Cel: zniszczyć Kościół! Jak komuniści walczyli z ludźmi wierzącymi

Cel: zniszczyć Kościół! Jak komuniści walczyli z ludźmi wierzącymi

Kuria krakowska była jedną z najsilniejszych, najbardziej zwartych i najbardziej opozycyjnie nastawionych wobec komunistów metropolii w Polsce. Dlatego bezpieka musiała ją zniszczyć – mówi dr hab. Filip Musiał, Dyrektor Oddziału IPN w Krakowie.

26 stycznia obchodziliśmy 63. rocznicę procesu kurii krakowskiej. Czy istniały jakiekolwiek różnice między pokazowymi procesami w ZSRR a pokazowymi procesami w PRL?

Nie było żadnych różnic. Pokazowe procesy w „ludowej” Polsce były organizowane na wzór tych w ZSRS. Ich celem nie było wymierzenie sprawiedliwości, tylko realizacja propagandowego celu, który przyświecał partii komunistycznej. Jeśli spojrzymy na postępowania trybunałów komunistycznych, to zobaczymy, jak wyglądała ówczesna ścieżka spraw politycznych począwszy od zatrzymania opozycjonisty, działacza niepodległościowego aż do jego skazania. Była ona podporządkowana przede wszystkim rygorom propagandowym. Wyrok sądowy nie miał ukarać rzekomego sprawcy, tylko odpowiednio oddziaływać na opinię publiczną. Poza tym pozwalał on na legitymizację władzy komunistycznej, jako władzy działającej w sposób zgodny z prawem i delegitymizację opozycjonistów, działaczy niepodległościowych, partyzantów zbrojnego podziemia, duchownych katolickich, których przedstawiano jako bandytów, szpiegów i reakcjonistów.

 Dlaczego kuria krakowska była dla komunistów aż tak niebezpiecznym przeciwnikiem?

Moim zdaniem z dwóch powodów. Po pierwsze ówczesna działalność kurii przez wiele lat wiązała się z osobą kard. Adama Stefana Sapiehy. Cieszył się on olbrzymią sympatią społeczną i ogromnym mirem wśród wiernych. Przydomek, który zyskał on podczas II Wojny Światowej, czyli „Książę Niezłomny” był wyrazem uwielbienia krakowian dla metropolity oraz bardzo ważnym sygnałem dla komunistów. Sygnałem, który mówił, że mają oni do czynienia z hierarchą, który nie będzie poddawał się naciskom. Po drugie: jeśli spojrzymy na działania komunistów, które miały zniszczyć Kościół katolicki, to w szerszej perspektywie zauważymy, że chcieli osiągnąć to poprzez zrujnowanie jego symboliki. Dlatego w czasie procesów pokazowych należało całkowicie i nieodwołalnie skompromitować postacie, które były ważne dla wiernych. Pod koniec lat 40. ówczesny minister bezpieczeństwa publicznego wydał niejawny dokument skierowany do szefów Wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego. Nakazywał w nim organizowanie co najmniej jednego procesu pokazowego wymierzonego w duchownych katolickich w każdym województwie. Było to przygotowanie pola przed decydującym atakiem na Kościół.

Kuria krakowska była jedną z najsilniejszych, najbardziej zwartych i najbardziej opozycyjnie nastawionych wobec komunistów metropolii w Polsce. Dlatego bezpieka chciała ją zniszczyć.

 Jak wyglądał „dobór” ławy oskarżonych?

W przypadku procesu kurii krakowskiej tzw. trzonem ludzi realizujących rzeczywistą działalność o charakterze opozycyjnym byli ks. Józef Lelito, Michał Kowalik i Edward Chachlica. Byli oni w czasie wojny związani z Narodową Organizacją Wojskową, zaś po wojnie tworzyli w Małopolsce sieć tzw. punktów informacyjnych. W ramach swojej działalności zbierali informacje o sytuacji w komunistycznej Polsce, które następnie były wysyłane na Zachód. Ze względu na obowiązującą w PRL-u cenzurę i „przegląd” korespondencji listy spisywano tajnopisami, co dawało komunistom pretekst do oskarżenia o szpiegostwo. Gdy dzisiaj przyglądamy się temu, jakie treści były wysyłane zagranicę, to widzimy, że były to wiadomości, które dziś można przeczytać w gazecie. W komunistycznej Polsce potraktowano je jako raporty szpiegowskie. Pretekstem do poszerzenia ławy oskarżonych były częste wizyty ks. Lelity w kurii krakowskiej. Wikary z Rabki przyjeżdżał tam w sprawach służbowych w zastępstwie swojego proboszcza i spotykał się z kurialnymi notariuszami: ks. Witem Brzyckim i ks. Janem Pochopieniem. Kontakty te zostały ocenione przez komunistyczną bezpiekę jako kontakty o charakterze szpiegowskim a księża Brzycki i Pochopień „stali się” elementami siatki wywiadowczej ks. Lelity – szpiega zachodnich imperialistów. Ławę oskarżonych uzupełniono jeszcze o przyjaciela ks. Lelity, drugiego wikarego z Rabki, czyli ks. Franciszka Szymonka oraz o Stefanię Rospond, która była potrzebna z dwóch powodów. Po pierwsze: ze względu na nazwisko zbieżne z nazwiskiem krakowskiego biskupa Stanisława Rosponda. Po drugie: była ona zaangażowana w działalność kongregacji „Żywego Różańca Dziewcząt”, przez co można było uderzyć w organizacje katolickie działające wśród młodzieży. Zatem tzw. proces kurii krakowskiej był w istocie sprawą ks. Józefa Lelity, do którego sztucznie dołączono kurialnych notariuszy – po to, by osiągnąć efekt propagandowy.

