(…)Genderyzm promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem natury człowieka. Twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego, i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych…
–
Żeby właściwie omówić wzmiankowany w tytule temat, musimy zacząć od tego, że w przypadku człowieka mówimy o płci w dwóch znaczeniach:
1) płeć biologiczna – niezależna od ludzkiego kaprysu czy wyboru, zdeterminowana cechami płciowymi (narządy płciowe)
2) płeć kulturowa (psychiczna, społeczna) – zespół cech psychicznych i ról społeczno-kulturowych wypływających z płci biologicznej (np. mężczyzna-ojciec, kobieta-matka).
Ideologia gender (o której tyle ostatnio słyszymy) odrywa płeć biologiczną od płci społeczno-kulturowej. Twierdzi, że dziecko jako takie nie posiada płci – jak dorośnie, to sobie wybierze, czy chce być chłopcem czy dziewczynką! Mało tego – swój „wybór płci” może zmieniać wielokrotnie w ciągu swego życia. Widzimy w tym momencie całą absurdalność koncepcji gender, która słusznie jest określana jako ideologia, a nie nauka (choć pozuje ona na dziedzinę naukową). Gender powoduje pomieszanie ról męskich i kobiecych w rodzinie i w społeczeństwie – przez to niszczy rodzinę, która jest fundamentem narodu i społeczeństwa. Właśnie dlatego Kościół katolicki tak stanowczo i jednoznacznie potępia ideologię gender, nachalnie promowaną przez środowiska lewicowe, wrogie tradycyjnemu modelowi rodziny. Nie można odrywać płci biologicznej od płci społeczno-kulturowej. Takie pseudonaukowe poglądy są szkodliwą utopią. Ponadto gender promuje dewiacje seksualne, takie jak:
– transwestytyzm (upodobnianie się do osoby płci przeciwnej poprzez ubiór i zachowanie w celu osiągnięcia satysfakcji emocjonalnej bądź seksualnej)
– biseksualizm (odczuwanie popędu płciowego lub emocjonalnego do osobników obu płci)
– homoseksualizm (odczuwanie pociągu seksualnego do osób tej samej płci).
W tym miejscu aż się prosi, aby wspomnieć o tradycyjnym, „zdrowym” podziale ról między mężczyzną a kobietą. I tak – mężczyzna:
– ojciec
– mąż
– niezbędny w przekazywaniu życia
– zapewnia byt materialny rodzinie
– realizuje się zawodowo
– odważny
– opiekuńczy względem żony i dzieci
Kobieta natomiast:
– matka
– żona
– jako jedyna zdolna do zrodzenia potomstwa
– troszczy się o domowe ognisko
– realizuje się zawodowo
– łagodna
– troskliwa.
Oczywiście zadań i cech męskich oraz kobiecych moglibyśmy wymienić więcej – w tym miejscu zasygnalizowałem tylko kilka najważniejszych. Trzeba podkreślić, że równość płci nie oznacza ich identyczności (gdyby tak było, to Stwórca powołałby do istnienia jednopłciowego człowieka, który mógłby się rozmnażać np. przez pączkowanie, jak u drożdży).
A co na temat ideologii gender mówi Kościół? List pasterski Biskupów Polskich nie pozostawia żadnych wątpliwości: Ideologia gender stanowi efekt trwających od dziesięcioleci przemian ideowo-kulturowych, mocno zakorzenionych w marksizmie i neomarksizmie, promowanych przez niektóre ruchy feministyczne oraz rewolucję seksualną. Genderyzm promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem natury człowieka. Twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego, i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych. Według tej ideologii człowiek może siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną. To dobrowolne samookreślenie, które nie musi być czymś jednorazowym, ma prowadzić do tego, by społeczeństwo zaakceptowało prawo do zakładania nowego typu rodzin, na przykład zbudowanych na związkach o charakterze homoseksualnym. […] Spotykamy się z różnymi postawami wobec działań podejmowanych przez zwolenników ideologii gender. Zdecydowana większość nie wie, czym jest ta ideologia, nie wyczuwa więc żadnego niebezpieczeństwa. Wąskie grono osób – zwłaszcza nauczycieli i wychowawców, w tym także katechetów i duszpasterzy – próbuje na własną rękę poszukiwać konstruktywnych sposobów przeciwdziałania jej. Są wreszcie i tacy, którzy widząc absurdalność tej ideologii uważają, że Polacy sami odrzucą proponowane im utopijne wizje. Tymczasem ideologia gender bez wiedzy społeczeństwa i zgody Polaków od wielu miesięcy wprowadzana jest w różne struktury życia społecznego: edukację, służbę zdrowia, działalność placówek kulturalno-oświatowych i organizacji pozarządowych. W przekazach części mediów jest ukazywana pozytywnie: jako przeciwdziałanie przemocy oraz dążenie do równouprawnienia [co nie jest zgodne z prawdą – przyp. autor].
