w jaki sposób Słowianie na naszych ziemiach łączyli się z Sarmatami. Być może Sarmaci, podbiwszy część tych ziem, z czasem wtopili się w lokalną ludność i jak Normanowie w Anglii lub tureccy Bułgarzy na Bałkanach przyjęli lokalny język i kulturę (jednocześnie całkiem sporo dodając od siebie). Jak było dokładnie, ani nawet kiedy to było, po upływie dwóch tysięcy lat nie sposób się już dowiedzieć.

Nie jest to jednak kwestia najważniejsza. Ważne jest, iż takie wpływy faktycznie istniały – zarówno badania genetyczne, jak też analizy językoznawcze dowodzą, iż nasi szesnastowieczni przodkowie, popularyzując legendę o Polsce jako Sarmacji, bynajmniej nie byli w błędzie. Oprócz genów i bardzo starej warstwy słownictwa o pochodzeniu irańskim w naszym języku, więź wydaje się istnieć również w obyczajach. Oto bowiem trzy ważne cechy polskiej szlachty, a więc: gościnność, waleczność, i – nieraz kłótliwe – zamiłowanie do wolności, są charakterystyczne dla ludów irańskich, z których wywodzili się Sarmaci. Wszystkie te trzy cechy w taki czy inny sposób uwidaczniają się w arcypolskim pojęciu „ułańskiej fantazji”.

Trzy sceny batalistyczne

Najważniejszym chyba przykładem ducha kawaleryjskiego jest nacisk na szarżę – gromadzenie sił do jednego, mocnego uderzenia. Rozważmy trzy krótkie przykłady na przestrzeni dziejów. Scena pierwsza: opancerzeni jeźdźcy, dzierżąc w dłoniach długie kopie, szarżują na rzymskie szyki. Są to właśnie starożytni Sarmaci. Jak potwierdza w swoich kronikach Tacyt, pomimo iż Sarmaci ostatecznie nie byli w stanie wygrać wojny z Rzymem, siła ich uderzenia najczęściej nie dawała szans nawet dobrze wyszkolonej rzymskiej piechocie.

Rzymianie więc ostatecznie wygrają wojnę, jednak od tego czasu będą chętnie werbować Sarmatów, aby tworzyć z nich jednostki jazdy we własnych szeregach. Scena druga: opancerzeni jeźdźcy, dzierżąc w dłoniach długie kopie, szarżują na moskiewskie szyki pod Kłuszynem. Niejeden raz: tak wielką przewagę liczebną mieli Moskale tego dnia, że poszczególne chorągwie szarżowały nawet dziesięciokrotnie. Jednak śmiałe ataki husarzy ostatecznie przyniosły zwycięstwo. Podobne zwycięstwa będzie Rzeczpospolita powtarzać aż do wspaniałej bitwy pod Wiedniem w roku 1683. Rzecz znamienna, stopniowemu upadkowi Rzeczypospolitej towarzyszy upadek husarii… Jednak dziś już na koniach nie walczymy, jakie więc znaczenie ma tradycja kawaleryjska? Cóż, oto scena trzecia: myśliwce polskiego Dywizjonu 303 atakują niemieckie bombowce nad Anglią.

Na próżno usiłuje ich bronić niemiecka eskorta. Sarmaci po prostu koszą Niemców. Robią to znacznie lepiej niż Anglicy, pomimo iż latają na sprzęcie wyprodukowanym przez tych ostatnich. W przeciwieństwie bowiem do angielskich pilotów Polacy strzelają z bliska, szarżują jak kawaleria. I nic w tym dziwnego, gdyż niejeden z polskich pilotów dorastał, czytając o szarżach husarskich w Trylogii Sienkiewicza, i słuchając ojcowskich opowieści o szarżach ułańskich w wojnie polsko‑bolszewickiej 1920 roku. Tak właśnie na przestrzeni wieków kształtował się nasz duch fantazji ułańskiej – słysząc o kawaleryjskich sukcesach ojców, któż nie chciałby ich naśladować?