 W trakcie procesu krakowskiego oprócz oskarżeń o szpiegostwo padły również zarzuty o dążenie do „trzeciej wojny światowej”.

Był to element, który krył się za tzw. niejawną częścią rozprawy. Zdając sobie sprawę z miałkości materiału dowodowego, z tego że „raporty” wysyłane na Zachód nie zawierały żadnych tajemnic, próbowano budować propagandowy spektakl. Komuniści usiłowali pokazać, że „działalność szpiegowska” jest związana z dążeniem do kolejnej wojny przez „imperialistów amerykańskich”. Najważniejszym, moim zdaniem, elementem propagandowej mistyfikacji w procesie były „łupy” zdobyte podczas rewizji w kurii. Komuniści skonfiskowali wówczas prywatne przedmioty pochodzące z kolekcji przedwojennych rodów arystokratycznych spokrewnionych z kardynałem Sapiehą. Były tam przedmioty codziennego użytku oraz przedmioty o wartości muzealnej. Stanowiły one doskonałą oprawę sali sądowej, która miała przekonać Polaków, że Kościół gromadzi dobra i bogaci się kosztem wiernych.

 W trakcie procesu oskarżeni próbowali kluczyć i mylić tropy. Czy udało im się zmylić śledczych?

Niestety nie. Oskarżeni starali się wskazywać, że robili rzeczy błahe. Edward Chachlica w sposób niezwykle zdecydowany odrzucał wszystkie stawiane mu zarzuty i podkreślał zgodnie z prawdą, że to co robił nie było szpiegostwem. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, ponieważ procesy pokazowe miały odgórnie ustalony scenariusz. Zgromadzony materiał dowodowy w połączeniu z zastraszeniem oskarżonych wystarczyły do skazania. Ks. Lelito był szantażowany przez komunistów tym, że jeśli nie przyzna się do szpiegostwa, to zostanie skazany z dekretu sierpniowego za współpracę z okupantem niemieckim. Dla człowieka, który w czasie wojny działał w podziemiu niepodległościowym było to realną groźbą, wiążącą się z hańbą. Dlatego właśnie duchowny postanowił przyznać się na sali rozpraw do stawianych zarzutów. Musimy też pamiętać, że gdy oskarżeni starali się kluczyć podczas rozprawy, to sędziowie żądali odczytywania ich protokołów zeznań sporządzonych w trakcie śledztwa. Protokoły te były wówczas uznawane za wyjaśnienia złożone przed sądem.

 Wiemy, że oskarżeni byli poddawani torturom psychicznym. Czy bezpieka stosowała wobec nich również przemoc fizyczną?

Część oskarżonych była bita, przypalana papierosami i sadzana na tzw. „palu Andersa”, czyli nodze odwróconego taboretu. Po ogłoszeniu wyroku znęcanie się nie ustało. Opisał je Edward Chachlica. Skazani na karę śmierci Chachlica, Kowalik i zapewne ks. Lelito zanim dowiedzieli się, że wyrok został zmieniony na dożywotnie więzienie byli kilkakrotnie wyprowadzani na pozorowane egzekucje, co miało ich jeszcze bardziej złamać psychicznie.

 Dlaczego komuniści ostatecznie odstąpili od wykonania wyroków śmierci Edwardowi Chachlicy, Michałowi Kowalikowi i ks. Józefowi Lelito? Zgodnie z sowiecką praktyką  proces pokazowy powinien zakończyć się przynajmniej jedną śmiercią oskarżonego.

W tej sprawie nie mamy żadnych jednoznacznych danych źródłowych. Być może uznano, że sam proces spełnił swoją rolę. Pamiętajmy, że niedługo po jego zakończeniu wprowadzono dekret o obsadzie stanowisk kościelnych, który miał ograniczyć suwerenność polityki personalnej Kościoła. Być może uznano, że wykonanie tych wyroków jest także z politycznego punktu widzenia niecelowe tym bardziej, że skazanych bardzo długo trzymano na tzw. „bloku śmierci”. Dopiero latem 1953 roku dowiedzieli się oni, że zamieniono im karę na dożywotnie więzienie. Kluczowe jednak wydaje się to, że w marcu 1953 r. zmarł Józef Stalin, a w bloku sowieckim rozpoczął się proces „odwilży”.

 Koniec procesu nie oznaczał zakończenia propagandowej mistyfikacji. Po procesie polscy literaci ogłosili rezolucję potępiającą skazanych. Czym była ta rezolucja?

Po procesach pokazowych mieliśmy do czynienia z różnymi formami „potwierdzania słuszności wyroków sądowych”. Realizowano je w bardzo różnym zakresie. Czasem były to tzw. masówki w zakładach pracy, czasem listy otwarte różnych środowisk. Miały one podkreślać, że władza ludowa postąpiła słusznie „uderzając w zdrajców narodu”. Musimy pamiętać, że taki był cel procesów pokazowych. Nie chodziło o uderzenie w konkretnego oskarżonego, tylko o przekonanie jak największej liczby osób do „odwróconej rzeczywistości”. „Rzeczywistości”, w której ludzie działający w imię polskiej niepodległości i wiary katolickiej byli nazywani zdrajcami i sprzedawczykami.

 Czy po roku 1953 obserwowaliśmy kolejne procesy pokazowe przeciwko Kościołowi, duchownym i zwykłym katolikom?