Nie wolno okłamywać społeczeństwa. Kościół ma obowiązek odsłaniać kłamstwo, obłudę, złe intencje teorii sprzecznej ze zdrowym rozsądkiem, niszczącą wartości leżące u podstaw kultury Europy, chęć zbudowania nowego ładu na fundamencie płci i seksu […] Nie myślmy, że to jest papierowa teoria. Nasze władze oświatowe zaczynają wprowadzać teorię w życie. Na Śląsku wyrzucono z przedszkola trójkę dzieci, których rodzice nie zgodzili się na równościowe seksualne wychowanie przedszkolaków, na przebieranie chłopców na dziewczynki a dziewczynki na chłopców […] To nie jest tylko teoria. Zaczyna się walka. 5 listopada na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu na wykład pt.: „Czy gender to dewastacja człowieka i rodziny”, wkroczyli zwolennicy feministek i genderyści, by przerwać prelekcję. Na biurko wyskoczył młody mężczyzna ubrany w złotą sukienkę, wykrzykując: „zapraszamy wszystkich na rozpad rodziny”. Rodzice! Brońcie dzieci przed okrutnym współczesnym „Herodem”. Macie do tego prawo! Kto daje dzieciom jeść? Partia? Koalicja? Kto kupuje ubrania? Ministerstwo? Kto kupuje książki, pomoce naukowe? Dziennikarze, lobbyści? Kto płaci w Polsce podatki? Czy niewierzący obywatele? Kto jest pracodawcą w szkole podstawowej, w gimnazjach, liceach? Czy nie wójtowie, burmistrzowie, prezydenci? Czy nie są ojcami i matkami? Naśladujcie św. Józefa. Gdy obronicie rodzinę, obronicie Ojczyznę, obronicie Betlejem, gdzie narodził się Bóg – Człowiek. Ten fragment pochodzi natomiast
z listu pasterskiego biskupa kieleckiego Kazimierza Ryczana nt. rodziny, który był czytany we wszystkich kościołach naszej diecezji w Niedzielę Świętej Rodziny 29 grudnia 2013r. Niech te słowa posłużą jako puenta niniejszych rozważań i jednocześnie rachunek sumienia dla wszystkich rodziców, nauczycieli i wychowawców.
Z początkiem XVII stulecia miało miejsce na terenie miasta cudowne wydarzenie, związane z objawieniem się Najświętszej Marii Panny.
