„Mikulski wybrał to, co w Polsce było najgorsze” – prawdziwa twarz „J-23”

mikulski-150x199

Serial „Stawka większa niż życie” był i pewnie nadal jest kultowy wśród młodzieży. Był on prostą, czysto sowiecką manipulacją pokazującą czarno-biały świat.

Rozmowa z Lechem Żebrowskim, prawicowym publicystą i historykiem

Czy lubi pan Stawkę większą niż życie?
Serial „Stawka większa niż życie” był i pewnie nadal jest kultowy wśród młodzieży. Był on prostą, czysto sowiecką manipulacją pokazującą czarno-biały świat. Ludzie potrzebowali pewnej kompensaty po tym, co się działo podczas wojny, okupacji. Że jednak jesteśmy lepsi, mądrzejsi, silniejsi. I kapitan Kloss był niczym niedawny bohater światowej młodzieży – Mac Gyver. Robi coś z niczego, wszystkich potrafi oszukać, jest sprytniejszy. Tylko w „Stawce…” od początku do końca obecny jest podkład ideologiczny. To, co widzimy na ekranie, to tylko mała część tego, co musimy odebrać.

Jaki jest to przekaz?
Odbieramy przekaz, że jest to oficer sowieckiego wywiadu, polski podchorąży, który nagle pojawia się gdzieś w moskiewskiej centrali. I mówią mu, że mamy wspólnego wroga, mamy zadanie do wykonania. On się oczywiście bardzo chętnie zgadza, chce służyć ZSSR. Ale przecież chwilę wcześniej jego towarzysze broni, jego koledzy zostali wymordowani w sposób bardzo brutalny [w Katyniu]. Potem wszystko idzie siłą rozpędu jak kula śniegowa. Wszędzie, gdzie pojawia się Kloss jest Gwardia Ludowa, świetnie zorganizowana. Wszędzie są punkty kontaktowe, siatki wywiadowcze. Kloss ma kapitalne zaplecze, zawsze, gdy to konieczne – są radiostacje, natychmiastowa łączność. Ten świat jest bardzo prosty, właściwie płaski. To byłoby fajne, gdyby serial powstał w kraju, w którym to, o czym mówimy, nie miało miejsca, nie było tej zaszłości i warstwy ideologicznej. Film był zrobiony bardzo prostymi środkami wyrazu, opiera się praktycznie tylko na jednej rzeczy: na sympatycznej postaci kapitana Klossa granego przez Stanisława Mikulskiego ubranego w mundur niemieckiej Abwehry. To rosły, przystojny blondyn, nordycki typ – jak powiedziałby patron niemieckiego nazizmu. To się ładnie ogląda, ale co z tego? Jeśli zamiast tego serialu widz powinien otrzymać prawdę o tym, co było przed, w trakcie i po wojnie.

No właśnie, tutaj przypomina mi się znany dowcip jak to na Placu Czerwonym rzekomo rozdają samochody, ale później okazuje się, że nie samochody tylko rowery i nie rozdają, a kradną. Nasuwa się analogia do postaci Klossa, której pierwowzorem był Artur Ritter-Jastrzębski. Odchodząc od serialu zapytam pana, kim on był?
Pierwowzór kapitana Klossa jest tak naprawdę zbiorowy, choć oparty również na postaci Ritter-Jastrzębskiego. Był on oficerem sowieckiego wywiadu i następnie bezpieki od początku do końca pracującym przeciwko Polskiemu Państwu Podziemnemu w ramach GL-AL i PPR. Struktury tych służb nastawione były nie przeciwko Niemcom, a przeciwko naszemu podziemiu. Niemcy byli dla nich zbyt mocnym przeciwnikiem. W sposób najbardziej ohydny wydawali oni Polaków pracujących w podziemiu Niemcom, często pisząc anonimy do Gestapo. Ludzie, którzy to robili doszli później do najwyższych funkcji w PRL. Była to od początku do końca zbrodnicza ideologia i maskowanie tego serialami typu „Stawka…” miało pokazać, że rzeczywistość była inna. Serial ukazuje komunistyczną partyzantkę jako podziemne imperium, a tak naprawdę ono nie istniało, to były bardzo małe grupy.

Co w rzeczywistości robiła sowiecka partyzantka na terenach II RP w czasie wojny?
Podziemie komunistyczne nie istniało do stycznia 1942 roku. W momencie, kiedy Stalin pozwolił, a raczej nakazał jego stworzenie, wtedy rozpoczęto budowę struktur. Polska Partia Robotnicza była bardzo mała i słaba, nie miała kadr. Ludzie pamiętali sowiecką okupację na Kresach, nikt nie poszedłby do komunistów z powodów ideowych, walczyć o Polskę. Oczywiste było, że nie starczy im sił na tworzenie Gwardii Ludowej. I tu zaczyna się dramat. Komuniści stosują metodę leninowską pozyskując tzw. lumpenproletariat jako element socjalnie bliski. Po prostu zagospodarowują bandy rabunkowe, będące plagą polskiej prowincji. Tych band jest bardzo dużo, ponieważ po wybuchu wojny w 1939 roku zostały w Polsce opróżnione więzienia, na wolność wyszło podziemie kryminalne. I ci ludzie w olbrzymiej większości zaczęli robić to, na czym się znali i to, co lubili – żyli z grabieży. Tylko teraz już byli bezkarni, ponieważ nie robiąc Niemcom krzywdy nie byli przez nich zwalczani. A że przy okazji jacyś Polacy ginęli, byli okradani to Niemców nie obchodziło. Gdy zaczęły powstawać pierwsze oddziały partyzanckie polskiego podziemia wówczas powstał problem co z tymi bandami przestępczymi zrobić. Chcąc mieć zaplecze pod działalność podziemia niepodległościowego trzeba mieć bezpieczny teren. W związku z tym polskie podziemie zaczyna te bandy zwalczać. Wtedy przychodzą komuniści.

I co proponują?
Proponują pomoc bandziorom. Tworzą z tych przestępców oddziały Gwardii Ludowej dając im dowódców, oficerów politycznych. W ten sposób zyskują oni ochronę polityczno-ideologiczną, obiecują, że Stalin nakrzyczy na Churchilla i nikt im krzywdy nie zrobi. Jest tylko jeden warunek: od tej pory jesteście naszym [PPR-owskim] oddziałem partyzanckim. Ale robicie to, co robiliście: dalej możecie żyć z rabunków pod warunkiem, że będziecie dzielić się zdobytym łupem. I tak to jest zapisane w meldunkach Gwardii Ludowej: łup. To nie jest zdobycz na Niemcach, to nie są karabiny, tylko pierścionki, łańcuszki, bielizna damska, dziecięce ubranka. Po co to potrzebne partyzantom?! Oni zdobywają to „na wrogu”, czyli na polskiej ludności cywilnej. Niezrozumienie tego wszystkiego powoduje, że podziemie komunistyczne w serialach typu „Stawka…” można było pokazywać w sposób od początku do końca całkowicie zakłamany przez sympatycznego aktora. Dzięki niemu sympatię zyskuje również całe tło, którego ludzie już dokładnie nie analizują [albo nie znają].

Przejdźmy więc może do tego sympatycznego aktora. Rok 1981, czarne chmury stanu wojennego nad Polską. Co wtedy robi środowisko aktorskie, a co robi Mikulski?
Akurat ten epizod w jego życiu nie jest najbardziej dramatyczny i istotny. To tylko konsekwencja jego wcześniejszych wyborów. To, że opowiada się wówczas przeciwko bojkotowi aktorskiemu, to tylko efekt.

Co więc spowodowało, że Mikulski nie wziął udziału w bojkocie aktorskim w stanie wojennym?
On był po prostu od zawsze związany z władzą komunistyczną. Pamiętajmy o całej jego drodze życiowej do 1989 roku. Jego ojciec był oficerem wyszkolenia w jednostce specjalnej Milicji Obywatelskiej w 1945 roku. Ta jednostka była doskonale wyszkolona i uzbrojona, dostawała zadania wprost od generała Franciszka Jóźwiaka, komendanta głównego MO. To nie jest standardowe działanie, że komendant główny steruje jakąś jednostką. Wysłano ją na Białostocczyznę, na teren województwa, gdzie struktury Polskiego Państwa Podziemnego były silniejsze od struktur okupacyjnego państwa komunistycznego. W tej jednostce pod wodzą własnego ojca Jana Mikulskiego służy Stanisław Mikulski [walcząc z AK-owcami]. Póki co dokładnie nie wiemy jak długo, ale z pewnością w 1945 roku, ponieważ istnieją potwierdzające ten fakt dokumenty. Później był on członkiem PZPR, różnych organizacji komunistycznych [ZWM, ZMP], jest też członkiem Komitetu Centralnego PZPR, a wreszcie pod koniec lat 90. jest dyplomatą w Moskwie. Pamiętajmy, że dyplomacja to resort wybitnie zastrzeżony tylko i wyłącznie dla swoich, dla najbardziej zasłużonych towarzyszy. Tow. Mikulski występował na okładkach komunistycznych pism w mundurze ORMO. Uwieńczeniem tej kariery był jego udział w 90-tych urodzinach tow. gen. Wojciecha Jaruzelskiego, gdzie był gościem specjalnym. Do samego końca utożsamiał się z ustrojem komunistycznym. Wybrał to, co w Polsce po roku 1945 było najgorsze.

Jak pan zareagował, gdy dowiedział się pan, że Sejm niepodległej III RP chce uczcić śmierć takiego człowieka minutą ciszy?
Mnie takie rzeczy już nie dziwią, jestem do nich przyzwyczajony i co więcej – spodziewam się ich. Jest dla mnie naturalne, że ta władza będzie honorowała gen. Jaruzelskiego i mu podobnych a nie zwolenników Polski wolnej i niepodległej. Inaczej nie będzie, bo wśród władzy jest bardzo wielu potomków starej władzy. Nie oszukujmy się, oni się nie rozpłynęli, nie zniknęli. Uznanie ciągłości prawnej, a jak się okazuje nie tylko prawnej, III RP z PRL jest największą tragedią, jaka przydarzyła się nam po 1989 roku. Jeśli ustrój prawny się nie zmienia to jest to samo, co było, tylko pod nową nazwą. W związku z tym nie można sędziów – morderców sądowych skazywać, bo mają immunitet. Nie można generałom odebrać emerytur czy specjalnych uposażeń, bo mają prawa nabyte, które sami sobie nadali. Nie można usunąć sowieckich pomników, bo są umowy, bo są władze, które tego nie chcą
i będą ich bronić do upadłego.

Dziękuję za rozmowę.

Cuda się… zdarzają – Krzyż w Cíhosti

Cuda się… zdarzają – Krzyż w Cíhosti

crux-150x219Wierni zamarli z wrażenia. Na ich oczach krzyż ołtarzowy zaczął kołysać się na boki. Był 11 grudnia 1949 roku. Kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Číhošti, maleńkiej wiosce położonej dokładnie w centrum Czech, stał się sceną niezwykłych wydarzeń.

Cud

W owym dniu przypadała trzecia niedziela Adwentu. Proboszcz Josef Toufar wygłaszał właśnie kazanie; mówił o obecności Zbawiciela w tabernakulum. Nagle 48-centymetrowy drewniany krzyż umieszczony w ołtarzu głównym, nad tabernakulum, zaczął gwałtownie kołysać się w prawo i lewo… Ksiądz Toufar sprawiał wrażenie, jakby nie zauważył nadnaturalnych ruchów krucyfiksu. Nazajutrz zjawił się u niego parafianin, kowal Vacláv Pospisil. Potwierdził to, co widziały oczy wielu. Potem napłynęli kolejni świadkowie, ogółem 19 osób w wieku od 10 do 45 lat – mężczyźni, kobiety i dzieci. Siłą rzeczy – wszak zdarzenie miało miejsce w świątyni, w czasie Mszy – przeważały osoby głęboko wierzące, choć nie brakło dwójki parafian znanych jako letni katolicy, a nawet jednego prawie niewierzącego, którego nie wiedzieć co zagnało akurat tego dnia do kościoła. A teraz wszyscy oni, rozgorączkowani, twierdzili, że byli świadkami cudu!