Kulminacja nacisku na Kościół to jesień 1953 roku. Jest to swoisty paradoks: w bloku wschodnim obserwujemy odwilż a jednocześnie ma miejsce punkt przesilenia, czyli apogeum represji przeciwko Kościołowi. Bardzo ważnym wydarzeniem tamtego czasu jest proces biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka, który rozgrywa się we wrześniu 1953 roku. Późniejszy sprzeciw kard. Stefana Wyszyńskiego wobec potępienia ordynariusza kieleckiego powoduje, że władza komunistyczna podejmuje decyzję o internowaniu Prymasa. Musimy mieć świadomość, że czas internowania kard. Wyszyńskiego, to okres w którym opór ze strony Kościoła wobec zawłaszczania przez komunistów wszystkich sfer życia przenosi się na poziom parafii. To właśnie tam jest wówczas dostrzegalna prawdziwa siła Kościoła.

autor: Tomasz Kolanek 

korekta: ks. Rafał Zyman

REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE

Rekolekcje poprowadzi o. Sylwester Maćkiewicz OMI
Z klasztoru Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Łebie

Dowóz na Mszę św. na godz. 10.00
I Bus. Dziemięrzyce (9.30) Marchocice, Klonów, Dale
II Bus. Dosłońce (9.30), Miroszów, Kościejów

Spowiedź w środę, pół godziny przed każdą Mszą św.

Niedziela 6 marca

8.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną

10.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną

12.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną

15.30 Gorzkie Żale z kazaniem pasyjnym

~16.15 Msza św. z nauką rekolekcyjną

Poniedziałek 7 marca

8.00 Spotkanie rekolekcyjne z dziećmi

10.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną

18.00 Spotkanie rekolekcyjne z młodzieżą

19.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną

Wtorek 8 marca

8.00 Spotkanie rekolekcyjne z dziećmi

10.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną + nabożeństwo rekolekcyjne

18.00 Spotkanie rekolekcyjne z młodzieżą

19.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną + nabożeństwo rekolekcyjne

Środa 9 marca

8.00 Msza św. z nauką dla dzieci

10.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną

18.00 Msza św. z nauką dla młodzieży

19.00 Msza św. z nauką rekolekcyjną

Czy Trump na nowo uczyni Amerykę wielką?

Czy Trump na nowo uczyni Amerykę wielką?

Wybór Donalda Trumpa na stanowisko czterdziestego piątego prezydenta USA był prawdziwym szokiem dla transatlantyckich elit, które sprawiają wrażenie, jakby wciąż nie mogły się nie tylko z tym pogodzić, ale w ogóle w to uwierzyć. Uszczypnijcie mnie, chcę się obudzić – zdawały się mówić nagłówki zlewicowanych gazet po obydwu stronach oceanu. Nic dziwnego – wydaje się, że wybór miliardera zapowiada ostateczny koniec ery politycznej poprawności: ideologii panującej dotąd niepodzielnie zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Unii Europejskiej. Świat po Trumpie nie będzie już taki sam.

Donald Trump – człowiek, którego fortuna wyrosła na ogromnych inwestycjach w nieruchomości komercyjne, linie lotnicze czy sieci kasyn, właściciel między innymi słynnego nowojorskiego wieżowca Trump Tower, sieci hoteli, a także luksusowych nieruchomości w Nowym Jorku, celebryta prowadzący własne telewizyjne show i organizujący konkursy piękności, występujący w niezliczonej liczbie produkcji filmowych (w zamian za wsparcie pojawiał się w nich jako „on sam”), krytykujący socjalizm i rządy bogaczy lider ruchu sprzeciwu wobec amerykańskiego establishmentu. Donald Trump – polityk zmieniający partie jak rękawiczki (był już demokratą, następnie republikaninem, członkiem Partii Reform, po czym znowu demokratą i znów republikaninem). Donald Trump – kilkukrotny rozwodnik, który stał się liderem konserwatywnej części Ameryki, pomimo że jego niemoralne prowadzenie się i wulgarne wypowiedzi, a także często zmieniane poglądy nierzadko wywoływały konsternację zarówno u prawicowych publicystów, jak i u zwykłych, przyzwoitych obywateli.

Przeciw establishmentowi

A jednak niechęć do elit politycznych, które wpędziły Amerykę w pasmo kryzysów, połączona z przemożną chęcią zrzucenia krępującego i uniemożliwiającego swobodne oddychanie gorsetu politycznej poprawności okazała się silniejsza niż owa konsternacja. To nic, że wiele republikańskich osobistości jawnie sprzeciwiało się kandydaturze miliardera, a nawet sugerowało, iż z dwojga złego lepiej już głosować na Hillary Clinton. Hasło Uczyńmy Amerykę znów wielką przemówiło do serc i umysłów nie tylko w tradycyjnych ostojach Partii Republikańskiej – na Środkowym Zachodzie, ale również w stanach, które dotychczas karnie głosowały na demokratów. Należy przyznać, że sama Partia Demokratyczna walnie przyczyniła się do swojej klęski, wybierając kandydatkę znienawidzoną przez szerokie rzesze społeczeństwa – uosobienie wszystkich najgorszych cech socjalliberalnej kasty wywodzącej się z neomarksistowskiej rewolucji roku 1968. Podobnie jak po naszej stronie Atlantyku, ta inteligencko‑biurokratyczna sitwa, charakteryzująca się przekonaniem o własnej wyższości
i pogardą dla „ludu”, opanowała wszystkie przestrzenie publiczne – media, kulturę, edukację i sądownictwo. I podobnie, jak to się od pewnego czasu dzieje w Europie, to właśnie ta wszechobecność, dająca złudne wrażenie niepodzielnego panowania nad umysłami milionów poddanych, i będące jej konsekwencją nieumiarkowanie w napędzaniu kolejnej totalitarnej, egalitarystycznej rewolucji dążącej do zawłaszczenia wszystkich sfer życia człowieka i zniszczenia ostatnich ostoi wolnej myśli, stały się przyczynami odruchu protestu. Nad Tamizą zaowocował on Brexitem, w słonecznej Italii – rosnącą popularnością Ruchu Pięciu Gwiazd komika Beppe Grillo, a w Stanach Zjednoczonych – zwycięstwem Donalda Trumpa. Zeszłoroczna kampania wyborcza stała się areną bezprecedensowego, jak się zdaje, starcia pomiędzy różnymi amerykańskimi służbami. O ile CIA zakulisowo wspierała kandydatkę demokratów, to już FBI zdecydowanie przyczyniła się do zwycięstwa Trumpa, ujawniając dokumenty kompromitujące Clintonów. Już po wyborach pojawiła się w prasie rewelacja, pochodząca z kręgów CIA, że również rosyjskie służby podjęły próbę wpłynięcia na wynik wyborów w USA. To one miały dostarczyć demaskatorskiemu portalowi WikiLeaks wykradzione przez hakerów z serwera komitetu krajowego Partii Demokratycznej maile członków sztabu wyborczego Hillary Clinton, których publikacja radykalnie obniżyła jej notowania.