MB WłWłoszczowa to miasto powiatowe w południowo-zachodniej części województwa świętokrzyskiego. W czasach, gdy dziedzicami byli przedstawiciele rodu Szafrańców herbu Starykoń, miasto stało się ostoją ruchu reformacyjnego. Z początkiem XVII stulecia miało miejsce na terenie miasta cudowne wydarzenie, związane z objawieniem się Najświętszej Marii Panny. Od tego czasu datuje się we Włoszczowie szczególny kult Matki Bożej Opiekunki Rodzin. Kościół parafialny, którego kolatorami byli dziedzice dóbr włoszczowskich, został przejęty przez protestantów w połowie XVI w. Kolejni właściciele Włoszczowy wyznania rzymsko-katolickiego postanowili oddać kościół na powrót w ręce katolików. Podawane są różne daty rekatolizacji Włoszczowy, zapewne stało się to w roku 1632. Obecnie istniejący kościół pierwotnie był kaplicą wzniesioną w 1644 r., którą w kolejnych dziesięcioleciach rozbudowano. Jakie okoliczności towarzyszyły powrotowi wiary katolickiej w te strony, obszernie opowiada Michał Rawita-Witanowski w książce: Dawny powiat chęciński w następujący sposób:
„Kiedy Włoszczowa stała się własnością Szafrańców, gorliwych krzewicieli zasad Kalwina, stary kościół parafialny obrócili oni na zbór swojego wyznania, osadzili przy nim predykantów, a księży katolickich wygnali. Jednym z pierwszych i najsławniejszych zarazem ministrem zboru tutejszego był około 1563 roku Grzegorz z Żarnowca Koszarski. Tymczasem proboszcz nazwiskiem Chęcińczyk prześladowany musiał uciekać, tylko wikary nieznany z imienia, ukrył się pomiędzy mieszczaństwem i potajemnie w prywatnym domu modlił się z ludem wiernym starej religii przodków. Stan taki ucisku wiary katolickiej trwał dopóki żyli Szafrańcowie oraz ich następcy Krezowie, tj. do 1625 roku. Gdy Włoszczowa drogą spadku czy kupna przeszła do rąk Godziembów Dąmbskich, rodziny odznaczającej się zawsze żarliwością religijną, kościół powrócony został katolikom, a było to za panowania u nas Zygmunta III, w czasie wielkiej reakcji religijnej. Gdy zaś za czasów Zygmunta III katolicy swój kościół odzyskali, nie było komu opiekować się upadającym kalwinizmem i budować nowy zbór. W czasie to tego ucisku religijnego, jakby dla pocieszenia serc strapionych, w tym miejscu gdzie teraz stoi kościół parafialny, przy rynku w miasteczku, objawiła się N. Maria Panna. Cudowne to zjawisko i śledztwo przeprowadzone dla sprawdzenia tego objawienia opisuje ks. Tomasz Sierosławski, doktor filozofii, pleban włoszczowski, dziekan kurzelowski, w księdze drukowanej w Krakowie 1751 r. w te słowa:
W miasteczku przy rynku, była chałupka do mieszkania nie sposobna od ubogiego mieszczanina opuszczona, jednak od niego dla wyjścia bydląt i ludzkiego przestrzegając ochędóstwa, zewsząd dobrze obwarowana. Przy tej chałupce na placu pustym dzieci igrając, okienkiem na południe położonem widywały nieraz dwóch statecznych mężów, domyślając się, że byli to św. Józef i Joachim, i poważną matronę tj. Maryję Pannę przechadzającą się po niej i świece gorejące i kapłana Mszę św. odprawiającego w tymże domku .
Wieść ta i nowina prędko rozeszła się po okolicy, zewsząd lud i możni panowie z hojnymi darami zjechali się, z których darów, jak czytamy na marmurowej tablicy w prezbiterium umieszczonej, pod dozorem i pobożną pracą ks. Stanisława Toczeńskiego, proboszcza miejscowego zbudowana była kaplica murowana na chwałę Boga, na pamiątkę objawienia się N. Maryi Panny ze św. Józefem i Joachimem. Z czasem, gdy coraz liczniejsze cuda dziać się poczęły w nowej kaplicy, napływ pobożnych był coraz większy. Kaplicę powiększono przez przybudowanie do jej głównej nawy dwóch kaplic przyległych, tej samej wielkości co nawa, tak iż powstał piękny i duży kościół w kształcie krzyża”.