Pasterz

Proboszcz Toufar twardo stąpał po ziemi. Jego droga do kapłaństwa była długa i kręta. Urodził się w 1902 roku w rodzinie chłopskiej. Aż do 26. roku życia, z przerwą na odbycie zasadniczej służby wojskowej, pomagał ojcu w gospodarstwie. Dopiero po śmierci rodziców rozpoczął naukę, pragnąc zrealizować swe marzenie o kapłaństwie. Przyjął święcenia w wieku 38 lat. W 1948 roku został proboszczem we wsi Číhošť na Wyżynie Czesko-Morawskiej. Teraz ksiądz Josef starał się zachować trzeźwość osądu. Jednak dwa tygodnie później, w samo Boże Narodzenie, cud powtórzył się. Na oczach zgromadzonych wiernych nieznana siła znów wprawiła krucyfiks w ruch; wpierw jął się chwiać się na boki (proboszcz ocenił kąt wychylenia na 45 do 50 stopni), następnie pochylił się do przodu i tak już pozostał. Proboszcz niezwłocznie przystąpił do dokumentowania niezwykłego zdarzenia. Na jego prośbę fotograf Josef Peške uwiecznił na zdjęciach pochylony krzyż.

Oprawcy z StB

Wieść o niezwykłych wydarzeniach rozprzestrzeniała się po kraju lotem błyskawicy. Zapanowało zrozumiałe poruszenie. Do maleńkiej wioski zaczęli ściągać pielgrzymi, nieraz z odległych stron. Wzbudziło to niepokój władz. 28 stycznia 1950 roku do proboszcza zgłosili się dwaj mężczyźni przedstawiający się jako dziennikarze, rzekomo pragnący przygotować materiał o tajemniczych wypadkach w Číhošti. Wspólnie z księdzem udali się na zwiedzanie kościoła. Niespodziewanie kapłan został zaatakowany i zawleczony do oczekującego samochodu. Proboszcz znalazł się w rękach funkcjonariuszy Bezpieczeństwa Państwa (Státní bezpečnost – StB). Ksiądz Toufar został umieszczony w więzieniu na terenie Valdic koło Jiczyna. Zażądano od niego podpisania oświadczenia, że cud był oszustwem, kuglarską sztuczką. Kiedy odmówił, poddano go torturom. Zespołem oprawców kierował porucznik StB Ladislav Mácha. On i jego podwładni katowali księdza niemiłosiernie, do utraty przytomności. Męczyli go brakiem snu, wody i pożywienia. Gdy pozwalali mu zdrzemnąć się na krótką chwilę, spał w zimnej celi pozbawionej pryczy, na betonowej podłodze. Torturom towarzyszyła kampania nienawiści w mediach. Proboszcza z Číhošti oskarżono o tumanienie ludu religijnymi zabobonami. Aby postać klerykalnego „zbrodniarza” uczynić jeszcze bardziej ohydną, postawiono mu zarzut molestowania seksualnego dzieci (najwyraźniej wzorowano się tu na procesach duchownych w III Rzeszy). Czerwoni propagandyści atakowali również zaciekle Stolicę Apostolską, której „agentem” miał być ksiądz Josef. Aresztowania dotknęły także znajomych proboszcza, wśród nich osób będących świadkami cudu. Zapadały surowe wyroki – fotograf Josef Peške, „winny” wykonania kilku zdjęć krzyża, skazany został na 13 lat więzienia!

Sznurki z Watykanu

22 lutego 1950 roku, po dwudziestu pięciu dniach morderczej „obróbki” aresztowanego, bezpieka ogłosiła swój triumf. Ksiądz miał rzekomo podpisać dokument poświadczający przyznanie się do winy – sfabrykowania cudu krzyża oraz zbrodni molestowania młodych chłopców. W nocy z 23 na 24 lutego pracownicy StB oraz wynajęci przez nich filmowcy przewieźli księdza Josefa do kościoła w Číhošti. Komuniści zamierzali nakręcić film propagandowy, demaskujący niecne knowania agentury watykańskiej. Ponieważ skatowany duchowny ledwie trzymał się na nogach, sfilmowano go tylko w krótkim ujęciu na ambonie. Zdecydowano, że w pozostałych scenach zagra go podstawiony aktor, niepokazujący twarzy. Do tej roli zgłosił się nie byle kto, bo sam prokurator generalny, osławiony dr Karel Čížek, z upodobaniem oskarżający w wielu procesach politycznych. Po pewnym czasie film wszedł na ekrany czechosłowackich kin pod przewrotnym tytułem: Biada temu, przez którego przychodzi zgorszenie. Jak nietrudno się domyślić, zamiarem filmowców było zdyskredytowanie postaci čihoštskiego proboszcza. W obrazie pokazano, że krzyż ołtarzowy miał być poruszany za pomocą przemyślnej maszynerii, uruchamianej pociąganymi z ukrycia sznurkami. W symbolicznej scenie widz mógł zaobserwować, że sznurki te wprawiane są w ruch z Rzymu i z Nowego Jorku… Film okazał się niewypałem. Zastosowane w nim chwyty propagandowe były zbyt prymitywne i nachalne, by przekonać kogokolwiek o winie kapłana. Obraz szybko wycofano z dystrybucji, po stwierdzeniu, że na przekór intencjom twórców, wzbudza on zainteresowanie cudem w Číhošti.

Ciało we krwi

Tymczasem po księdzu Josefie… zaginął ślad. Wbrew oczekiwaniom, nie doszło do jego pokazowego procesu. Dopiero po czterech latach, w 1954 roku, jego rodzinę poinformowano o zgonie więźnia Josefa Toufara. Jako przyczynę śmierci podano rozległe zapalenie otrzewnej w wyniku perforacji żołądka lub jelit. Miejsca pochówku zwłok nie ujawniono. Prawdziwe okoliczności śmierci kapłana wyszły na jaw dopiero podczas „odwilży” w 1968 roku. Umęczony w śledztwie ksiądz Josef trafił do szpitala w Pradze 25 lutego 1950 roku, dosłownie nazajutrz po powrocie z „planu filmowego”, przywieziony przez pracowników StB. Zmarł jeszcze tego samego dnia, o godzinie 20.35. Personel szpitala dobrze zapamiętał ten przypadek. Doktor František Maurer wspominał: Zrobiliśmy wszystko, co w ludzkiej mocy, ale tego człowieka nie dało się uratować. Był nadzwyczaj brutalnie pobity, skatowany na śmierć. Powiem jasno – zamordowany. Jedna z pielęgniarek stwierdziła: Byłam w obozie koncentracyjnym, widziałam wiele w życiu, ale nigdy aż tak strasznego przypadku przemocy. Na jego ciele nie było miejsca niepokrytego krwią. Z ust stale ciekły mu ślina i krew…

Ksiądz pochowany został w zbiorowej mogile, pod fałszywym nazwiskiem. Władze komunistyczne nie były zadowolone z przedwczesnego zgonu agenta Watykanu i deprawatora nieletnich, któremu szykowały proces pokazowy. Dlatego też kierującego zespołem śledczych (czyt. oprawców) StB, porucznika Ladislava Máchę ukarano… naganą.

Czerwoni bali się cudu

Po upadku reżimu komunistycznego, w 1994 roku Urząd ds. Badania i Dokumentacji Zbrodni Komunistycznych (UDV) podjął śledztwo w sprawie śmierci księdza Josefa Toufara. Po przeanalizowaniu akt StB stało się jasne, że materiał oskarżenia został w całości sfabrykowany. Nie było żadnego molestowania dzieci – rzekomo skrzywdzeni chłopcy zostali zastraszeni przez funkcjonariuszy bezpieki i zmuszeni do złożenia zeznań obciążających kapłana. Wbrew propagandystom, StB wcale nie odkryła też żadnego urządzenia, za pomocą którego można było poruszać krzyżem ołtarzowym. Sposób wprawienia krzyża w ruch pozostaje niewytłumaczalny, przynajmniej przy użyciu kryteriów naukowych. Analiza tekstu rzekomego przyznania się do winy wykluczyła autorstwo księdza. Być może umęczony w śledztwie kapłan złożył podpis pod tekstem przygotowanym przez inną osobę, niewykluczone, że na pustej jeszcze karcie. Co najbardziej zdumiewające, sprawa cudu w Číhošti była z uwagą analizowana przez najwyższe czynniki partyjne i rządowe. Zajmowało się nią Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Decyzję o rozpoczęciu akcji przeciw lokalnemu proboszczowi podjął osobiście prezydent kraju Klement Gottwald. Działania śledcze monitorował minister spraw wewnętrznych oraz dostojnicy partyjni. Tak bardzo bali się cudu w małej czeskiej wiosce.

Znaki czasu

W 2013 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny księdza Josefa Toufara. A wielu wiernych stawiało sobie pytanie: dlaczego właśnie Číhošť? Czemu świadkiem cudu stała się maleńka wioseczka, nikomu wcześniej nieznana, z ledwie sześcioma setkami obywateli? Może właśnie z uwagi na swoją „marność”? Iluż mieszkańców, w czasach Jezusa, liczyło sobie Betlejem – najmniejsze wśród plemion judzkich (Mi 5,1)? A może dlatego, że to właśnie w Číhošti, jakieś 400 metrów na północny wschód od parafialnego kościoła, przypada geograficzny środek Czech? Bo to serce kraju tak zajadle atakowanego przez herezje, potem przez wojujący liberalizm i komunizm? Číhoštski kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, istniejący od co najmniej 1350 roku, przetrwał wojny husyckie, potem horror wojny trzydziestoletniej. Był niczym niewzruszona skała, opierająca się złym czasom. Kiedy znowu nastała godzina próby, krzyż w świątyni zachwiał się, pochylił niczym człowiek zgięty wpół po dotkliwym ciosie – ale jednak nie upadł.

Andrzej Solak

List pasterski biskupa Kazimierza Ryczana

List pasterski biskupa Kazimierza Ryczana

 

kazimierz_ryczan-150x192Czcigodni Bracia Kapłani, Siostry i Bracia Zakonni, Osoby Konsekrowane! Ukochani Diecezjanie!

Ojciec Święty Franciszek dnia 11 października br. mianował pasterzem kieleckim ks. biskupa Jana Piotrowskiego. Kanoniczne objęcie urzędu wobec Kolegium Konsultorów dokona się 28 listopada. Uroczysty ingres do Katedry Kieleckiej odbędzie się w sobotę, 29 listopada o godz. 11.00. Otoczmy modlitwą i życzliwością nowego pasterza. Sam Jezus Chrystus posyła Go do Kielc przez ręce Piotra naszych czasów.