Nasze polsko-sarmackie dziś

Dziś Polska nie musi się wykazywać w boju militarnym – nie jesteśmy bowiem (na szczęście) stroną żadnego wojskowego konfliktu. Ale siły, sprytu i fantazji niewątpliwie potrzeba nam nadal. Bo musimy się mierzyć z trudnymi zagadnieniami geopolitycznymi, które zewsząd nas oplatają. Niemiecko-rosyjski gazociąg Nord Stream 2, trudne sąsiedztwo z Rosją (przez Okręg Królewiecki), trudne sąsiedztwo z Ukrainą (która wypiera i zakłamuje oczywiste fakty związane z ludobójstwem ludności Polskiej na polskich Kresach), nienajszczęśliwsze sąsiedztwo z Białorusią (bliskim sojusznikiem Rosji), hegemonia gospodarcza tandemu Niemcy-Francja w Europie, wreszcie naciski brukselskich elit na polskie władze, wywierane w celu „urządzania polski po europejsku”, czyli po myśli Angeli Merkel i Emanuela Macrona.

Stąd ważne jest dziś odwoływanie się do polskiej historii i tradycji, w której możemy znaleźć wiele wspaniałych, inspirujących przykładów. Niewątpliwie ścisła współpraca państw naszego regionu w ramach Grupy V4 (jako rozsądna i potrzebna przeciwwaga dla państw tzw. starej unii), budowanie więzi gospodarczo-politycznych i komunikacyjnych szerokiej koalicji państw Międzymorza i zapewnianie nowych (niezależnych od Rosji) dostaw strategicznych surowców – to kierunki w polskiej polityce wyraźnie nawiązujących do tradycji walecznych Sarmatów. Bo wiele trzeba wysiłku i odwagi, aby przeciwstawić się brukselskim zgniłym elitom i rosyjsko-niemieckiej oraz niemiecko-francuskiej dominacji na Starym Kontynencie. Ale skoro jesteśmy potomkami walecznych Sarmatów, to musimy dać radę, aby nie przynieść wstydu naszym przodkom.

J. Majewski, R. Zyman

Nie KGB, a sowiecki wywiad wojskowy GRU! To oni stali za zamachem na Jana Pawła II

Nie KGB, a sowiecki wywiad wojskowy GRU! To oni stali za zamachem  na Jana Pawła II

13 maja roku 1981 na Placu Świętego Piotra w Rzymie padły strzały, a biała szata papieża rychło za sprawą krwi zmieniła barwę. Okoliczności zamachu na Jana Pawła II są dla większości znane, jednak pewne sprawy pozostają owiane tajemnicą. Odnosi się do nich katolicki naukowiec z USA Paul Kengor, w tekście przetłumaczonym na język polski przez „Nasz Dziennik”.

W artykule Kengor streszcza tezy ze swojej nowej książki pt. „A Pope and a President: John Paul II, Ronald Reagan, and the Extraordinary Untold Story of the 20th Century” (Papież
i prezydent: Jan Paweł II, Ronald Reagan i niezwykła, nieznana historia XX wieku
). Politolog nie ma wątpliwości, że to Sowieci chcieli zamordować papieża z Polski. Jednak winnych zamachu widzi nie w KGB, a w GRU – radzieckim wywiadzie wojskowym. „Bill Casey, szef CIA za czasów Reagana, zarządził bardzo dokładne zbadanie tej sprawy. Casey, podobnie jak prezydent i jego najwyżsi rangą urzędnicy, Bill Clark i Caspar Weinberger, od samego początku podejrzewali Moskwę. Śledztwo prowadzone przez wąską grupę, którą kierował Casey, rozpoznało GRU jako głównego winowajcę. Raport i jego implikacje były tak wybuchowe, że do tej pory nie ogłoszono wszystkich szczegółów. Tylko nieliczni uprzywilejowani poznali ten materiał. Moje źródło informacji, ktoś, kto znał ten raport, powiedział mi: Nigdy w moim życiu nie widziałem nic tak tajnego jak ten dokument. Osoba ta nazwała ów raport najbardziej wybuchowym raportem XX wieku” – pisze w tekście opublikowanym przez „Nasz Dziennik” Paul Kengor. Naukowiec uważa, że treść raportu znał zarówno prezydent USA jak i papież Jan Paweł II. „Papież nie chciał, aby Casey lub Reagan publicznie ujawnili te wnioski czy podejrzenia, ponieważ obawiał się potencjalnych groźnych konsekwencji na arenie międzynarodowej, wiedział bowiem, że Moskwa gwałtownie odrzuci zarzuty i rozpocznie kampanię dezinformacji, a poza tym co się stało, to się stało. Ważne było to, że Jan Paweł II miał nadzieję, że on i Ronald Reagan mogą razem zrobić coś pozytywnego: mogą połączyć siły, by pokonać sowieckie groźby i pokojowo zakończyć zimną wojnę” – zauważa Kengor opisując również mniej znany fakt z historii XX wieku. „Była też inna próba zamachu o podobnym znaczeniu: prezydent Reagan został postrzelony 30 marca 1981 r. On również prawie śmiertelnie się wykrwawił. Sowieci obawiali się antykomunistycznego i antymoskiewskiego sojuszu pomiędzy Papieżem i prezydentem” – zauważa hisotryk.