Obecna świątynia została wzniesiona została w stylu barokowym z kamienia i cegły, w miejscu objawienia się dzieciom włoszczowskim 27 maja 1642 r. Najświętszej Marii Panny z Dzieciątkiem Jezus i w towarzystwie św. Joachima i św. Józefa. Posiada dwuprzęsłowe, zamknięte półkoliście prezbiterium, dwuprzęsłową nawę główną oraz dwie symetryczne kaplice. Obraz przedstawia Matkę Bożą Niepokalanie Poczętą z Dzieciątkiem na ręku w otoczeniu św. Joachima i św. Józefa. Zakupił go i sprowadził z Krakowa do Włoszczowy kanonik kolegiaty kurzelowskiej, ksiądz Jakub Chrostkowicz z Małogoszcza. W 2006 r. na pisemną prośbę biskupa kielckiego Kazimierza Ryczana do Ojca Świętego Benedykta XVI, Stolica Apostolska wyraziła zgodę na koronację cudownego obrazu we Włoszczowie. Uroczystość miała miejsce 3 czerwca 2007 r. – głowy Dzieciątka Jezus i Marii ukoronowane zostały papieskimi diademami poświęconymi przez papieża Benedykta XVI. Obraz koronował kard. Henryk Gulbinowicz. Od momentu koronacji włoszczowskie sanktuarium maryjne jest oficjalnie diecezjalnym sanktuarium rodziny
Papież Benedykt był (i jest) wybitnym intelektualistą, człowiekiem głębokiej teologicznej i duchowej refleksji.Przez fakt jego ustąpienia z urzędu Biskupa Rzymu ta prawda została jakby zapomniana. Chcąc ją na nowo przypomnieć postanowiłem przytoczyć wypowiedzi papieża Benedykta XVI na temat nowej ewangelizacji. Chcę to uczynić w oparciu o przemówienie – wówczas jeszcze kardynała, prefekta Kongregacji Nauki Wiary – wygłoszone
9 grudnia 2000 r. w Rzymie do katechetów i nauczycieli religii. Przyszły papież mówił wówczas o nowej ewangelizacji: Ewangelizować znaczy wskazywać (…) drogę – uczyć sztuki życia. (…) Najgłębszym ubóstwem jest dzisiaj nieumiejętność doznawania radości, znużenie życiem, postrzeganym jako bezsensowne i wewnętrznie sprzeczne. (…) Nieumiejętność doznawania radości jest skutkiem i zarazem źródłem nieumiejętności kochania, rodzi też zawiść, chciwość i wszelkie wady, które sieją zniszczenie w życiu jednostek i w świecie. Dlatego potrzebujemy nowej ewangelizacji.
Omawiając strukturę nowej ewangelizacji papież wskazywał, że poszukujemy – poza tą ewangelizacją permanentną, która nigdy nie została i nie może zostać przerwana – nowej ewangelizacji, zdolnej dotrzeć do świata, nie objętego ewangelizacją «klasyczną». (…) Nowa ewangelizacja nie może być próbą natychmiastowego przyciągnięcia – za pomocą nowych, bardziej wyrafinowanych metod – wielkich mas ludzi, którzy oddalili się od Kościoła. Nie, nie na tym polega obietnica nowej ewangelizacji. (…) Wielkie sprawy zawsze zaczynają się od małego ziarenka, a masowe ruchy są zawsze nietrwałe. W swojej wizji ewolucji Teilhard de Chardin mówi o «bieli początków» (…) Inaczej mówiąc: wielkie sprawy mają skromne początki. (…) Św. Paweł pod koniec swego życia był przekonany, że zaniósł Ewangelię aż po krańce ziemi, ale chrześcijanie tworzyli wówczas małe wspólnoty rozproszone po świecie i wedle doczesnych kryteriów byli pozbawieni znaczenia. W rzeczywistości jednak byli odrobiną zaczynu, który od wewnątrz przenika ciasto, i nosili w sobie przyszłość świata. (…) Nowa ewangelizacja musi wpisać się w tę tajemnicę ziarnka gorczycy i nie powinna zabiegać, aby natychmiast wyrosło z niego wielkie drzewo. (…) powinniśmy przyjąć tajemnicę, że Kościół jest zarazem wielkim drzewem i małym ziarenkiem. W dziejach zbawienia zawsze trwa jednocześnie Wielki Piątek i Niedziela Wielkanocna.