Obstawiliśmy i wygraliśmy

Nie można zaprzeczyć, że rosyjscy politycy i komentatorzy wyjątkowo ciepło przyjęli zwycięstwo Trumpa. Na szczególną uwagę zasługują słowa Aleksandra Dugina – cieszącego się wciąż wielką popularnością pośród rosyjskiej elity władzy przywódcy ruchu eurazjatyckiego i twórcy tak zwanej „czwartej teorii politycznej”, będącej mieszanką wątków tradycjonalizmu integralnego z wielkoruskim szowinizmem, ezoteryczną geopolityką oraz politycznym makiawelizmem. Na łamach swego wielojęzycznego portalu Katehon triumfalnie ogłosił on: Dziś jest nasz dzień. Gdyby wygrała Hillary Clinton, byłby to dzień żałoby. Obstawiliśmy i wygraliśmy. (…) Wsparliśmy Trumpa. Wiedzieliśmy, co robimy. I nasz kandydat wygrał. Dlaczego Dugin nazwał Trumpa naszym kandydatem? Jego zdaniem, zwycięstwo miliardera oznacza, że Stany Zjednoczone wycofają się z prowadzenia polityki dominacji nad światem, pozwalając Rosji realizować swoje dążenie do odbudowy dawnej strefy wpływów. Wieszczone przez „kremlowskiego szamana” pojawienie się wielobiegunowego świata i ostateczna agonia jednobiegunowości to nic innego jak geopolityczno‑strategiczny cel polityki rosyjskiej od czasu objęcia sterów Federacji przez Władimira Władimirowicza Putina: odwrócenie przynajmniej części skutków największej katastrofy geopolitycznej XX wieku, jaką w opinii rosyjskiego prezydenta był upadek sowieckiego imperium. Przemawiając zaraz po ogłoszeniu wyników amerykańskich wyborów, Putin podkreślił, że Rosja jest gotowa zrobić wszystko, co możliwe, aby przywrócić stosunki ze Stanami Zjednoczonymi na ścieżkę zrównoważonego rozwoju. Jego zdaniem, miałoby to pozytywny wpływ na ogólny klimat w sytuacji międzynarodowej, uwzględniając szczególną odpowiedzialność Rosji i Stanów Zjednoczonych za utrzymanie globalnej stabilności i bezpieczeństwa. Z wyjaśnieniami, co konkretnie miałoby to oznaczać, pospieszyli natychmiast inni: sekretarz prasowy prezydenta, Dmitrij Pieskow wyraził nadzieję, że Ameryka pod rządami Trumpa dojdzie z Rosją do porozumienia w sprawie Syrii, z kolei deputowana Natalia Pokłonskaja (była prokurator samozwańczej Republiki Krymu), że Stany uznają przynależność odebranego Ukrainie półwyspu do Rosji.