1. Pozwólcie, Drodzy Moi, na krótką refleksję. Pan Bóg dał mi łaskę przewodzenia w wierze Diecezji Kieleckiej przez 21 lat.
– Tu przeżyłem niecodzienną przygodę spotkania z historią Ojczyzny zapisaną przez bł. Wincentego Kadłubka, przez nieocenionego kronikarza ks. Jana Długosza – wychowawcę synów królewskich, przez modlącego się słowami „Gaude Mater Polonia” poety i kompozytora dominikanina Wincentego z Kielc.
– Miałem zaszczyt stanąć w szeregu mądrych biskupów kieleckich, obrońców wiary, których symbolem jest biskup Czesław Kaczmarek, męczennik czasów komunizmu.
– Tu wyczuwałem puls niepodległej Ojczyzny i wyobraźnią łączyłem się z legionami Piłsudskiego, niosącymi wolność Kielcom i Ojczyźnie. Poza grób poniosę zadumę nad mogiłami partyzantów ukrytymi w lasach świętokrzyskich.
– Tu dane mi było klękać razem z wami przed krzyżem Chrystusa w Świętokrzyskim Sanktuarium i zgłębiać tajemnicę Bożego Grobu w Miechowie. Z radością wiary razem z wami składałem dziękczynienie za łaski udzielane w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia i Świętego Józefa Opiekuna Rodzin w Kielcach. Z wami poznawałem oblicze Matki Bożej Łaskawej Kieleckiej, uśmiechniętej Madonny Łokietkowej w Wiślicy i w innych parafiach. Z wami śpiewałem cześć świętym patronom podczas odpustów.
2. W dniu ingresu do katedry w Kielcach pisałem, że „Pragnę wszystkich zaprowadzić pod krzyż Chrystusowy. Na krzyżu dokonało się zbawienie. Z krzyża płynie nadzieja dla zagubionego świata”. Dziś chciałem wyrazić radość i wdzięczność za rajdy pielgrzymkowe na Święty Krzyż. W tym roku ponad pięć tysięcy młodzieży wraz z duszpasterzami, katechetami, nauczycielami, rodzicami i przewodnikami świętokrzyskimi dotarło na szczyt, by adorować relikwie Świętego Krzyża. Przyszli, bo krzyż głosi całemu światu, że Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, zbawił świat, cały świat, wszystkich, a uczynił to bezinteresownie, z miłości. Pielgrzymują tak od 15 lat.

2 Taką samą naukę przekazuje krzyż umieszczony przez praojców na szczycie Giewontu. Tu konsternacja! Ministerstwo Spraw Zagranicznych wyprodukowało spot reklamujący Polskę na arenie międzynarodowej, ukazujący Giewont bez znaku krzyża. Polska w tym filmie odarta jest z symboliki krzyża. Przecież na krzyżu zbudowana jest tożsamość Polski, kraju chrześcijańskiego przywiązanego do Chrystusa.
– Wydawało się, że Jan Paweł II przemawiając w Zakopanem na Wielkiej Krokwi (1997 r.) mówił na wyrost. Posłuchajmy, co mówił: „Ojcowie wasi na szczycie Giewontu ustawili krzyż. Ten krzyż tam stoi i trwa. Jest niemym, ale wymownym świadkiem naszych czasów. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie”.
– Proroku Janie Pawle II, skąd wiedziałeś, że polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podniesie rękę na krzyż? Co mamy robić? Brońcie krzyża! Jak? Macie w ręku kartę wyborczą. Brońcie krzyża! Tego z Giewontu i tego, który postawiliście na grobie swegodziecka, przyjaciela, ojca lub matki.

3. W dniu przyjścia do Diecezji zapragnąłem iść na codzień z Maryją. Tak chciał Jezus. Z wysokości krzyża w testamencie przekazał nam Matkę, a Maryi darował nowych synów i córki. Dziecko w ramionach kochającej matki czuje się bezpieczne. Wy o tym wiecie!
– Wspomnijcie, proszę, pierwszy różaniec, być może związany z Pierwszą Komunią świętą. Tak, tak! Wówczas Maryja podała nam dłoń, by prowadzić nas przez trudne etapy życia. Gdzie on jest dzisiaj? Może zaginął? Trzymajcie się dłoni Maryi. Czy się uczysz, czy studiujesz, trzymaj się Jej dłoni. Gdy szukasz pracy, trzymaj się Jej dłoni. Gdy zawiązujesz małżeństwo, gdy rodzisz dzieci, gdy wysyłasz ich w świat, trzymaj się Jej dłoni. Gdy wydaje ci się, że miłość małżeńska umiera, trzymaj się Jej dłoni. Gdy jedziesz do Unii Europejskiej, trzymaj się Jej dłoni. Gdy katechizujesz młodzież i dzieci, gdy głosisz Słowo Boże, gdy sprawujesz Eucharystię, trzymaj się dłoni Maryi. Dłoń Maryi uratowała Jana Pawła II od śmierci podczas zamachu. Jej dłoń uratowała Polskę od zalewu bolszewickiej czerwonej armii w 1920 r. Nie zawiedziesz się na Maryi. Ona jest mocna Bogiem, którego urodziła i mocna krzyżem, pod którym wytrwała, gdy inni pouciekali. Matka Jezusa nikogo nie zawodzi.

4. Upodobałem sobie więzy wspólnoty. Zawdzięczam to moim rodzicom. U nich znalazłem miłość, chleb i dom. We wspólnocie rodzinnej, we wspólnocie domu nie jest się samotnym, nie jest się zagubionym. Rozpad domu, to tragedia. Dokąd wtedy powróci syn marnotrawny, jeśli nie będzie wspólnoty domu?
– Panowie i Panie parlamentarzyści! Nie zajmujcie się drobiazgami o małżeństwach jednopłciowych, o prawach LGTB. Obywatele o takich orientacjach zawsze byli, są i będą w społeczeństwie. Zajmijcie się wspólnotą rodziny, gdzie rodzą się, wychowują i hartują ludzie miłujący Ojczyznę. Stawajcie w obronie wspólnoty rodzinnej przed licznymi zagrożeniami. Przyszłości ojczyzny nikt na świecie nie buduje na mniejszościach seksualnych. Szkoda czasu na tematy zastępcze.

3 Moi profesorowie licealni wdrukowali w nasze serca miłość do ojczyzny i narodu. Uczyli o smutnych czasach zaborów, o zsyłkach syberyjskich, o rusyfikacji, germanizacji, o wozie Drzymały. Widziałem ich w kościele. Oni zadali nam na całe życie wypracowanie do odrobienia – zadanie miłości i obrony Ojczyzny. Z domu Boga Ojca pytają, czy odrobiłeś zadanie? Walczyli za ojczyznę cichociemni, walczyli żołnierze wyklęci, których grobów szukamy, walczyli robotnicy Poznania, Radomia i Gdańska, rolnicy także. Walczyły ofiary stanu wojennego i męczennik błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko. A my? Czy ktoś nam grozi, gdy jesteśmy w NATO? Dzisiejszy wróg atakuje Ojczyznę nie tylko przy pomocy czołgów. Współczesny wróg przekracza granice przez dotacje, fundacje, programy międzynarodowe, także przez sankcje gospodarcze. Nie burzy budynków, ale atakuje wartości, symbole. Tak niewinnie zaatakował krzyż na Giewoncie. Zmierza głębiej – do zniszczenia tablic dziesięciu przykazań. Po co one, gdy człowiek jest panem tego świata?
– Kto ma stanąć w obronie? Wszyscy! W pierwszym rzędzie wy panie i panowie dziennikarze. Wasz głos jest słuchany przez miliony Polaków. Wasz głos jest mocny i podbudowany kolorowym obrazem.
– A kaznodzieje? Powinni iść w pierwszym szeregu i wskazywać azymut, jakim jest krzyż. Kto szanuje krzyż nie zagraża ani dziecku, ani rodzinie, ani ludziom LGTB, ani narodowi, ani sąsiedniemu państwu. Niejeden stawia pytanie: czy Chrystus będzie miał miejsce w naszej Ojczyźnie? Może będzie wypędzony? Czy znajdzie się miejsce dla Niego przy naszym ojczyźnianym
stole? Powtarzam któryś raz: fabryki można uruchomić, bezrobocie zlikwidować, pieniądz wzmocnić, ekonomię uwierzytelnić. Trudno jest wskrzesić obumarły patriotyzm, zadomowić na powrót odrzuconą Ewangelię, pokleić rozbite tablice Dekalogu. Wróg o tym wie!
– Co znajdziemy na ojczyźnianym stole po dniu wyborów? Zależeć to będzie od nas wierzących. Jedno tylko wiem. Nie mogę pozostać w domu. Droga wiodąca do zbawienia prowadzi po ojczyźnianych szlakach. Pod sztandarem krzyża, z Maryją Królową Polski, z ojczyźnianą wspólnotą wiary i Kościoła nie stracimy drogi do człowieka, ani do pomyślności ojczyzny. W to wierzyłem. W to wierzę i dziękuję wszystkim, którzy szli ze mną tą drogą przez 21 lat.
Niech w drodze do zbawienia prowadzi nas błogosławieństwo Boga Wszechmogącego: + Ojca i + Syna i + Ducha Świętego. Amen.
† Kazimierz Ryczan
ADMINISTRATOR APOSTOLSKI
___________________
KURIA DIECEZJALNA W KIELCACH
Kielce, dnia 10 listopada 2014 r.

Małpowanie Amerykanów, czyli halloween w pełnej krasie

halloween-600x386Dzień Wszystkich Świętych czy halloween? A może i jedno i drugie? Przecież są w różne dni i – rzekomo – się nie wykluczają. A jednak zachodzi między nimi swojego rodzaju kolizja. Kolizja, która dzięki „nowoczesnemu myśleniu” przeradza się w drobną stłuczkę, a z czasem nie będzie traktowana nawet jako wykroczenie. Dziwi mnie, że halloween weszło aż takim przebojem do kanonu polskich świąt. Z dnia na dzień pojawia się coś, co zostaje przyjęte na wiarę bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Ludzie szaleją na punkcje świecących dyń, trupów, wampirów, zombie i wszystkiego tego, co kojarzy się z amerykanizacją. Właśnie tak – małpujemy Amerykanów. I nie ma się co dziwić, przecież na zachodzie rzekomo jest tak cudownie i fajnie. Nie ma to – jak Amerykanie – bardziej być przygotowanym na apokalipsę zombie niż brak prądu.

Ale wracając do meritum. Beznadziejne naśladowanie na pewno nie wyjdzie nam na dobre. Halloween nie jest świętem, które jest zakorzenione w kulturze chrześcijańskiej. W ogóle nie jest żadnym świętem. Ok, zgodzę się, że są niewierzący albo wyznający inną religię – tak więc ten tekst nie jest dla nich. A dla kogo jest? Dla katolików beznadziejnie zapatrzonych w upadającą cywilizację zachodu i naśladujących na każdym kroku jej zwyczaje. Rozpisałem się, ale nadal nie wyjaśniłem, co takiego jest w halloween, że go tak nie trawię. Ano to, że to pogańskie święto i nie ma nic wspólnego z wyznawanymi przez katolików wartościami. I już odpowiadam tym, którzy myślą, że XVI i XVII-wieczny obrzęd „dziadów” kultywowany niegdyś na naszych ziemiach też był pogański. Owszem, wiele z pogaństwa tam było, ale to było święto słowiańskie, a nie amerykańskie. Poza tym w dziadach był obecny Bóg, kara za grzech, nadzieja. Coś w rodzaju spotkania się zmarłych z żyjącymi.

Halloween zachęca, aby koncentrować i zabawiać się tym, co jest złe, plugawe, demoniczne, mroczne, niebezpieczne i ciemne. Dziady miały wymiar rodzinny, a ponadto były w jakimś stopniu schrystianizowane. Nie było w nich żadnego obrzędu z przebieraniem się za potwory i bieganiem od domu do domu na słodyczami. Halloween jest świętem komercyjnym, które nie ma nic wspólnego z żadną religią. Takie coś, jak wierzenie w Latającego Potwora Spaghetti. Oj, przepraszam, zagalopowałem się. Coś tam jednak ma. Sięga ono korzeniami czasów celtyckich, a konkretnie wyznawania bożka śmierci Samhaina. W tym właśnie dniu druidzcy magowie podczas swoistych obrzędów składali również krwawe ofiary z ludzi. Być może nie każdy to wie, ale tak właśnie było. Bardzo spodobała mi się jedna wypowiedź, która utkwiła mi w pamięci.