Omawiając metody nowej ewangelizacji Benedykt XVI przypominał:
Musimy (…) rozumnie stosować nowoczesne metody, żeby nas słyszano, albo lepiej – aby głos Boży był słyszalny i zrozumiały. Nie chcemy, aby słuchano nas dla nas samych, nie próbujemy powiększać władzy i zasięgu naszych instytucji, ale pragniemy służyć dobru człowieka i ludzkości tworząc przestrzeń dla Tego, który jest życiem. (…) Nie mamy zdobywać ludzi dla siebie. Mamy ich zdobywać dla Boga w imieniu Boga. Wszystkie metody są jałowe, jeśli nie mają fundamentu w modlitwie. Przepowiadane słowo musi zawsze wypływać z głębokiego życia modlitewnego. (…) Jezus nie odkupił świata pięknymi słowami, ale swoim cierpieniem i śmiercią. Jego męka jest niewyczerpanym źródłem życia dla świata; męka nadaje moc Jego słowom. (…) We wszystkich okresach dziejów wciąż na nowo sprawdzały się słowa Tertuliana: krew męczenników jest zasiewem. (…) Matka nie może dać życia dziecku bez cierpienia. Każdy poród wiąże się z cierpieniem, jest cierpieniem, a stawanie się chrześcijaninem jest porodem.
Wskazując zasadnicze treści nowej ewangelizacji papież wymienił cztery tematy teologiczne, fundamentalne dla tego zagadnienia. Zaliczył do nich: nawrócenie, Królestwo Boże, Jezus Chrystus, życie wieczne. Pochylając się nad sensem nawrócenia papież mówił: Greckie słowo odpowiadające naszemu «nawrócić się» znaczy: przemyśleć, poddać rewizji życie indywidualne i społeczne; pozwolić Bogu wniknąć w zasady rządzące naszym życiem; w osądach nie kierować się już rozpowszechnionymi opiniami. Nawrócić się znaczy zatem: nie żyć tak jak wszyscy, nie postępować tak jak wszyscy, nie usprawiedliwiać własnych dwuznacznych albo niegodziwych działań tym, że inni postępują tak samo; zacząć patrzeć na własne życie oczyma Boga; a zatem szukać dobra, nawet jeśli jest to niewygodne; nie opierać się na osądzie wielu, na osądzie ludzkim, ale na osądzie Bożym. (…) «Nawrócenie» (metanoia) znaczy: uwolnić się od samowystarczalności, dostrzec i pogodzić się z tym, że potrzebujemy innych i Innego, Jego przebaczenia i przyjaźni.
Nauczając o Królestwie Bożym papież przypominał: W orędziu Jezusa słowo kluczowe brzmi: Królestwo Boże. Jednakże Królestwo Boże nie jest rzeczą, strukturą społeczną lub polityczną ani utopią. Królestwo Boże znaczy: Bóg istnieje. Bóg żyje. Bóg jest obecny i działa w świecie, w naszym i w moim życiu. Bóg nie jest odległą «pierwszą przyczyną», nie jest «wielkim architektem» deistów, który puścił w ruch machinę świata, a teraz stoi rzekomo na uboczu. Przeciwnie – Bóg jest rzeczywistością najbardziej obecną i decydującą w każdym akcie mojego życia, w każdym momencie dziejów. (…) prawdziwym problemem naszej epoki jest «kryzys Boga», nieobecność Boga zamaskowana pustą religijnością. Teologia musi na powrót stać się teo-logią, rozmową o Bogu i z Bogiem. (…) Głosić Boga znaczy wprowadzać człowieka w relację z Bogiem: znaczy uczyć modlitwy. Modlitwa to wiara w działaniu. Tylko dzięki doświadczeniu życia z Bogiem oczywiste staje się Jego istnienie. Dlatego tak ważne są szkoły modlitwy, wspólnoty modlitwy. Modlitwa osobista («we własnej izdebce», w samotności przed obliczem Boga), wspólna modlitwa «paraliturgiczna» (pobożność ludowa) oraz modlitwa liturgiczna wzajemnie się uzupełniają. (…) Rozmowa o Bogu musi zawsze iść w parze z rozmową