Prawica alternatywna

Pierwsze ruchy prezydenta Trumpa wskazują, że nadzieje Rosjan mogą wkrótce znaleźć pokrycie w faktach. Pośród nominowanych na ważne stanowiska państwowe związane z polityką zagraniczną znalazło się kilka osób przyjaźnie odnoszących się do postkagiebowskiej elity władzy panującej na Kremlu, na czele z sekretarzem stanu Rexem Tillersonem, który – jako prezes robiącej interesy z koncernem Rosnieft korporacji Exxon Mobil – za swoje zasługi dla zacieśniania więzów pomiędzy Ameryką a Rosją został przez Putina odznaczony Orderem Przyjaźni. Zgodnie z diagnozą Trumpa to Chiny są największym zewnętrznym zagrożeniem dla Ameryki. Nic więc dziwnego, że jako naturalnego sprzymierzeńca USA postrzega on Rosję – która, choć zabiega od dawna o jak najlepsze stosunki z Państwem Środka, to jednak znajduje się w sytuacji zagrożenia swej integralności terytorialnej przez chińską ekspansję demograficzną i ekonomiczną. Czy na ołtarzu przyjaźni z Mister Putinem złożeni zostaną dotychczasowi sojusznicy z Europy Środkowo‑Wschodniej, w tym Polska? Czas pokaże. W tym kontekście dość zrozumiały wydaje się dystans do kandydatury Donalda Trumpa, jaki podczas kampanii wyborczej demonstrowała nie tylko polska centrolewica, ale i bardziej konserwatywna część naszej sceny politycznej. Jednak zaraz po ogłoszeniu wyników głosowania rezerwa owa ustąpiła wybuchowi euforii na wieść, jak to prawica w Stanach leje tamtejszych czerwonych (czyli Niebieskich), a przeciwko demokratycznemu wyborowi większości protestują zszokowani – całkiem jak u nas po zwycięstwie PiS – przyspawani dotąd do koryta przedstawiciele zaoceanicznego establishmentu, którzy tylko patrzeć jak sformują swoją własną wersję KOD i doczekają się wsparcia z… Brukseli. Snucie analogii pomiędzy Polską i Ameryką jest do pewnego stopnia uprawnione, gdyż nad Potomakiem, podobnie jak nad Wisłą, mamy do czynienia ze zjawiskiem zdobycia władzy przez formację prawicową. Więcej – wkrótce dotyczyć ono może także Francji, Anglii, Niemiec i innych krajów Zachodu, bo w krajach tych bez przerwy zyskują na popularności ruchy prawicowe. Co łączy posługujących się patriotyczno‑państwową retoryką członków Prawa i Sprawiedliwości z Frontem Narodowym czy wolnorynkowcami z UKiP? Retoryka totalnie antyestablishmentowa i luźne podejście do kwestii tradycyjnej moralności. O ile jeszcze w katolickiej jak dotychczas Polsce walka o władzę wymaga eksponowania dość daleko idącego przywiązania do tradycji, przynajmniej na poziomie retoryki wyborczej, to już we Francji, aby uchodzić za skrajnego, antyestablishmentowego konserwatystę, można akceptować dostępność aborcji, a w USA – być wielokrotnym rozwodnikiem. Jednakże za oceanem znacznie poważniej niż w Europie traktuje się przedwyborcze zapowiedzi. Wynika z nich, że prezydentura Trumpa istotnie będzie ciężkim czasem dla lewaków wszelkiej maści, aborcjonistów ze zbrodniczej Planned Parenthood oraz hołubionych przez Obamę środowisk LGBT. Dotrzymanie przez Trumpa obietnic do pewnego stopnia gwarantować ma wiceprezydent Mike Pence uchodzący za obyczajowego konserwatystę i zdecydowanego przeciwnika tak zwanych „małżeństw homoseksualnych”. Bardzo istotny jest też nacisk, jaki wywierać będą wyborcy, którzy już domagają się od nowego prezydenta zdecydowanych ruchów.

Jak uczynić Amerykę znowu wielką?

Amerykańskie Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (TFP) wydało odezwę, w której wzywa prezydenta Trumpa do działań na rzecz powrotu do wartości, które zbudowały Amerykę. Odezwa przypomina, że uczynić Amerykę znowu wielką może tylko powrót do Boga, a zmiana ta musi być całościowa i dotyczyć wszystkich aspektów życia. Członkowie TFP występują w imieniu zapomnianych wyborców, zwykłych chrześcijan zdradzonych przez establishment, którzy głosowali na Trumpa w nadziei na zapowiadane przezeń zmiany. Pośród tych zapomnianych wyborców są tacy, którzy walczą o to, by najbardziej bezbronni – nienarodzeni – mogli cieszyć się podstawowym prawem, jakim jest prawo do życia. Przyszedł czas zmyć plamę na honorze Ameryki, jaką jest wielki grzech przeciwko Bogu: prawo Roe v. Wade [dozwolenie aborcji]. Zapomniani wyborcy oczekują, że prezydent‑elekt Trump nominuje, a republikańska większość w senacie zatwierdzi opowiadających się zdecydowanie po stronie życia sędziów Sądu Najwyższego i sądów federalnych. Oczekują również od rządu federalnego i rządów stanowych wstrzymania finansowania Planned Parenthood – napisali członkowie amerykańskiego TFP. Czego jeszcze domagają się zapomniani wyborcy? Obrony instytucji małżeństwa i tradycyjnej rodziny, między innymi poprzez zniesienie prawa Obergefell v. Hodges legalizującego związki homoseksualne i zrównującego je z małżeństwem, a także odwołanie polityki na rzecz promocji homoseksualizmu i ideologii gender w szkołach, wojsku oraz innych służbach i instytucjach państwowych. Zniesienia lewicowych standardów edukacyjnych, takich jak Common Core i No Child Left Behind. Odwołania socjalistycznych regulacji, które spowalniają rozwój ekonomiczny i społeczny, takich jak Obamacare, Dodd‑Frank i Death Tax a także doprowadzenia do odchudzenia biurokracji zarówno federalnej, jak stanowej i lokalnej. Zmiany równościowej polityki Obamy, do której wprowadzenia zostały zmuszone siły zbrojne, polegającej na masowym przyjmowaniu do wojska zboczeńców i forsowaniu mieszania płci. Odbudowy szacunku państwa do własnych granic przez rozwiązanie kwestii nielegalnej imigracji i skończenia z kuriozalną sytuacją głosowania w wyborach osób niebędących obywatelami. Zagwarantowania wszystkim tradycyjnym sojusznikom gotowości walki w ich obronie, a także ostrożnej i nieufnej polityki w stosunku do Chin, Rosji oraz Turcji. Ale przede wszystkim – jak pisze amerykańskie TFP – Stany Zjednoczone muszą przypomnieć sobie o swoich chrześcijańskich korzeniach. Nie może być sytuacji, że pomniki chrześcijańskie, krzyże, szopki bożonarodzeniowe czy kolędy padają ofiarą ataków sekularystów. Aby prosperować i być wielką, Ameryka musi na powrót intronizować Boga. Wielokrotnie już w historii było tak, że Boża Opatrzność w swej mądrości posługiwała się poganami czy ludźmi małej wiary. Pozostaje życzyć prezydentowi Trumpowi, aby okazał się takim właśnie narzędziem.