Anton LaVey, autor „Biblii szatana”, przyznał, że halloween dla satanistów jest najważniejszym dniem w roku, bo jest czasem niezwykłej potęgi szatana. Dlatego wtedy odprawiają swoje „czarne msze”, podczas których składają krwawe ofiary oraz dokonują rytualnych zabójstw. Cóż, dlaczego mnie to nie dziwi… Niewinna zaś z pozoru wydrążona dynia jest pozostałością po pogańskim zwyczaju rzeźbienia wizerunku demonów, których rolą było odstraszanie wszelakich nieszczęść. To również symbol potępionych dusz. Warto tutaj także dodać, że podświetlona dynia w przeszłości była symbolem czcicieli szatana. Aha, byłbym zapomniał. Przecież halloween to takie radosne święto, a dzień Wszystkich Świętych to ponura matnia. W zamyśle dzień Wszystkich Świętych to przecież radosne święto. Mamy się radować, bo wtedy święci i błogosławieni obchodzą swoje imieniny. To my zrobiliśmy z tego to, co obecnie mamy. W całym tym zamieszaniu nie ma żadnej winy dzieci – chcą się bawić, często nie rozumiejąc, co robią.

Wina jest po stronie dorosłych – zliberalizowanego i ciągnącego do pustki duchowej zachodniego społeczeństwa, które zostawia po sobie spaloną ziemię. Całą otoczkę tworzą również media, gdzie próżno szukać tradycyjnych elementów. Jeśli tak dalej pójdzie, to zatracimy nasze kulturowe wartości i wszystko, co nas charakteryzowało. Nie będzie polskich zwyczajów ani świąt. Będzie propagowanie tzw. wolności absolutnej, która w konsekwencji nas zniewoli. Nie powinniśmy się sugerować Ameryką. Mamy swoje święta. A jeśli już Amerykę do tablicy wywołałem, to pamiętajmy, że jest to swego rodzaju religijno-kulturowa unia. Społeczeństwo wielonarodowe o różnych wierzeniach i zwyczajach. A pamiętacie, jak kończyły wszystkie unie w historii i ile z nich przetrwało… No właśnie. Zarzućcie mi, że jestem nietolerancyjny. Chrześcijanin jednak nie może być tolerancyjny wobec zła.
Mateusz Błoch

Cichy opór – chrześcijanie w niemieckich obozach koncentracyjnych

 

W świecie obozów koncentracyjnych więźniowie byli dla swoich oprawców jedynie numerami. I często tylko religia pozwalała im zachować wiarę w to, że są czymś więcej. Szczególnie okrutnie obchodzono się z duchownymi.

W październiku 1941 roku kilkudziesięciu nowych więźniów KL Auschwitz-Birkenau niepewnie wyczekiwało tego, co przyniosą kolejne minuty. W powietrzu unosił się drażniący zapach, którego jeszcze nie znali. Ale ci, którzy przeżyją, nigdy nie zapomną odoru palonych zwłok. Pilnujący ich SS-man rozpoczął swoje ponure powitanie: – „Moi panowie! Zapomnijcie, żeście kiedyś byli ludźmi, dziś jesteście tylko numerami, macie jedno prawo: umrzeć.” I, wskazując na ceglasty kształt buchający czarnym dymem, dodał: – „Tamten komin, to wasza przyszłość.” Jeden z więźniów usilnie próbował przebić wzrokiem zakopcone niebo. Jego usta poruszały się w rytm bezgłośnej modlitwy. Gdzieś tam, poza obozem, był księdzem Adamem Ziembą. Ale tutaj, dla swoich oprawców, nie był niczym więcej, jak tylko numerem 21855.

Numery i ludzie

Cała instytucja obozowa – wspominał po latach duchowny – ze wszystkimi jej urządzeniami dążyła wyraźnie i bezczelnie do wyzucia więźnia z wszelkich praw człowieczeństwa. Najwymowniejszym symbolem tych wszystkich działań było sprowadzenie człowieka do rangi numeru. Nie był to tylko zabieg administracyjny. Odebranie imienia i zastąpienie go numerem było próbą całkowitego odarcia więźnia z tego, kim był przed dostaniem się do obozu. Nazistowska wiara w wyższość niemieckiego narodu nad innymi w kacetach przeobraziła się w bezprzykładny sadyzm. Nie wystarczyło zabić osadzonych – przed śmiercią trzeba było doprowadzić ich do stanu, w którym przypominali bardziej bezwolne manekiny, aniżeli ludzi. Dlatego w obozie toczyła się walka między władzami a osadzonymi. Jej stawką nie było tylko biologiczne przetrwanie, ale coś jeszcze – ocalenie własnego człowieczeństwa. Bronią, która pozwoliła wielu więźniom odnieść zwycięstwo nad swoimi oprawcami, była wiara religijna.

Paciorki nadziei

kl-700x466Grupka wychudzonych mężczyzn zgromadziła się w niedzielne przedpołudnie 16 listopada 1941 w jednym z obozowych baraków. W wąskiej przestrzeni między więziennymi pryczami stał taborecik. Ale tego dnia nie był zwykłym meblem – był ołtarzem, na którym ustawiono prosty krzyż. Pochylony nad nim, ubrany w niebiesko-białe pasiaki ksiądz rozpoczął pierwszą w historii Auschwitz mszę. Wtajemniczeni więźniowie stworzyli szczelny kordon wokół duchownego. Niepowołane oczy nie mogły nic zobaczyć – udział w ceremonii groził surowymi karami. Po wszystkim ksiądz wymknął się z baraku i w ukryciu rozdawał Komunię innym więźniom. Zaniósł ją również tym, którzy już nie mogli przyjść o własnych siłach – konającym w obozowym szpitalu. „Tylko ta silna wiara podtrzymywała nas, nasze siły duchowe – wspominał po latach jeden z więźniów – i chociaż cieleśnie byliśmy słabi, potrafiliśmy te katusze przeżyć i innym stać się przykładem”.

Religia dawała to, bez czego trudno było przetrwać obozową gehennę: poczucie sensu i cel w życiu. Więźniowie, którym tego zabrakło przemieniali się w – jak określali ich inni więźniowie – „muzułmanów”: ludzkie szkielety, które w całkowitym zobojętnieniu oczekiwały własnej śmierci. Tymczasem w rzeczywistości obozowej nawet zwykły różaniec odmawiany z wiarą mógł nieść upragnioną pociechę. „Paciorki nasze pomagały realnie – wspominał ks. Ziemba. – Nie chodzi tu o jakąś cudowność, ale samo przestawienie naszej psychiki na inny tor, zajęcie się jeszcze czymś innym, modlitwą, dawało pewnego rodzaju odprężenie i to nas utrzymywało w formie.”

Dziś umrzesz jak twój mistrz

Naziści znali moc, jaką religia może obdarzyć więźniów. Stanowiła ona zagrożenie dla ich planów zamienienia osadzonych w anonimową i bezkształtną masę apatycznych zombie. Dlatego starali się ją doszczętnie wytępić z życia obozowego, a wszelkie jej przejawy były surowo karane. Przyłapanych ma modlitwach tłuczono do nieprzytomności. Jeśli u więźnia znaleziono jakiekolwiek dewocjonalia – krzyżyk, medalik, obrazek z podobizną świętego – kazano mu je zbezcześcić przez podeptanie. Jeśli odmówił – czekały go bicie, chłosta, czasem aż do śmierci. Jednak największe zagrożenie wisiało nad głowami duchownych. „Nie mów, żeś ksiądz. Zakatrupią zaraz” – te słowa usłyszał ksiądz Ziemba tuż po przybyciu do obozu. „Jak to dobrze nie być księdzem”, powtarzali między sobą więźniowie.

Duchowni byli sercem obozowego życia religijnego: prowadzili msze i nabożeństwa, spowiadali, krzepili więźniów budującymi rozmowami i dawali nadzieję. Dlatego dla obozowych funkcjonariuszy byli wrogami numer 1. Księża bardzo często byli traktowani na równi z Żydami. Zwykle od razu kierowano ich do kompanii karnych, w których czas życia był znikomo krótki. Dopuszczano się na nich szczególnych udręczeń, jak choćby względem ks. Piotra Dańkowskiego, który w Wielki Piątek 1942 roku usłyszał od kapo: „dziś będziesz ukrzyżowany jak twój mistrz.” Na plecy zarzucono mu ciężką kłodę, którą musiał dźwigać jak Jezus krzyż w drodze na Golgotę. Podczas marszu, wśród szyderstw SS-manów i więźniów funkcyjnych, kilkukrotnie upadał. Za którymś razem już nie wstał, a jego życie przerwał ciężki but oprawcy. W KL Stutthof zmuszano księży do picia pełnej odchodów wody z obozowej kloaki, szydząc z nich słowami: „Piliście codziennie wino na wolności, napijcie się raz czego innego.” W Auschwitz SS-mani nakazywali księżom publiczne całowanie się z rabinami i fotografowali te sceny wśród salw śmiechu.

Wyplenić chrześcijaństwo z Europy

Szczególne bestialstwo, z jakim władze obozowe obchodziły się z duchownymi miały również inną przyczynę, niż tylko chęć zniszczenia ludzi, którzy w obozach stawali się filarami życia religijnego. „Najcięższym losem – powiedział Adolf Hitler – jaki kiedykolwiek spadł na ludzkość było chrześcijaństwo.” Führer nienawidził tej religii, ponieważ uważał ją za sprzeczną z „aryjską” etyką siły, która uzasadniała niemieckie podboje, niewolenie i zabijanie „ras niższych”. Wszelkie pozytywne gesty Hitlera względem przedstawicieli chrześcijaństwa – tak jak podpisanie konkordatu z Watykanem w 1935 roku – były jedynie taktycznymi ustępstwami, które dyktował bieżący interes polityczny. Jeszcze w latach trzydziestych Hitler wieścił, że w ciągu dziesięciu lat chrześcijaństwo nie będzie miało w III Rzeszy żadnego wpływu i znaczenia. Dlatego szczególne represje, którym poddawano duchownych w obozach należy traktować jako element nazistowskiej polityki dechrystianizacji Europy.

Okrutna postawa strażników i kapo względem kapłanów, zakonników i zakonnic często powodowała zupełnie inną reakcję od tej, której pragnęliby dręczyciele. Więźniowie chronili duchownych. I robili to nie tylko z szacunku dla ich profesji, ale dlatego, że „ludzie Boga” stanowili dla nich wsparcie w drodze przez mękę, jaką był pobyt w kacecie. – „My idziemy na śmierć i dobrze, że jest z nami ksiądz” – usłyszał w Oświęcimiu od współwięźniów ksiądz Władysław Grohs. Obecność duchownego czyniła brutalny koniec życia łatwiejszym do zniesienia. Być może dlatego, że w perspektywie religijnej przestawał on być tylko wymazaniem z obozowych kartotek kolejnego „ludzkiego numeru”. Śmierć stała się darem, który można było ofiarować za cokolwiek, co stanowiło dla więźnia wartość. Dzięki temu umierający miał poczucie, że umiera „po coś” – za ojczyznę, za kolegów – a nie jest tylko kolejnym anonimowym szkieletem, którego strawi ogień pieca.