z Bogiem. Głoszenie Boga to prowadzenie do komunii z Bogiem w braterskiej wspólnocie, ustanowionej i ożywianej przez Chrystusa. Dlatego liturgia (sakramenty) to nie jest temat uboczny, towarzyszący przepowiadaniu żywego Boga, ale konkretne urzeczywistnienie naszej relacji z Bogiem. (…) Nasz sposób sprawowania liturgii jest często zbyt racjonalistyczny. Liturgia staje się nauczaniem, które chce przede wszystkim być zrozumiałe. Konsekwencją tego jest nierzadko banalizacja misterium, nadmiar naszych słów, powtarzanie utartych zwrotów, które wydają się łatwiej dostępne i lepiej odbierane przez ludzi. Jest to jednak błąd nie tylko teologiczny, ale także psychologiczny i duszpasterski. Moda na ezoteryzm oraz rozpowszechnianie się azjatyckich technik relaksu i wewnętrznego wyciszenia świadczą o tym, że w naszych liturgiach czegoś brakuje. Właśnie w naszym dzisiejszym świecie potrzebujemy ciszy, tajemnicy ponadindywidualnej, piękna. Liturgia nie jest wynalazkiem celebrującego ją kapłana ani zespołu specjalistów; liturgia («obrządek») rozwijała się w ramach organicznego procesu trwającego stulecia, jest owocem doświadczenia wiary wszystkich pokoleń. Choć uczestnicy nie rozumieją może wszystkich słów, pojmują jej głęboki sens, odczuwają obecność tajemnicy, która przekracza wszelkie słowa. Celebrans nie stanowi centrum akcji liturgicznej: nie stoi przed ludem we własnym imieniu – nie mówi od siebie i za siebie, ale in persona Christi. Nieistotne są zdolności osobiste celebransa, ale jedynie jego wiara, przez którą przeziera obecność Chrystusa.
Kontemplując osobę i misję Jezusa Chrystusa Benedykt XVI stwierdził: Bardzo silna jest dziś pokusa sprowadzania Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, wyłącznie do czysto ludzkiej postaci Jezusa historycznego. (…) Ale ten «Jezus historyczny» jest sztucznym tworem, wizerunkiem swoich twórców, a nie obrazem żywego Boga (…) To nie Chrystus wiary jest mitem; to tak zwany Jezus historyczny jest postacią mitologiczną, wymyśloną przez różnych interpretatorów. Dwustuletnia historia «Jezusa historycznego» jest wiernym odzwierciedleniem historii filozofii i ideologii tego okresu. (…) Iść za Chrystusem nie znaczy naśladować Jezusa jako człowieka. Taka próba nieuchronnie skończyłaby się niepowodzeniem, byłaby anachronizmem. Naśladowanie Chrystusa ma cel znacznie wznioślejszy: upodobnić się do Niego, czyli osiągnąć jedność z Bogiem.
A oto, co papież mówił na temat życia wiecznego i spraw ostatecznych człowieka: Człowiek (…) zostanie osądzony. Będzie musiał zdać sprawę. Ten pewnik pozostaje w mocy zarówno dla możnych, jak i dla prostaczków. (…) Jeżeli poważnie traktujemy sąd i odpowiedzialność, jaką on na nas nakłada, dobrze rozumiemy drugi aspekt tego orędzia, odkupienie – fakt, że Jezus na krzyżu bierze na siebie nasze grzechy; że w Męce Syna sam Bóg staje się adwokatem nas, grzeszników, a w ten sposób umożliwia skruszonemu grzesznikowi pokutę i daje mu nadzieję, którą przepięknie wyraża św. Jan: stając przed Bogiem będziemy mogli uspokoić nasze serca, bez względu na to, o co będą nas one oskarżać, bo «Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko» (por. 1 J 3, 19-20). Dobroć Boża jest nieskończona, nie powinniśmy jednak pojmować tej dobroci jako przesłodzonej czułostkowości, nie zważającej na prawdę.