Ameryka nie będąca eksporterem liberalno-demokratycznych antywartości, ale nowym światowym promotorem chrześcijańskiej cywilizacji? Czyż to nie nazbyt piękne, aby mogło być prawdziwe? Czas pokaże.
Piotr Doerre

Korekta – ks. Rafał Zyman

 

PPR i prawdziwe oblicze komunizmu

PPR i prawdziwe oblicze komunizmu

Polska Partia Robotnicza była hałaśliwą grupą przebierańców moskiewskich, którzy nie odegrali żadnej istotnej roli w polskim podziemiu. Weryfikacja komunistycznych „dokonań” spod znaku GL/AL, tych wszystkich wysadzonych pociągów, wielkich bitew partyzanckich pokazuje nie bohaterstwo, ale degrengoladę organizacyjną, pospolity bandytyzm, brak dokonań w walce z Niemcami i przypisywanie sobie cudzych zasług. Te preparowano po wojnie w ramach propagandowej mistyfikacji – mówi w rozmowie dr Piotr Gontarczyk (IPN).

 

Przygotowując się do naszej rozmowy przeczytałem wystąpienie towarzysza Gomułki
z I Zjazdu PPR-u. Powiedział on: „Powołując do życia w styczniu 1942 r. Polską Partię Robotniczą scaliliśmy w jej szeregach kilka samodzielnych, niescentralizowanych organizacji wolnościowych. Organizacje te działały przed nami na różnych terenach kraju z Warszawą na czele”. Czy jest w tych słowach jakiekolwiek ziarenko prawdy?

W wielu opracowaniach można spotkać datę 5 stycznia. Jest to jednak data zupełnie umowna. To komuniści pielęgnowali tą datę utrzymując propagandową wersję, że Polska Partia Robotnicza była inicjatywą polskich działaczy lewicowych, którzy zebrali się w Warszawie i założyli partię. W rzeczywistości nazwę partii wymyślił i narzucił polskim komunistom Stalin, a w kraju zakładali ją sowieccy spadochroniarze.

Dlaczego II RP była przez nich aż tak znienawidzona? Dlaczego na temat II RP rozsiewali aż tyle kłamstw, m.in. oskarżenia o faszyzm czy też funkcjonowanie na jej terenie obozów koncentracyjnych i gett żydowskich?

Były to stałe elementy propagandy komunistycznej z lat 30. W czasie wojny i po niej tego typu kalki były nakładane, w zależności od tego, jakie polecenia przychodziły z Moskwy. Komuniści nie mieli żadnych skrupułów w rozsiewaniu kłamstw przeciw II RP, polskiemu rządowi na emigracji, Armii Krajowej, choćby o kolaborację z Niemcami. To, że Stalin
i Komintern nakazywali im udawać polskich patriotów nie zmieniło ich „struktur mózgowych”. Ci ludzie postrzegali świat jednowymiarowo: wszyscy, którzy nie są komunistami, natychmiast stają się faszystami, niemieckimi kolaborantami etc.

Z lektury Pana książki „PPR Droga do władzy 1941-1944” dowiadujemy się,  że polscy PPR-owcy byli oburzeni brakiem słowa „komunizm” w nazwie partii. Odgórny rozkaz Stalina zabraniający odwoływania się do „tradycji” Kominternu był dla wielu nie do przyjęcia a narzucony program polityczny zbyt kapitalistyczny…

Od początku była grupa towarzyszy, która nie była przekonana do całej tej mistyfikacji. Część polskich komunistów nie wzięła w ogóle udziału w organizacji PPR, ponieważ byli zszokowani biało-czerwonymi flagami i patriotycznymi hasłami, które widzieli i słyszeli u towarzyszy. Mówili między sobą, że PPR to rzodkiewka: z zewnątrz – czerwona, w środku – biała. Niektórzy obawiali się wręcz, że nowo powstająca partia jest agenturą rządu londyńskiego…

Z wywołanego przeze mnie na początku naszej rozmowy przemówienia towarzysza Wiesława Gomułki wynika, że przedstawiciele tej partii byli najbardziej odważnymi, najbardziej patriotycznie nastawionymi wrogami Niemców: „Zajęliśmy bowiem miejsce organi­zatorów i realizatorów czynnej, zbrojnej walki narodu polskiego przeciwko niemieckim okupantom, przeciwko wszystkim popełnianym przez nich zbrodniom. Nie było przed nami partii, która by w tym okresie pod­niosła ten sztandar i rozwinęła go przed narodem polskim. Walką organizowaną i przeprowadzoną, przez naszą partię zapełniliśmy w Polsce tę wielką próżnię, jaka powstała u nas po klęsce wrześniowej. I nie tylko to. Walką tą zmywaliśmy grzechy klęski wrześniowej, jakie z winy sanacji ciążyły na Polsce. Walką tą prze­kreślaliśmy politykę zdrady narodowej, jaką prowa­dziła w kraju i na emigracji faszystowska sanacja i re­akcja”. Czy PPR-owcy naprawdę byli aż tak bohaterscy?

To propagandowa mistyfikacja. Partia w czasie II wojny światowej była niebywale słaba, nie miała poparcia społecznego. Ba! Funkcjonowała na marginesie życia politycznego. To dzięki istnieniu Polskiego Państwa Podziemnego, dowiedzieliśmy się i to jeszcze zanim PPR rozpoczął działalność, że z Moskwy przyleciała grupa spadochroniarzy, którzy będą zakładać „fikcyjną, niby-polską partyjkę”. Krótko mówiąc: zanim PPR zaczął działać już był zdemaskowany przez polskie podziemie niepodległościowe. Komuniści w całym okresie wojny byli niezwykle słabi. Swoje siły zbrojne szacowali oni po wojnie na 60-70 tys. a niektórzy nawet na 100 tys. partyzantów. Naprawdę jednak wszystkie ich oddziały nigdy nie przekroczyły 2-3 tys. ludzi w lesie. Powtórzę: była to tylko dość hałaśliwa grupa przebierańców moskiewskich, którzy nie odegrali żadnej istotnej roli w polskim podziemiu. Weryfikacja komunistycznych „dokonań”, tych wszystkich wysadzonych pociągów, wielkich bitew partyzanckich pokazuje nie bohaterstwo, ale degrengoladę organizacyjną, pospolity bandytyzm i brak dokonań w walce z Niemcami. Te preparowano po wojnie w ramach propagandowej mistyfikacji.