Paul Kengor jest wykładowcą nauk politycznych w Grove City College w Pensylwanii
i autorem książki poświęconej relacjom prezydenta Ronalda Reagana i papieża-Polaka.
W wywiadzie udzielonym portalowi „Daily Signal” powiedział między innymi: „[Wywiad radziecki GRU] zlecił zamach na papieża i jest już najwyższy czas, abyśmy dowiedzieli się, co naprawdę się zdarzyło”. Politolog powołuje się na tajne informacje wywiadu USA na temat „zbrodni stulecia”, jak nazywa zamach na Jana Pawła II, dokonany przez tureckiego terrorystę Mehmeda Ali Agcę 13 maja 1981 roku. Zgodnie z ową tajną wiedzą, za strzałami na placu świętego Piotra stał sowiecki wywiad wojskowy GRU, a także KGB, na czele którego stał późniejszy pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, Jurij Andropow.

O kierowanym przez dwie kobiety dochodzeniu, które wyjaśnić miało sprawczą rolę Kremla w zamachu, wiedziało zaledwie kilka osób, w tym szef CIA William Casey i prezydent Reagan. Jednym z powodów, dla których tak się stało, był daleko idący sceptycyzm Departamentu Stanu oraz szefostwa wywiadu wobec podejrzeń Reagana skierowanych w stronę Moskwy. Z kolei gdy śledztwo potwierdziło te przypuszczenia, ujawnieniu raportu sprzeciwił się sam papież, który poprosił prezydenta o zachowanie rezultatów dochodzenia
w tajemnicy, z powodu obaw o wzrost napięcia między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim – twierdzi Kengor. Autor książki uważa, iż obecny prezydent Donald Trump powinien ujawnić raport. Ma do tego prawo po upływie 25 lat od powstania supertajnych materiałów.

Ks. R. Zyman

(na podstawie informacji tvp.info oraz „Naszego Dziennika”)

Jak rewolucja 1968 roku zniszczyła niemiecki Kościół…

 

Choć rewolucja 1968 roku była ruchem z gruntu antychrześcijańskim, od samego początku jej radykalni zwolennicy w szeregach Kościoła mieli bardzo silną reprezentację. Nie tylko wśród wiernych – także wśród hierarchów. Lewacka rewolta doprowadziła w krótkim czasie do niezwykle głębokiego kryzysu kościelnego, który przyniósł i wciąż przynosi opłakane skutki.

Ratzinger „ucieka” z Tybingi

O tym, że neomarksistowskimi ideami przeżreć pozwolili się w dużym stopniu także katolicy, szybko przekonał się sam ks. Józef Ratzinger. W 1966 roku na zaproszenie Hansa Künga ten niespełna 40-letni wówczas teolog zaczął wykładać na Wydziale Teologii Katolickiej w Tybindze. Nie wytrzymał tam jednak długo. W związku z niezwykle napiętą atmosferą wśród studentów, napędzaną przez część marksistowsko nastawionych pracowników placówki, przyszły papież Benedykt XVI już w roku 1969 wycofał się do dużo spokojniejszej Ratyzbony w Bawarii. Nie chciał godzić się na wyprzedawanie wiary katolickiej, czego domagał się zdechrystianizowany w gruncie rzeczy rewolucyjny tłum. Niestety, nie wszyscy byli wierni Tradycji w równym co on stopniu.