Wygrani i przegrani

Pewnego wieczoru, podczas apelu wywleczono na środek placu pobitego Żyda. Tuż obok stała specjalnie przygotowana dla niego szubienica. Nieważne było, za co został skazany – w obozie można było umrzeć za wszystko. Ale SS-mani postanowili udręczyć jeszcze więźniów. Wybrali jednego, o którym wiedzieli, że jest gorliwym katolikiem. Wcisnęli mu pętle w rękę i zażądali, by założył ją na szyję nieszczęśnika. Ten odmówił. Potem były już tylko kopniaki i tłuczenie pięściami. Chwilę później stołek spod nóg Żyda wykopnął niemiecki strażnik. Skatowanego niedoszłego kata wynieśli więźniowie.

Tak w obozach wielu więźniów toczyło swoją – jak ją nazywał ks. Ziemba – „cichą wojnę.” Jej bronią nie był karabiny, ale skryte modlitwy i tajemne msze. I codzienny opór przed tym, by nie dać się upodlić przez obozowy system. Ci, którzy tę batalię wygrali – przeżyli. Nawet jeżeli wolność od udręki podarował im nie aliancki żołnierz, ale krematoryjny komin.

Autor: Robert Jurszo
Korekta: ks. Rafał Zyman

Europa równych państw czy koncert mocarstw?

Europa równych państw czy koncert mocarstw?

angela-500x333

Tuż obok mnie przemyka minister spraw zagranicznych USA John Kerry, wzburzony po rozmowie ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Sergiejem Ławrowem. W biegu rzuca kilka haseł do swoich asystentów. Dalej stoi przewodniczący Martin Schulz i przygląda się tej scenie z trudnym do rozszyfrowania uśmiechem. A prezydent Andrzej Duda ustala ostatnie szczegóły swojego przemówienia z ministrem Krzysztofem Szczerskim przed spotkaniem z prezydentami Ukrainy, Finlandii i Litwy.

Taki obraz przedstawiał się uczestnikom monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Co roku spotykają się tam czołowi politycy, naukowcy, członkowie światowych think-tanków oraz przedstawiciele najważniejszych mediów, aby przedyskutować palące kwestie spraw międzynarodowych. Przede wszystkim jednak jest to miejsce, w którym spotykają się możni tego świata i dywagują w niekończących się kuluarach, salach i aulach hotelu „Bayerischer Hof”, budynku, który swą nudnawą fasadą nie zwraca na siebie większej uwagi. Wewnątrz na gości czeka jednak ponad 340 pokoi w różnych stylach architektonicznych, 65 suit i 40 sal konferencyjnych. W największej z nich odbywały się najważniejsze panele dyskusyjne, w tym również te z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy i ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. Z górnych pięter hotelu widać potężne wieże monachijskiej katedry Najświętszej Maryi Panny, budynki te dzieli dwuminutowy spacer. W wolnej chwili między licznymi panelami udałem się do katedry – i zastałem całkowicie pusty kościół. Zastanawiam się, ilu z kilku tysięcy uczestników czy dziennikarzy przez te trzy dni odwiedziło tę piękną, będącą w najbliższym sąsiedztwie świątynię – choćby z uwagi na jej zabytki i oryginalne dzieła sztuki…
Sama Konferencja Bezpieczeństwa była zdominowana przez kilka tematów, aczkolwiek do naszych mediów przebił się właściwie tylko konflikt zachodnio-wschodni (USA-Rosja) rozgrywany na ziemiach syryjskich. I choć owszem, była to ważna część trzydniowych obrad, to jednak warto zwrócić uwagę również na inne aspekty.
Jedną z głównych narracji, którą dało się zauważyć w Monachium – ale nie tylko tam, bo już co najmniej od września zeszłego roku także szerzej – był strach politycznych elit niemieckich przed utratą pozycji hegemona w Europie. Kryzys migracyjny wstrząsnął Europą i wywarł wpływ na cały nasz kontynent, ale swe szczególne piętno odbił na naszych zaodrzańskich sąsiadach. Kanclerz Angela Merkel, którą media niemieckojęzyczne tytułowały „Mutti” (czyli mamusia), chciała wymusić na innych narodach europejskich, ale także na swych własnych obywatelach, bezwzględne przyjęcie wszystkich uchodźców. Jak wiemy, to się nie udało. Postawa tzw. Willkommens­politik po prostu się nie sprawdziła.

Podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium nawet najwierniejszy europejski sojusznik Niemiec, czyli Francja, odszedł od linii niemieckiej w sprawie uchodźców. Jak wiemy, premier Francji Manuel Valls oznajmił, iż jest przeciwny tzw. polityce kontyngentów.
W swoim wystąpieniu premier Francji jednoznacznie podkreślił stanowisko swojego kraju: „Nasze ograniczone możliwości przyjęcia imigrantów oraz napięcia ostatnich tygodni – zarówno w Niemczech, jak i w innych miejscach Europy – zobowiązują nas do tego, aby powiedzieć sobie jasno: Europa nie może przyjąć wszystkich migrantów z Syrii, Iraku lub Afryki”.
Na odrębny esej zasługiwałoby pytanie, dlaczego Angela Merkel tak bardzo naciskała na przyjęcie wszystkich imigrantów. W tym artykule nie ma miejsca na obszerną odpowiedź, chciałbym tylko zasygnalizować dwa możliwe warianty, oba zresztą umotywowane strachem Niemców przed utratą status quo: 1. Ratunek własnego systemu emerytalnego (pisaliśmy o tym szerzej w ostatnim wydaniu „Wpisu”). 2. Ratunek własnego potencjału demograficznego, który od zarania dziejów był jednym z kluczowych czynników mocarstwowości. W połowie lat 90. XX w. w łącznej populacji Niemiec, Polski, Francji, Austrii i Czech to właśnie Niemcy mieli 43,3% ludności w wieku produkcyjnym (20-64 lata), czyli prawie połowę ludzi całego wielkiego regionu. Ale – i to ważne – w wieku przedprodukcyjnym (poniżej 20 lat) ich przewaga nad resztą była znacznie mniejsza, podobnie jak w przypadku Austrii, natomiast w Polsce i Czechach te liczby były wyższe.

Przed Warszawą i Pragą rysowały (rysują) się zatem znacznie lepsze perspektywy niż przed Berlinem i Wiedniem. Można się zastanowi, czy to przypadek, że Niemcy i Austriacy tak mocno optowali za przyjmowaniem uchodźców (potencjału demograficznego), a Polska i Czechy nie.
Można odnieść wrażenie, że utrata Francji jako wiernego sojusznika – czy, jak kto woli, junior partnera – w tandemie dążącym do władzy nad Unią Europejską boli Niemców najbardziej. Równie bolesna możne być jedynie bezsilność, z którą muszą się zmierzyć wobec coraz szerszego frontu antyniemieckiego w Europie.
Doskonałym przykładem tego był wywiad, który w dniach monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa przeprowadzono z Klausem von Dohnanyi, socjalistą, byłym sekretarzem stanu w niemieckim ministerstwie spraw zagranicznych i członkiem prestiżowego berlińskiego think-tanku ds. zagranicznych Deutsche Gesellschaft für Auswärtige Politik (Niemieckie Towarzystwo ds. Polityki Zagranicznej). Dohnanyi tłumaczył, że Europa może funkcjonować jedynie wtedy, jeżeli będzie się opierała na osi niemiecko-francuskiej. I tylko wtedy Europa będzie przeciwwagą dla… USA (a nie na przykład Rosji). „Najbliżej wspólnej Europy byliśmy w 1962 r. dzięki współpracy Konrada Adenauera i Charlesa de Gaulle’a oraz podpisanej wtedy umowie między Niemcami a Francją” – wyjaśniał dalej Dohnanyi. „Stany Zjednoczone celowo jednak zniszczyły tę umowę, wymuszając w niej preambułę, w której napisano, że to nie Niemcy i Francja są najważniejsze, lecz pozostałe kraje europejskie są tak samo ważne.

Mogliśmy wtedy stworzy wspólną politykę zagraniczną, ale niestety zostało to uniemożliwione”. Były niemiecki minister odpowiedzialny za politykę zagraniczną mówi zatem wprost, że wszystko było w porządku dopóty, dopóki Niemcy (i Francja) stały ponad resztą Europy. To jest właśnie ta „wspólna” polityka europejska. I dostało się także Polsce, kiedy Dohnanyi mówi tak: „Proszę zobaczy, jak to wyglądało w 2003 r. Wtedy Polska po prostu wysłała część swojego wojska do Iraku, a przecież nawet tego z nami nie uzgodniła!”.
Nie będzie skutecznej polityki wobec Niemiec, dopóki ludzie za nią odpowiedzialni nie zrozumieją niemieckiej mentalności i postawy wobec innych narodów. Wypowiedzi Klausa von Dohnanyi idealnie się w ten obraz wpisują. Widzi on Polskę, ale także Ukrainę, państwa Grupy Wyszehradzkiej czy ogólnie wschodnią flankę NATO, jako de facto wasali Niemiec, którzy przed podjęciem własnych akcji politycznych powinni pójść po prośbie do Berlina. To przekonanie leży u podstaw nie tylko ich strategii politycznej, ale w ogóle mentalności czy sposobu myślenia. Jako równorzędnych partnerów Niemcy widzą jedynie Francję i Wielką Brytanię. „Tylko oś francusko-niemiecka lub ewentualnie francusko-brytyjsko-niemiecka może pomóc Europie” – kończy swój wywód Klaus von Dohnanyi.

W tym scenariuszu nie ma miejsca dla innych, czyli dla Europy „wolnych narodów i równych państw”, co postuluje minister prof. Krzysztof Szczerski jako model nowoczesnej integracji europejskiej. Teraz jednak, gdy Brytyjczycy rozważają opuszczenie Unii Europejskiej, a Francuzi po atakach paryskich mają dość niemieckiej polityki przyjmowania wszystkiego i wszystkich, ta oś się załamała. Nie ma już osi. Został jeden punkt na mapie, jedna samotna kropka nad Sprewą.
A przecież nie tylko Francja się odwraca. Niemcom powiedziała „nie” także Austria, która przez ostatnie dekady uchodziła za przedłużone ramię niemieckie w sprawach międzynarodowych. O kanclerzu Austrii Wernerze Faymannie (nota bene Faymann jako młody socjalista organizował wiece przeciwko wizytom papieża Jana Pawła II w Wiedniu…) Angela Merkel miała powiedzie kiedyś tak: „Na spotkania Faymann przychodzi bez żadnej opinii, a wychodzi z moją”. Dziś ten sam austriacki kanclerz odwrócił się od swojego większego sąsiada i prowadzi samodzielną politykę migracyjną w kontrze wobec Niemiec. Austriacy trochę się tego kroku obawiają, ponieważ ich gospodarka jest bardzo mocno sprzężona z niemiecką, a w związku z tym nigdy nie chciano rozzłości większego brata. Okazuje się jednak, że oprócz gniewnych deklaracji niemieccy politycy niewiele są w stanie zrobi. Tak więc Austriacy poszli nawet o krok dalej i minister obrony narodowej Hans Peter Doskozil 9 marca br. oświadczył, że z powodu naporu migrantów planuje powiększyć wojsko austriackie o 4 tys. żołnierzy.

To nie brzmi imponująco, ale biorąc pod uwagę fakt, że Austria jest krajem neutralnym, a dotychczasowa liczba żołnierzy wynosiła 21 000 ludzi, oznacza to wzrost o blisko 20%.
Niemcy byli zatem dosyć samotni na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, której sami byli przecież gospodarzem. Nagle się okazało, że inne państwa mają jakąś siłę. Nagle mówiono o Grupie Wyszehradzkiej, która przez lata w ogóle nie istniała w szerszej świadomości zachodniej Europy. Nagle spotkanie głów państw Macedonii, Słowenii, Chorwacji, Czarnogóry, Kosowa, Gruzji i Austrii było jednym z najgoręcej oczekiwanych wydarzeń całej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium…

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze miesięcznika “WPiS” dostępnym w naszym kościele.