W przemówieniu Gomułki nie ma ani jednego pomysłu na odbudowę Polski po wojnie. Czy w związku z tym w roku 1945 partia ta nadal głosiła swój „program” ogłoszony w czasie II wojny światowej?

Od początku swojej propagandowej działalności, czyli roku 1943, komuniści celowo unikali jasnego precyzowania swojego programu, żeby sobie zostawić ewentualną „furtkę”. Mówili o Polsce lewicowej, sprawiedliwej, socjalistycznej etc, ale robili to tak, żeby nie powiedzieć wprost, że oznacza to w przyszłości komunizm. Władysław Gomułka w 1945 roku nie miał sprecyzowanej jeszcze jasnej drogi w przyszłość. Komuniści chcieli wprowadzać swój zbrodniczy system totalitarny w Polsce drobnymi krokami. Nie głosili oni otwarcie haseł o kolektywizacji, nacjonalizacji, gospodarce komunistycznej, ponieważ obawiali się masowego, zbrojnego powstania chłopskiego. Stąd też przez pierwsze lata funkcjonowania systemu komunistycznego w Polsce w dalszym ciągu ukrywano to, co zamierzano zrobić, i co ostatecznie stało się w 1948 roku. Jeden z czołowych ideologów PPR-u – Roman Zambrowski – jeździł po kraju i był wprost pytany o hasła i konkretne rozwiązania. Polacy chcieli wiedzieć jak Polska Ludowa będzie wyglądała w związku z tym prosili, aby im wszystko nakreślił. Odpowiadał on wówczas, że póki co jedyną linią programową partii jest realizacja poleceń kierownictwa partii.

Co miał na myśli wywołany przez Pana Roman Zambrowski mówiąc podczas I zjazdu PPR o „słabym poziomie ideologicznych szeregów PPR”?

Ówczesna polityka partii zalecała przyjmowanie ludzi, którzy znają, i to często dość ogólnie, lewicowe hasła. Szeregi partii zasilali ludzie, którzy nie wiedzieli, czym są marksizm, leninizm. Dopiero w partii w ramach wewnątrzpartyjnej obróbki ideologicznej przerabiano ich na marksistów.

Z tego właśnie wynikały słowa Zambrowskiego. Komuniści zdawali sobie sprawę, że większość osób przyjmowanych do PPR nie wie, jakie są podstawy funkcjonowania tej partii, że będzie ona zmierzała do pogłębiania komunistycznej rewolucji: przejęcia wszelkiej własności, kolektywizacji, odcinania się od polskości na rzecz ideologii komunistycznej. PPR przyjmowała ich chcąc maksymalnie zwiększać wpływy, a „słabych ideologicznie” stopniowo „wychowywać” w partii. PPR miała też inny poważny problem: szeregi partii zalała masa elementu karierowiczowskiego, bezideowego, nawet pospolitych przestępców. Kierownictwo PPR doskonale zdawało sobie sprawę z tego, że prawdziwych komunistów jest w tej partii naprawdę niewielu.
Rozmawiał Tomasz Kolanek

Korekta – ks. Rafał Zyman

 

Zmiany personalne

Zmiany personalne

herb_bp-_jana_piotrowskiego-svg_Decyzją księdza biskupa Jana Piotrowskiego ks. mgr lic. Rafał Zyman, który pracował
w naszej parafii od 1 lipca 2012 roku został mianowany wikariuszem i katechetą w parafii p.w. św. Brata Alberta w Busku Zdroju, dekanat buski, woj. świętokrzyskie. Ks. Rafał pracę w nowej parafii rozpoczyna z dniem 1 września 2016 roku. Zmiana ta jest podyktowana nieprzewidzianymi okolicznościami, jakie zaszły w parafii w Busku Zdroju.

Wizyta księdza biskupa Jana Piotrowskiego w naszej parafii

Wizyta księdza biskupa Jana Piotrowskiego w naszej parafii

janpiotrowski10 sierpnia przez racławicką ziemię przechodziła 34. piesza pielgrzymka diecezji tarnowskiej na Jasną Górę. O godz. 10.30 została odprawiona msza święta polowa, której przewodniczył ordynariusz diecezji kieleckiej ks. bp Jan Piotrowski. W swojej homilii ksiądz biskup podkreślił m.in. znaczenie sakramentu chrztu, jako fundamentu chrześcijańskiego życia i duchowego wzrastania. Zaznaczył również konieczność pełnienia uczynków miłosierdzia jako niezbędnego przejawu przeżywanej wiary. Po mszy świętej pielgrzymi – jak co roku – mogli do syta pojeść specjalnie dla nich przygotowanej grochówki z polowych kuchni. Ks. bp Jan odwiedził natomiast nasz parafialny kościół i plebanię, troskliwie wypytując o radości i trudy pracy duszpasterskiej w naszej wspólnocie.