Antykoncepcja

Rewolta ‘68 dokonywała się na planie praktycznym przede wszystkim pod hasłem wyzwolenia seksualnego. Protestujący oczekiwali odrzucenia obowiązującej moralności inspirowanej Ewangelią. Chcieli legalizacji homoseksualizmu, aborcji. Protesty w Kościele ogniskowały się początkowo przede wszystkim wokół sprawy antykoncepcji. W czerwcu 1968 roku bł. Paweł VI ogłosił encyklikę Humanae vitae, w której potępił sztuczne metody regulowania poczęć. Oznaczało to, że obecna na niemieckim rynku zaledwie od 1962 pigułka antykoncepcyjna, tak ubóstwiana przez wszelkiej maści liberałów dążących usankcjonowania seksualnej rozwiązłości, dla katolików ma być niedostępna. Ruch ‘68 zdecydowanie odrzucił papieski zakaz, a liberalna prasa wytoczyła przeciwko Ojcu Świętemu niezwykle wręcz ciężkie działa. Niemieccy biskupi, postawieni wobec dylematu – słuchać papieża czy rewolucjonistów, wybrali to drugie. Jeszcze 30 sierpnia tego samego 1968 roku episkopat Niemiec pod przewodnictwem kardynała Juliusa Döpfnera opublikował tak zwaną Deklarację z Königstein, w której zezwolił katolikom na stosowanie antykoncepcji. O wszystkim miało decydować indywidualne sumienie, a papieskie nauczanie zostało potraktowane jako porada czy pogląd, którą można przyjąć, ale można i odrzucić. Rewolucjoniści fetowali ten akt buntu wprawdzie wielkim aplauzem, ale gniew na papieża wśród wiernych wcale nie wygasł.

Przeciwko hierarchii

Apetyty były znacznie większe. W dniach 4-8 września 1968 roku odbywało się w Essen cykliczne Spotkanie Katolików (niem. Katholikentag). Tym razem nastroje były skrajnie wręcz radykalne. Przybyli na zjazd wierni powszechnie zwracali się przeciwko Humanae vitae. Nawoływano do ograniczenia władzy kleru w Kościele i przekazania większych kompetencji w ręce świeckich. Zawiązało się wówczas kilka niewielkich „antyhierarchicznych” organizacji pseudo-katolickich, uprawiających w istocie czystą politykę wymierzoną w Watykan, z których wyrosła potem niezwykle szkodliwa i heterodoksyjna grupa Kirche von unten. Stawiano też wiele innych postulatów, dyskutując o możliwości dopuszczenia do Komunii świętej rozwodników w nowych związkach, o święceniach kobiet, o stosunku do homoseksualizmu…

Rewolucyjny Synod

Kościelną odpowiedzią na esseńską rewoltę był rozpoczęty w 1971 roku Synod Würzburski, który zgromadził biskupów zarówno RFN, jak i NRD. Synod, na którym dzięki specjalnemu pozwoleniu Pawła VI zabierać głos mogli także świeccy, postawił sobie za zadanie wcielić w życie nauczanie II Soboru Watykańskiego. Jedną z zasadniczych jego reform była reorganizacja strukturalna Kościoła, zakładająca przekazanie w ręce świeckich wielu zadań zarówno administracyjnych, jak i duszpasterskich. Dziś w Niemczech w większości diecezji niemałą rolę odgrywają rady złożone ze świeckich, a wiele działań duszpasterskich i ewangelizacyjnych prowadzą takie osoby. Jaki to ma wpływ na kondycję Kościoła nie trzeba nawet mówić, biorąc pod uwagę skalę dechrystianizacji społeczeństwa za Odrą. Würzburski Synod zapisał się jednak w historii pod jeszcze jednym bardzo ważnym względem. To mianowicie wówczas postawiono oficjalnie problem udzielania Komunii świętej dla rozwodników. Niemieccy biskupi w swej większej części optowali za poluzowaniem dotychczasowej praktyki i poprosili o wytyczne Watykan. Te przyszły za pontyfikatu Jana Pawła II, potwierdzając Tradycję; niemieccy biskupi jednak nie odpuścili. Doszło do faktycznego zerwania ze Stolicą Apostolską, co w dramatyczny sposób potwierdził wydany w 1992 roku niemiecki Katechizm dla dorosłych (pod redakcją między innymi kard. Waltera Kaspera), sugerujący możliwość przyjmowania Komunii przez rozwodników, wbrew oczywistym przepisom kościelnym. Wreszcie na Synodzie Würzburskim przyjęto też fatalną w skutkach praktykę uchwalania decyzji episkopatu większością dwóch trzecich głosów. Dzięki temu progresywna (lewacka) większość zyskała możliwość narzucania swojego zdania konserwatystom wiernym Tradycji, co w ostatnim czasie miało swój skutek choćby w dopuszczeniu w 2017 roku do Eucharystii rozwodników (w tym roku także protestantów, ale tu weto może jeszcze postawić Watykan – papież Franciszek chce o tym rozmawiać z kard. Marxem).