Czas wyciszenia, czas pustyni

Czas wyciszenia, czas pustyni

Czas wyciszenia, czas pustyni

wielki_post-150x84

40 dni… W takim czasie Potop spustoszył, ale zarazem też oczyścił ziemię. Tyle dni i nocy Mojżesz pościł na Górze Synaj, zanim otrzymał od Boga kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Wreszcie 40 dni i nocy przebywał na pustyni Pan Jezus, by przygotować się do Swej zbawczej misji. 40 dni… Tyle czasu (bez wliczania niedziel) jest nam dane w Wielkim Poście na wewnętrzną przemianę, by dobrze przygotować się do misterium Odkupienia, dokonanego przez Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty zapytana kiedyś przez dziennikarza: Co należałoby zmienić w Kościele i w ogóle w świecie, żeby w końcu było lepiej?, odparła: Ciebie i mnie. Założycielka zakonu Misjonarek Miłości trafiła w sedno. Żadna dobra zmiana społeczna, polityczna czy inna nie jest bowiem możliwa bez tej podstawowej – przemiany osobistej. Bez osobistego nawrócenia.

Bóg jedynym gwarantem przemiany

Czas Wielkiego Postu to właśnie taka szansa na przemianę osobistą: zerwanie z nałogami i złymi przyzwyczajeniami, zmianę sposobu i stylu życia. Ale to wszystko nie przyniesie żadnego efektu, jeśli zabraknie najważniejszego – nawrócenia i pogłębienia relacji z Bogiem. Przecież całe tabuny ludzi, pragnąc jakiejś zmiany, prowadzą nieraz skrajnie „pokutnicze” życie, pełne dobrowolnych wyrzeczeń tylko po to, by schudnąć, wypracować tężyznę i kondycję fizyczną, zgrabną figurę… Jednocześnie nie chcą nawet słyszeć o wyrzeczeniach wielkopostnych. Ich bożkiem jest ciało i… wcześniej czy później przeżyją zawód, bo budują gmach swej wątpliwej przemiany na piasku! Módlmy się o ich nawrócenie i pamiętajmy, że jedynym gwarantem dobrej i trwałej przemiany jest Bóg. On sprawił że narzędzia do tego, by ją osiągnąć znajdują się w Kościele katolickim.

Prochem jesteś…

Wejście na tę zbawienną drogę rozpoczyna Środa Popielcowa i posypanie głowy popiołem przez kapłana. Prochem jesteś i w proch się obrócisz – to zdanie niejako wymusza naszą pokorę. Jest to znak uznania naszej pozycji i miejsca w obliczu potęgi Boga. Jest też symbolem naszego przyznania się do własnej niegodziwości i grzeszności. Dlatego potrzebujemy nawrócenia, o czym przypominają słowa kapłana podczas obrzędu posypywania głów: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Liturgia pierwszego dnia Wielkiego Postu nawiązuje do obrzędów, jakie w pierwszych wiekach chrześcijaństwa sprawował biskup nad pokutnikami. Wierni, którzy popełnili ciężkie grzechy, musieli na początku Wielkiego Postu przywdziać szaty pokutne, biskup posypywał ich głowy popiołem i po odmówieniu psalmów, wyprowadzał ich ze świątyni. Byli oni w ten sposób wyłączeni ze wspólnoty eucharystycznej, a ponadto zobowiązani do publicznej pokuty i do zadośćuczynienia poprzez uczynki miłosierdzia – post, modlitwę, jałmużnę. Dopiero w Wielki Czwartek pasterz udzielał im rozgrzeszenia, wprowadzając na powrót do wspólnoty. Z czasem Kościół złagodził tę praktykę. Już w Średniowieczu wierni zaczęli dobrowolnie czynić pokutę i przyjmować popiół na głowę. W XI wieku decyzją papieża Urbana II zwyczaj ten zaczął obowiązywać w całym Kościele. Wówczas postanowiono, że popiół będzie pochodził z palm poświęconych w Niedzielę Palmową z ubiegłego roku. Ta praktyka przerwała do dziś. Rozpoczęcie Wielkiego Postu jest naszym udaniem się na „pustynię”, gdzie cisza i ogołocenie ze wszystkiego, to norma. Do tego dochodzą pokusy. Zwróćmy uwagę na to, że w czasie Wielkiego Postu są one jakby większe niż zazwyczaj. Żebyśmy mogli je zwyciężyć, musimy korzystać z sakramentów pokuty i Eucharystii. Oprócz tego Kościół zaleca nam w tym czasie częste korzystanie z trzech cudownych instrumentów: modlitwy, postu i jałmużny.

Modlitwa

By pobyt na pustyni przyniósł dobre owoce, trzeba się modlić: zmawiając Różaniec czy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Ciągła rozmowa z Bogiem, powierzanie mu wszystkich naszych spraw, ze świadomością, że bez Niego nic nie możemy uczynić (por. J, 15,5) – to podstawowa czynność i, zarazem, nasza powinność. Szczera modlitwa nigdy nie trafia w próżnię, lecz zgodnie z obietnicą Pana Jezusa będzie wysłuchana: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. (Mt 7,7). Jedną z form modlitwy jest kontemplacja, w tym przypadku – rozmyślanie o Bolesnej Męce Zbawiciela. Pan Jezus podczas objawień w Paray-le-Monial skarżył się św. Małgorzacie Marii Alacoque na obojętność i oziębłość ludzi wobec Jego Ofiary Krzyżowej, złożonej dla naszego zbawienia. Od tego czasu minęły ponad trzy stulecia, zmieniło się oblicze świata, jednak skarga Zbawiciela jest ciągle aktualna, z tą wszakże uwagą, iż obojętność człowieka na cierpienia Chrystusa jest obecnie jeszcze większa. Doprawdy ta nasza ludzka niewdzięczność jest zatrważająca. Jest też oznaką braku roztropności. Dlaczego? Bo przecież rozważanie wszystkich zniewag, cierpień, osamotnienia jakich nasz Zbawiciel doświadczył, i wreszcie Jego śmierci, przypomina o nieskończonej miłości Boga względem ludzi. Ukazuje nam ponadto sens cierpienia i daje moc do znoszenia wszelkich przeciwności i utrapień dnia codziennego. Jest więc dla nas pomocą i Dobrem. Rezygnacja z tego Dobra na rzecz „dóbr” światowych jest drogą donikąd. Zbliżmy się więc do naszego cierpiącego Mistrza, módlmy się, pocieszajmy Go i rozważajmy Jego Mękę, zgodnie z zaleceniem św. Pawła od Krzyża: Niech Męka Pana zawsze będzie w Twoim sercu. To jest godziwy sposób spłacenia naszych „długów” wobec Jego Miłości i Sprawiedliwości. Pomocne będą tu nabożeństwa Drogi Krzyżowej, Gorzkich Żali, czy inne praktyki pobożne, skupione na Męce naszego Pana, jak np. Zegar Męki Pańskiej.

Post

Modlitwie w tym świętym czasie powinien towarzyszyć post, czyli powstrzymywanie się od spożywania pewnego rodzaju pokarmów (np. mięsa) i napojów (np. kawy), ale też od pewnych czynności, które same w sobie nie są złe (np. korzystanie z mediów elektronicznych). Do zachowania postów powinien nas skłaniać przede wszystkim wzgląd na Pana Boga, obrażanego niezliczoną ilością grzechów. Post jest doskonałą okazją, by umartwiać się i pokutować za wszelkie wykroczenia względem Bożego Prawa. Chęć naśladowania Pana Jezusa, to drugi powód dla którego powinniśmy przestrzegać postów, bowiem Mistrz z Nazaretu pościł. Post jako forma umartwienia jest sposobem towarzyszenia Zbawicielowi podczas bolesnych wydarzeń Jego ziemskiego życia. Nasze cierpienia złączmy z Jego Boleścią. On nie zostawi nas samych i osłodzi mam nasze niewygody, bo jak mówił św. Ojciec Pio: Cierpisz, ale uwierz, że to sam Pan Jezus cierpi w tobie i dla ciebie, i z tobą. Post podejmujemy także ze względu na naszą duszę. Jest on bowiem okazją do ćwiczenia silnej woli, ponadto jest dobrym uczynkiem, który przymnaża nam miłości i łaski. Jest wreszcie zasługą na życie wieczne. Posty powinniśmy praktykować także przez wzgląd na ciało. Są one rodzajem diety i doskonałym środkiem do zachowania zdrowia (por. Dn 1 12-16). Jako katolicy mamy obowiązek dbania także o zdrowie fizyczne i o ciało, bo jest ono darem od Stwórcy.

Jałmużna

Jałmużna jest datkiem ofiarowanym bliźniemu jako uczynek miłosierdzia. Jeśli ma mieć wartość w oczach Boga, nie może być dana tylko dla „świętego spokoju” z tego co nam zbywa. Musi mieć wartość bezinteresownego i świadomego wyrzeczenia. Ważny jest ten pierwiastek umartwienia i pracy nad sobą, bo poprzez jałmużnę nie tylko wspieramy bliźniego, ale także udoskonalamy siebie. W przeciwnym razie mamy do czynienia li tylko z dobroczynnością (która ma na względzie wyłącznie potrzebującego). Jałmużna motywowana jest religijnie i wynika z przeświadczenia, że skoro sami jesteśmy „beneficjentami” Bożej dobroci, to naszym obowiązkiem jest Jej przekazywanie i pomnażanie. A ponadto obowiązuje nas Boże wezwanie: Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie (Mt 5,42).

***

Kościół święty daje nam czas na przemianę. 40 dni Wielkiego Postu to dużo i mało zarazem. Jeśli wyjdziemy na wewnętrzną pustynię z pokorą i czystym sercem, zrobimy duchowy postęp. Pamiętajmy, że pokusy w tym szczególnym okresie będę z pewnością większe. Zaufajmy jednak Bogu, przystępujmy do sakramentów, módlmy się, zachowujmy posty, dajmy jałmużnę. Tak żyjąc, zbudujemy nasze nawrócenie i przemianę na skale. W przeciwnym razie – stracimy ten święty czas. A to będzie policzek wymierzony Bogu i Jego Miłosierdziu…

autor: Bogusław Bajor
korekta: ks. Rafał Zyman

Święta Faustyna – Apostołka Bożego Miłosierdzia

Święta Faustyna – Apostołka Bożego Miłosierdzia

więta Faustyna – Apostołka Bożego Miłosierdzia

faustyna_portret-150x218Siostra Faustyna Kowalska jest współcześnie – przynajmniej w Polsce – jedną z najbardziej znanych świętych. Na polecenie samego Chrystusa stała się apostołką Bożego Miłosierdzia, a obraz Jezu, ufam Tobie można odnaleźć w zupełnie niespodziewanych miejscach na całym świecie, zaś Koronka do Bożego Miłosierdzia stała się dla wielu katolików najważniejszą po Różańcu modlitwą prywatną. Przyczyna sławy świętej Faustyny tkwi wszakże nie tylko w „chwytliwości” wezwania „Jezu, ufam Tobie”, nie tylko w popularności obrazu ukazującego promieniejące Serce Jezusowe – ale przede wszystkim w niesamowitym i wyjątkowym skarbie przeżyć mistycznych, jakim Bóg ją obdarzył, dając tym samym wielkie orędzie zagubionemu w grzechach światu.