Wizyta Radia Maryja

Wizyta Radia Maryja

rm-logo19 sierpnia na naszej racławickiej plebanii gościła ekipa Radia Maryja, która realizowała na żywo cykliczną audycję „rozmowy niedokończone”. Zebrani w studiu goście – ks. Krzysztof, ks. Rafał, księża z diecezji tarnowskiej oraz zaproszona młodzież – dyskutowali na temat małych ojczyzn, ich roli w budowaniu siły całej Ojczyzny oraz pamięci zbiorowej przechowywanej w lokalnych społecznościach. Wypowiadali się również o swoich przeżyciach związanych z zakończonymi niedawno Światowymi Dniami Młodzieży. Poruszyli także kwestię pielgrzymowania, jako ważnego elementu polskiej i chrześcijańskiej duchowości. Audycja trwała od godz. 21.30 do godz. 23.30
i zakończyła ją wspólna modlitwa wraz z radiosłuchaczami. Szczególnie pouczające były refleksje
i świadectwa złożone w toku audycji przez ludzi młodych, m.in. Grzegorza Opiołę i Patryka Malagę.

Uroczystość Wniebowzięcia NMP

wnmpJak co roku 15 sierpnia Kościół przeżywa uroczystość Wniebowzięcia NMP. Uroczystość ta przypomina nam prawdę zawartą w jednym z dogmatów naszej wiary, który mówi, iż Maryja nie umarła, ale wraz z ciałem i duszą została wzięta do nieba. Zgodnie ze starą chrześcijańską tradycją, gdy apostołowie po kilku latach otwarli grób Matki Bożej nie znaleźli tam Jej ciała, ale bukiet świeżych kwiatów. Dlatego też uroczystość Wniebowzięcia NMP w polskiej tradycji jest nazywana świętem Matki Boskiej Zielnej. Tego dnia święcimy bukiety kwiatów oraz pierwociny zbóż i ziół.
15 sierpnia to również święto państwowe – dzień Wojska Polskiego – kiedy to święcimy rocznicę zwycięskiej bitwy warszawskiej 1920 roku, w wyniku której bolszewicy zostali pokonani pod Warszawą przez wojska polskie. Bitwa ta zmieniła losy tamtej wojny i uratowała Polskę oraz kraje Europy Zachodniej przed sowiecką inwazją. Dlatego też 15 sierpnia nasz parafialny kościół został przystrojony w akcenty narodowe. Modliliśmy się również na wszystkich mszach świętych za naszych żołnierzy prosząc o bezpieczną dla nich służbę.

Pielgrzymi z Francji w naszej parafii

Pielgrzymi z Francji w naszej parafii

1-krakow-2016w

25 lipca przybyła do Racławic z tygodniową wizytą grupa pielgrzymów z dwóch francuskich diecezji – Bordeaux i Autun. Wizyta ta miała oczywiście związek ze Światowymi Dniami Młodzieży, których gospodarzem był tym razem Kraków. Z racji bliskości Grodu Kraka w naszej parafii rozlokowano łącznie ok. 300 młodych katolików z Francji: 150 w budynku szkoły podstawowej i gimnazjum, 50 na plebanii oraz 100 w domach prywatnych.

Były to dla naszej wspólnoty parafialnej piękne dni, obfitujące w liczne nowe doświadczenia i przeżycia. Mieliśmy okazję nieco bliżej poznać francuską kulturę. Ponadto poprzez otwarte dla wszystkich chętnych katechezy i Msze Święte mogliśmy „dotknąć” jakże innego od naszego ducha francuskiej liturgii. Na szczególne wyróżnienie zasłużyła oprawa muzyczna poszczególnych nabożeństw – pieśni, które wykonywała francuska schola były naprawdę piękne.

W tym miejscu wypada podziękować parafialnemu komitetowi ŚDM, dyrekcji obu naszych szkół, władzom gminy, policjantom, rodzinom, które przyjęły pielgrzymów do swoich domów oraz wolontariuszom i wszystkim tym, którzy pomagali przygotować i wydawać posiłki dla naszych gości. Było to nie lada wyzwanie logistyczne, ale ostatecznie wszystko się powiodło. Żal tylko, że ŚDM 2016 już za nami. Będzie nam brakować naszych francuskich przyjaciół, ale liczymy na to, że tak jak my, tak i oni o nas nie zapomną.

Zobacz zdjęcia ->>

Narodowy Dzień Pamięci o Męczeństwie Kresowian

Narodowy Dzień Pamięci o Męczeństwie Kresowian

pap_wolyn_kwiaty_600-150x9211 lipca minęła 73. rocznica tzw. „krwawej niedzieli” we wschodnich województwach II RP, podczas której nastąpiła kulminacja ludobójstwa, dokonanego na Polakach przez ukraińskich bandytów z UPA. Najbardziej krwią Polaków spłynęło przedwojenne województwo wołyńskie, ale również tarnopolskie, stanisławowskie i lwowskie. Historycy szacują, że łącznie w latach 1943-45 z rąk ukraińskich zginęło od 100 do nawet 200 tys. Polaków zamieszkujących Kresy. Dokładnej liczby ofiar zapewne nie poznamy nigdy. Z racji tej smutnej rocznicy w całym kraju odbyło się szereg nabożeństw, wykładów, odczytów i apeli poległych. Także nasza parafia włączyła się do ogólnopolskich obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej.

W poniedziałek 11 lipca na Mszy Św. o godz. 7.00 i 18.00 modliliśmy się za dusze naszych rodaków, tak okrutnie pomordowanych. Zapłonął także symboliczny znicz pamięci. Naszym obowiązkiem jest pamiętać – nie po to, aby rozbudzać nienawiść, ale po to, aby budować relacje sąsiedzkie na prawdzie – nie o zemstę bowiem, ale o pamięć wołają ofiary… Tego między innymi uczył nas Św. Jan Paweł II. Rocznicowym modlitwom w naszym kościele przewodniczył ks. Rafał Zyman.