Upadek

Wszystkie te bezprzykładne wydarzenia działy się przy jednoczesnych olbrzymich zmianach na innych polach życia kościelnego. W iście szaleńczym pędzie porzucano łacinę na rzecz niemieckiego, interpretując soborową konstytucję Sacrosanctum concilium zupełnie dowolnie, co skutkowało – i skutkuje w Niemczech do dziś – nadużyciami liturgicznymi w olbrzymiej wręcz liczbie. Zarazem z Kościoła katolickiego masowo zaczęli odpływać wierni. Część nie chciała płacić podatku kościelnego, część pragnęła po prostu zamanifestować swoją głęboką niechęć do Kościoła. Wprawdzie przy skali dzisiejszej apostazji początki wyglądają niemal niewinnie: w latach 60-tych zaczęło się od 20 tysięcy występujących rocznie, by na początku lat 70-tych przekroczyć 70 tysięcy apostatów. Dziś Kościół katolicki opuszcza w Niemczech średnio 150 tysięcy osób, ale bywały lata, w których zbliżano się lub przekraczano do 200 tysięcy. Tak czy inaczej, początek tego procesu wywołała właśnie lewacka rewolta ‘68. Do tego wszystkiego dochodzi dramatyczny kryzys życia sakramentalnego wyrażający się z jednej strony powszechnym ignorowaniem spowiedzi, a z drugiej – co wiąże się z poprzednim – masowo praktykowanym bluźnierczym przyjmowaniem Komunii świętej.

Nowy Kulturkampf

1968 nie był rokiem, który wszystko zmienił… Ale po ‘68 niemal nic nie było już takie, jak przedtem” – brzmią trafne i chętnie cytowane w publikacjach o lewackiej rewolcie słowa badacza historii najnowszej Norberta Freia. Rzeczywiście – po neomarksistowskiej rewolucji Niemcy nie były już takie same. Radykalna zmiana w społeczeństwie, które w spazmatycznym odruchu zrzuciło z siebie wiekową moralność chrześcijańską, szybko odzwierciedliła się też w prawie państwowym. Jeszcze w roku 1969 zalegalizowano homoseksualizm, a w kolejnych latach zezwolono na zabijanie dzieci nienarodzonych (dziś 100 tysięcy aborcji rocznie), ułatwiono przeprowadzanie rozwodów, dano zgodę na rozprowadzanie pornografii. Nie bez wpływu na życie zarówno Kościoła, jak i całego państwa, miała też rozpoczęta w latach 60. operacja sprowadzania do kraju setek tysięcy islamskich imigrantów. Wówczas przyjeżdżali tylko Turcy i Kurdowie, dziś to już islamiści z najrozmaitszych państw świata, ostatnio głównie z Syrii. Ich kilkumilionowa obecność w Niemczech to woda na młyn rewolucjonistów, którym tym łatwiej jest forsować systemową dechrystianiazację, szermując hasłami o poszanowaniu wszystkich religii i kultur.

Co dalej?

Lewacka rewolucja pędzi naprzód. Na gruncie kościelnym progresiści o swoich planach mówią coraz śmielej, a niekiedy prowadzą wręcz politykę faktów dokonanych. Chcą zmienić ocenę homoseksualizmu i wprowadzić błogosławieństwa związków jednopłciowych; dopuścić kobiety do święceń diakonatu i prezbiteriatu; poluzować celibat; doprowadzić do pojednania z protestantami na gruncie nie nawrócenia błądzących, za cenę „wyprzedaży” katolickich dogmatów. Wpuszczony w 1968 roku do Kościoła wirus uparcie trwa i ogarnia coraz większe obszary.

Autor: Paweł Chmielewski

Korekta: ks. R. Zyman