Sprawdzian miłości w dążeniu do Boga

Święta urodzona 25 sierpnia 1905 r., nim przybrała imię zakonne Marii Faustyny, spędziła w świecie dwadzieścia lat jako Helena Kowalska, córka gospodarza Stanisława i jego małżonki Heleny. Miała dziewięcioro rodzeństwa, a dzieciństwo spędziła w rodzinnej wsi Głogowiec niedaleko Łodzi. Jej powołanie dało o sobie już znać, gdy dziewczynka miała siedem lat i ogłosiła w domu, iż chce być zakonnicą. Nie zostało to wówczas poważnie potraktowane, a parę lat później Helenka została posłana do szkoły, następnie podjęła pracę w wieku lat szesnastu i zdawało się, że będzie wiodła zwyczajne życie jak reszta jej rodziny. Takiego też życia pragnęli dla swej córki rodzice, którzy po raz drugi usłyszeli o woli oddania się na służbę Bożą siedemnastoletniej Heleny. Sprzeciwili się stanowczo, co oznaczało dla przyszłej siostry Faustyny trzy lata walki o cel, jaki sobie postawiła. Pan Bóg chciał zapewne doświadczyć w ten sposób stałość jej przekonania i utwierdzić swą służebnicę, że to On pragnie widzieć ją w mniszym habicie. Po roku pracy u państwa Bryszewskich w Aleksandrowie Łódzkim przeniosła się do Łodzi, gdzie początkowo zamieszkała u swego wuja, szukając środków do samodzielnego utrzymania. Zatrudniła się jako sprzątaczka, a następnie w domu pani Sadowskiej, właścicielki sklepu. Codzienne obowiązki łączyła z nabożeństwem do Boga, którego nie przestawała prosić o odmianę losu.

Pierwsze widzenie otwiera drogę powołania

Pewnego razu zrobiła rzecz zupełnie zwyczajną – poszła na potańcówkę w parku zwanym „Wenecja”. Wieczór ten – Roku Pańskiego 1924 – miał sprawić, że jej życie nigdy nie było już takie jak przedtem. Pan Jezus w wizji nadprzyrodzonej nawiązał ze swą ukochaną duszą więź mistyczną, która odtąd miała się jedynie pogłębiać. Sprawił, że Helena ujrzała przed oczyma duszy obraz umęczonego Zbawiciela, którego cierpienia spowodowane są grzechami nieumiarkowania w zabawie. Od cierpiącego Odkupiciela usłyszała polecenie, aby wstąpiła do zakonu. Był to koniec rozterek młodej Heleny, która utwierdzona przez samego Boskiego Oblubieńca, nie pytała już o zgodę, lecz opuściła rodzinne strony i wyruszyła do Warszawy w poszukiwaniu odpowiedniego zgromadzenia. Zamieszkała początkowo w Ostrówku, gdzie znalazła pracę u państwa Lipszyców. Równocześnie podejmowała próby wstąpienia do różnych konwentów, lecz odmówiono jej w kilku z rzędu.

Wreszcie przełożona zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia wyraziła zgodę na rozpoczęcie postulatu przez zdeterminowaną petentkę, ale pod zwyczajnym warunkiem wniesienia posagu w majątek klasztorny. Helena, pozbawiona pomocy ze strony rodziców, musiała sama zarobić potrzebną kwotę, dlatego też pozostała u państwa Lipszyców. Po upływie roku pobożna panienka mogła wstąpić na upragnioną przez siebie drogę, a jej nowym domem stał się klasztor żeńskiego zgromadzenia. Obłóczyny miały miejsce w roku 1926, a śluby wieczyste siostra Maria Faustyna złożyła dopiero w roku 1933 w Krakowie. Nawet rodzice przybyli na uroczystość. Do tego czasu przebywała ona w różnych miejscach – w Skolimowie pod Warszawą, w Wilnie czy też Płocku – wykonując rozmaite obowiązki w samym zakonie, a nawet w zakonnym sklepiku piekarniczym. Po przyjęciu profesji wieczystej wyjechała na trzy lata do Wilna, następnie wróciła do podkrakowskich Łagiewnik, gdzie miała już pozostać na stałe.

„Sekretarka” Pana Jezusa odbywa rekolekcje

Jej życie upłynęło pod znakiem wyjątkowo ścisłego prowadzenia przez Pana Jezusa. Nawiązała z Nim – z samym Królem królów i Panem panów – relację, można by rzec, wręcz poufałą. Rozpamiętywała z wielkim zaangażowaniem Mękę Pańską, a Pan wynagradzał jej miłość mistycznymi doświadczeniami Swojej obecności i miłości ku niej. Siostra Faustyna miała dar stygmatów ukrytych, bilokacji czy przeglądania sumień. Przede wszystkim jednak zasłynęła z powodu wizji i poleceń, jakie osobiście dawał jej Pan Jezus, oraz z dzieł, jakie współtworzyła, odpowiadając na Jego bezpośrednie wezwanie. W pewnym momencie została jej dana nietypowa łaska – pod natchnieniem Bożym postanowiła odbyć rekolekcje. Ale nie zwyczajne rekolekcje, w których niejako po omacku, wiedziona jedynie światłem wiary, dusza buduje więź z Panem Bogiem. Prowadzącym owych rekolekcji był sam Syn Boży, który ukazywał Faustynie obrazy Swojej bolesnej męki i skutki, jakie grzech sprowadza na człowieka. Widziała ona Jezusa biczowanego przez konkretne grzechy ludzkie – jak nieczystość – i współodczuwała Jego cierpienia.

Pan sam opowiada jej o Swoich cierpieniach i nazywa ją „sekretarką Swojego Miłosierdzia”. Ukazuje jej piekło, aby choć w ten sposób na własne oczy zobaczyła, jak straszliwe są cierpienia potępionych, którzy nie chcieli odpowiedzieć „tak” na Boże wezwanie podczas krótkiego ziemskiego wygnania. Bóg-Człowiek przemawiał do tej duszy umiłowanej jak kapłan prowadzący rekolekcje. Mówił na przykład po którejś z wizji: „W jutrzejszym rozmyślaniu zastanawiać się będziesz nad tym, coś dziś widziała”. Tą drogą doprowadził ją Bóg do nadprzyrodzonej mądrości, jakiej w prostocie Swej wystarczalności udzielał tytanom ascezy i mistrzom życia duchowego. W spisywanym na polecenie spowiednika Dzienniczku siostra Faustyna zanotowała: „Nie szukam szczęścia poza wnętrzem, w którym przebywa Bóg” – w czym słychać oddźwięk myśli rozwijanej choćby przez nieocenionego Tomasza a Kempis.

Nieubłagana diagnoza

Wśród opisów męki Pańskiej pojawia się często motyw biczowania – w różnych wariantach (na przykład Pan Jezus biczowany przez uczestników karnawału). Nie działo się to bez powodu. Zbawiciel chciał w ten sposób dać do zrozumienia Swej służebnicy, w jakiej kondycji znajduje się świat i jak bardzo zło zagnieździło się w jego strukturach. Dla świątobliwej mniszki doświadczenia te były źródłem nieopisanego bólu, ale również zdziwienia tym, jak daleko posunął się nieprzyjaciel Boga i ludzkiego zbawienia. Przed jedną z wizji Pan Jezus odezwał się do niej: „Patrz i zobacz rodzaj ludzki w obecnym stanie” i ukazał jej obraz społeczeństwa, nie wyłączając osób duchownych. Czytamy w Dzienniczku: „I w jednej chwili ujrzałam rzeczy straszne: odstąpili kaci od Pana Jezusa, a przystąpili do biczowania inni ludzie, którzy chwycili za bicze i siekli bez miłosierdzia Pana. Byli nimi kapłani, zakonnicy i zakonnice, i najwyżsi dostojnicy Kościoła, co mnie bardzo zdziwiło, byli ludzie świeccy różnego wieku i stanu; wszyscy wywierali swą złość na niewinnym Jezusie”. Obraz grzechów psujących członki Ciała Chrystusowego sam Pan podsumował wstrząsającymi słowami: „Widzisz, oto jest męka większa nad śmierć Moją”.

… i lekarstwo Miłosierdzia

Mistyczka odczuwała, że kona razem z Chrystusem, a równocześnie wiedziała, że to On wprowadził ją w ów stan i tylko On może ją wyprowadzić. Po wizjach przykrych przychodziły pocieszające. I oto widziała na przykład zmierzający pod krzyż korowód „dusz ukrzyżowanych”, czyli dusz tych chrześcijan, którzy przez dobrowolne dzielenie cierpień Chrystusowych pocieszają Jego Serce i wynagradzają grzechy ludzkości. Wolą Bożą było, aby nabożeństwo do Jego Miłosierdzia zostało rozszerzone na cały świat i do spełnienia tego wielkiego celu obrał sobie nie kogo innego, tylko właśnie prostą zakonnicę z podkrakowskich Łagiewnik. W kolejnych objawieniach Jezus dyktował jej dokładnie, jak mają wyglądać poszczególne nabożeństwa – Koronka do Bożego Miłosierdzia czy Godzina Miłosierdzia. Polecił On Faustynie utworzenie nowego zgromadzenia i Sam podyktował nawet, jak mają wyglądać jego szaty. Tak powstało Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego, którego założycielem był błogosławiony ksiądz Michał Sopoćko. Odnośnie do reguły zgromadzenia Pan Jezus powiedział, że „życie Moje będzie dla was regułą, od narodzenia aż do skonania na krzyżu. Wpatruj się we mnie i według tego żyj; pragnę, abyś głębiej wniknęła w ducha Mojego, iżem jest cichy i pokornego serca”.

Z tej samej inspiracji powstał Apostolski Ruch Bożego Miłosierdzia, którego program Święta streszcza w trzech punktach, pisząc: „Dał mi Pan poznać w trzech jakby odcieniach swą wolę, lecz to jedno jest”:
„Pierwsze jest, gdzie dusze odosobnione od świata palić się będą w ofierze przed tronem Bożym i upraszać miłosierdzie dla świata całego… I wypraszać błogosławieństwo dla kapłanów, i modlitwą swoją przygotowywać będą świat na ostateczne przyjście Jezusa.
Drugie: jest modlitwa połączona z czynem miłosierdzia. Szczególnie bronić będą duszy dziecka przed złym. Modlitwa i czyn miłosierdzia zawiera w sobie wszystko, co te dusze czynić mają, a do grona ich mogą być przyjęte nawet najbiedniejsze, i w egoistycznym świecie będą się starały rozbudzić miłość, miłosierdzie Jezusa.
Trzecie: jest modlitwa i uczynność miłosierdzia nieobowiązująca żadnym ślubem, lecz za ich wykonanie będą mieli udział we wszystkich zasługach i przywilejach całości. Do tego odcienia mogą należeć wszyscy ludzie na świecie żyjący.”

Święta na czasy ostateczne

W tym opisie ofiar, jakie ponosić mają najwierniejsi chrześcijanie, brzmi ton dziwnie podniosły, przywołujący w pamięci ustępy z Apokalipsy, gdzie mowa jest o kadzidłach unoszących się przed Majestatem Baranka. To jest właśnie Orędzie Bożego Miłosierdzia. Orędzie na Czasy Ostateczne, w których Wiara prawdziwa zanikać będzie na rzecz mrzonek ludzkiego umysłu. Apostołka Bożego Miłosierdzia dokończyła swych pełnych poświęcenia dni w łagiewnickim konwencie. Pod koniec życia zapadła na śmiertelną chorobę – gruźlicę płuc i przewodu pokarmowego. W roku 1936 po raz pierwszy trafiła do szpitala, a dwa lata później (5 października 1938 roku) przeniosła się do wieczności – docierając już nieodwołalnie do Źródła Miłosierdzia. Materiały do procesu beatyfikacyjnego zaczęto oficjalnie zbierać na polecenie prymasa Hlonda w roku 1947, zaś Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił siostrę Faustynę Kowalską błogosławioną w roku 1993 i świętą w roku 2000.
Kościół wspomina św. Faustynę Kowalską 5 października.

Filip Obara

Przed grobem Pańskim – refleksja wielkanocna…

Przed grobem Pańskim – refleksja wielkanocna…

grb_paski-150x86Były już różne: polityczne, prolajferskie, realizujące wizję artystyczną, nawiązujące do smoleńskiej katastrofy. Mowa o grobach Pańskich, w których wystawia się Najświętszy Sakrament. Kwestia wystroju tego wyjątkowego miejsca stanowi nielada wyzwanie dla odpowiadających za estetykę świątyni. Pokusy są bowiem liczne i wyjątkowo łatwo im ulec.

A przecież przepisy kościelne traktujące o wyglądzie grobu Pańskiego są jasne i precyzyjne. Jak czytamy w „Mszale Rzymskim dla diecezji polskich”: „W kaplicy Grobu Pańskiego powinien być ołtarz, choćby przenośny, i tabernakulum do przechowywania puszek z Najświętszym Sakramentem”. I tu zaczynają się schody. W wielu kościołach ze świecą szukać bocznych ołtarzy lub kaplic. Jeśli już znajdziemy coś, co od biedy można uznać za ołtarz to okaże się, że jest on zastawiony różnego rodzaju obrazkami, stoliczkami z prasą i przypomina raczej wystawę sklepową albo składzik. W takim miejscu trudno wyobrazić sobie godne sprawowanie Najświętszej Ofiary.

Osobny problem stanowią nowoczesne kościoły przypominające gigantyczne hale. Jak w takiej przestrzeni wyodrębnić kaplicę. Samo powieszenie obrazu i postawienie klęcznika, kaplicy przecież nie tworzy. Z takimi to kłopotami muszą borykać się twórcy grobów Pańskich. Wielu z nich odwróciło się plecami do przepisów kościelnych i postanowiło wyraźnie zaznaczyć swoją pomysłowość i kreatywność. Z tej przyczyny wielu wiernych odwiedzających Grób Pański naraża się na obcowanie z przejawami tejże „radosnej twórczości”.

Czy zastanawianie się nad kwestią „co poeta miał na myśli”, tworząc modernistyczną, wypełnioną rozmaitymi – niekiedy wzajemnie się ze sobą gryzącymi – elementami instalację, sprzyja modlitewnemu skupieniu? Niekoniecznie. Wróćmy do Mszału: „Wszystkie elementy dekoracyjne i światła powinny kierować uwagę wiernych na Najświętszy Sakrament, który jest Pamiątką Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa, a nie figurę Chrystusa leżącego w grobie”. Tu dochodzimy do najistotniejszej kwestii. Można podejrzewać, że zbyt wielu twórców grobów Pańskich nie zadaje sobie prostego pytania: „Kto tu jest najważniejszy?”. Uleganie przemożnej pokusie dorzucenia do wystroju kaplicy wątków współczesnych – nawet dotyczących najważniejszych aktualnych problemów społeczno-politycznych – stoi w opozycji względem przepisów, ale i zdrowego rozsądku. Czy powodem nawiedzenia grobu Pańskiego ma być coś innego niż spotkanie z Jezusem Chrystusem?

Dobre chęci, jakimi z pewnością wykazują się projektujący, obracają się przeciw nim. Żaden problem, żadna kwestia społeczna nie są tak ważne, by przesłaniać nimi Najświętszy Sakrament. Jeśli ginie on pośród artystycznej wizji lub chęci manifestowania przekonań to taką sytuację należy uznać za wręcz tragiczną. Jak bowiem adorować, gdy nasze oczy atakuje parareligijny kicz? Jak skupić się na modlitwie, kiedy z pańskiego grobu wylewa się społeczny lub polityczny manifest? Stawianie wiernych w tak trudnej sytuacji doprawdy nie jest dobrym pomysłem. Jeśli jednak mamy to „szczęście”, że w naszej parafii musimy obcować z problemami tu opisywanymi, pozostaje tylko jedno. Postarać się, by z jeszcze większą uwagą skupić się na realnej obecności naszego Pana Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Skupienie wzroku na monstrancji wraz z gorącą modlitwą, w której przepraszać będziemy za nasze grzechy i dziękować za trud Męki oraz cud Zmartwychwstania z pewnością będzie przyczyniać się do głębszego przeżycia Świąt.

autor: Łukasz Karpiel
korekta: ks. Rafał Zyman

O co właściwie chodzi z tym gender?

O co właściwie chodzi z tym gender?

gender Rafał Zyman

(…)Genderyzm promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem natury człowieka. Twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego, i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych…

Żeby właściwie omówić wzmiankowany w tytule temat, musimy zacząć od tego, że w przypadku człowieka mówimy o płci w dwóch znaczeniach:

1) płeć biologiczna – niezależna od ludzkiego kaprysu czy wyboru, zdeterminowana cechami płciowymi (narządy płciowe)

2) płeć kulturowa (psychiczna, społeczna) – zespół cech psychicznych i ról społeczno-kulturowych wypływających z płci biologicznej (np. mężczyzna-ojciec, kobieta-matka).

Ideologia gender (o której tyle ostatnio słyszymy) odrywa płeć biologiczną od płci społeczno-kulturowej. Twierdzi, że dziecko jako takie nie posiada płci – jak dorośnie, to sobie wybierze, czy chce być chłopcem czy dziewczynką! Mało tego – swój „wybór płci” może zmieniać wielokrotnie w ciągu swego życia. Widzimy w tym momencie całą absurdalność koncepcji gender, która słusznie jest określana jako ideologia, a nie nauka (choć pozuje ona na dziedzinę naukową). Gender powoduje pomieszanie ról męskich i kobiecych w rodzinie i w społeczeństwie – przez to niszczy rodzinę, która jest fundamentem narodu i społeczeństwa. Właśnie dlatego Kościół katolicki tak stanowczo i jednoznacznie potępia ideologię gender, nachalnie promowaną przez środowiska lewicowe, wrogie tradycyjnemu modelowi rodziny. Nie można odrywać płci biologicznej od płci społeczno-kulturowej. Takie pseudonaukowe poglądy są szkodliwą utopią. Ponadto gender promuje dewiacje seksualne, takie jak:

– transwestytyzm (upodobnianie się do osoby płci przeciwnej poprzez ubiór i zachowanie w celu osiągnięcia satysfakcji emocjonalnej bądź seksualnej)

– biseksualizm (odczuwanie popędu płciowego lub emocjonalnego do osobników obu płci)

– homoseksualizm (odczuwanie pociągu seksualnego do osób tej samej płci).

W tym miejscu aż się prosi, aby wspomnieć o tradycyjnym, „zdrowym” podziale ról między mężczyzną a kobietą. I tak – mężczyzna:

– ojciec

– mąż

– niezbędny w przekazywaniu życia

– zapewnia byt materialny rodzinie

– realizuje się zawodowo

– odważny

– opiekuńczy względem żony i dzieci

Kobieta natomiast:

– matka

– żona

– jako jedyna zdolna do zrodzenia potomstwa

– troszczy się o domowe ognisko

– realizuje się zawodowo

– łagodna

– troskliwa.

Oczywiście zadań i cech męskich oraz kobiecych moglibyśmy wymienić więcej – w tym miejscu zasygnalizowałem tylko kilka najważniejszych. Trzeba podkreślić, że równość płci nie oznacza ich identyczności (gdyby tak było, to Stwórca powołałby do istnienia jednopłciowego człowieka, który mógłby się rozmnażać np. przez pączkowanie, jak u drożdży).

A co na temat ideologii gender mówi Kościół? List pasterski Biskupów Polskich nie pozostawia żadnych wątpliwości: Ideologia gender stanowi efekt trwających od dziesięcioleci przemian ideowo-kulturowych, mocno zakorzenionych w marksizmie i neomarksizmie, promowanych przez niektóre ruchy feministyczne oraz rewolucję seksualną. Genderyzm promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem natury człowieka. Twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego, i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych. Według tej ideologii człowiek może siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną. To dobrowolne samookreślenie, które nie musi być czymś jednorazowym, ma prowadzić do tego, by społeczeństwo zaakceptowało prawo do zakładania nowego typu rodzin, na przykład zbudowanych na związkach o charakterze homoseksualnym. […] Spotykamy się z różnymi postawami wobec działań podejmowanych przez zwolenników ideologii gender. Zdecydowana większość nie wie, czym jest ta ideologia, nie wyczuwa więc żadnego niebezpieczeństwa. Wąskie grono osób – zwłaszcza nauczycieli i wychowawców, w tym także katechetów i duszpasterzy – próbuje na własną rękę poszukiwać konstruktywnych sposobów przeciwdziałania jej. Są wreszcie i tacy, którzy widząc absurdalność tej ideologii uważają, że Polacy sami odrzucą proponowane im utopijne wizje. Tymczasem ideologia gender bez wiedzy społeczeństwa i zgody Polaków od wielu miesięcy wprowadzana jest w różne struktury życia społecznego: edukację, służbę zdrowia, działalność placówek kulturalno-oświatowych i organizacji pozarządowych. W przekazach części mediów jest ukazywana pozytywnie: jako przeciwdziałanie przemocy oraz dążenie do równouprawnienia [co nie jest zgodne z prawdą – przyp. autor].

Nie wolno okłamywać społeczeństwa. Kościół ma obowiązek odsłaniać kłamstwo, obłudę, złe intencje teorii sprzecznej ze zdrowym rozsądkiem, niszczącą wartości leżące u podstaw kultury Europy, chęć zbudowania nowego ładu na fundamencie płci i seksu […] Nie myślmy, że to jest papierowa teoria. Nasze władze oświatowe zaczynają wprowadzać teorię w życie. Na Śląsku wyrzucono z przedszkola trójkę dzieci, których rodzice nie zgodzili się na równościowe seksualne wychowanie przedszkolaków, na przebieranie chłopców na dziewczynki a dziewczynki na chłopców […] To nie jest tylko teoria. Zaczyna się walka. 5 listopada na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu na wykład pt.: „Czy gender to dewastacja człowieka i rodziny”, wkroczyli zwolennicy feministek i genderyści, by przerwać prelekcję. Na biurko wyskoczył młody mężczyzna ubrany w złotą sukienkę, wykrzykując: „zapraszamy wszystkich na rozpad rodziny”. Rodzice! Brońcie dzieci przed okrutnym współczesnym „Herodem”. Macie do tego prawo! Kto daje dzieciom jeść? Partia? Koalicja? Kto kupuje ubrania? Ministerstwo? Kto kupuje książki, pomoce naukowe? Dziennikarze, lobbyści? Kto płaci w Polsce podatki? Czy niewierzący obywatele? Kto jest pracodawcą w szkole podstawowej, w gimnazjach, liceach? Czy nie wójtowie, burmistrzowie, prezydenci? Czy nie są ojcami i matkami? Naśladujcie św. Józefa. Gdy obronicie rodzinę, obronicie Ojczyznę, obronicie Betlejem, gdzie narodził się Bóg – Człowiek. Ten fragment pochodzi natomiast
z listu pasterskiego biskupa kieleckiego Kazimierza Ryczana nt. rodziny, który był czytany we wszystkich kościołach naszej diecezji w Niedzielę Świętej Rodziny 29 grudnia 2013r. Niech te słowa posłużą jako puenta niniejszych rozważań i jednocześnie rachunek sumienia dla wszystkich rodziców, nauczycieli i wychowawców.