Na zakończenie przyszły Biskup Rzymu apelował: tylko wówczas gdy miarą naszego życia jest wieczność, także nasze życie na ziemi jest wielkie i ma niezmierzoną wartość. Bóg nie jest konkurencją dla naszego życia, ale gwarantem naszej wielkości.
Grupą wiekową najbardziej podatną na wpływy internetu są ludzie młodzi. To właśnie oni jako pierwsi są „na bieżąco” we wszystkich nowinkach technicznych i elektronicznych wynalazkach.
Jednocześnie z racji młodego wieku nie nabyli jeszcze życiowego doświadczenia. Skutkuje to tym, że są dość bezkrytyczni w naśladowaniu propagowanych dziś trendów i pogoni za tym, co aktualnie modne. Właśnie dlatego swego czasu postanowiłem przeprowadzić wśród uczniów klas trzecich gimnazjum ankietę dotyczącą korzystania z internetu. Badanie to zostało przeprowadzone w jednym z miejskich gimnazjów na terenie województwa świętokrzyskiego. Miała ona dać odpowiedź na pytania: jak Kościół w Polsce może wykorzystać internet, aby dotrzeć ze swoim przesłaniem do ludzi młodych? Czy jest to w ogóle możliwe? Jak dziś wygląda „katechizacja w sieci” i jakie są jej osiągnięcia? W niniejszej pracy pragnę przedstawić wyniki moich badań. Na wstępie pragnę zaznaczyć, że pytania do ankiety ułożyłem sam a badanie to starałem się przeprowadzić w sposób obiektywny i rzetelny. Ankieta została przeprowadzona jednego dnia na grupie 60 uczniów. Byli to młodzi ludzie w wieku 16 lat, pochodzący ze środowiska miejskiego, jak również z okolicznych wiosek wchodzących w skład obwodu szkolnego. Każdy z nich ma na co dzień swobodny dostęp do internetu. internetZostało im przedstawione w formie pisemnej 12 pytań, na które mieli odpowiedzieć zgodnie ze stanem faktycznym. Ankieta była anonimowa – sądzę więc, że uczniowie nie mieli obaw, aby podawać prawdziwe informacje. A oto wyniki badania ankietowego:
Na pytanie jak często korzystasz z internetu ankietowani odpowiedzieli
– w dni robocze (pon.-pt.)
* do godziny dziennie 15%
* od 1 do 2 godzin dziennie 27%
* powyżej 2 godzin dziennie 58%
– w dni wolne (sobota, niedziela, ferie, wakacje)
* do godziny dziennie 3%
* od 1 do 2 godzin dziennie 3%
* od 2 do 3 godzin dziennie 23%
* od 3 do 4 godzin dziennie 18%
* powyżej 4 godzin dziennie 53%
Na pytanie jakich informacji najczęściej poszukujesz w internecie ankietowani odpowiedzieli (każdy uczeń podawał kilka odpowiedzi):
– związanych z pracą domową (także z religii) 62%
– zw. z rozrywką (filmy, gry, muzyka) 45%
– zw. z erotyką, seksem 8%
– zw. ze sportem i motoryzacją 18%
– wiadomości z kraju i ze świata 12%
Na pytanie z jakich portali, stron internetowych korzystasz najczęściej ankietowani odpowiedzieli (każdy uczeń podawał kilka odpowiedzi):
– facebook, nasza klasa 97%
– gadu-gadu, demotywatory.pl, you-tube 76%
– interia.pl, o2.pl, onet.pl, wp.pl 25%
– strony o charakterze pornograficznym 32%
– wikipedia, google 23%
– allegro 13%
– otomoto.pl 15%
Na pytanie jakie znasz chrześcijańskie portale, strony internetowe ankietowani odpowiedzieli:
– 88% nie zna żadnych
– 12% podało kilka adresów internetowych (m. in. wiara.pl)
Na pytanie jak często przeglądasz internet w poszukiwaniu informacji dotyczących wiary, Kościoła, szkolnej katechezy ankietowani odpowiedzieli:
– raz w tygodniu 5%
– raz w miesiącu 3%
– rzadko, bardzo rzadko 49%
– nigdy 43%
Na pytanie gdzie szukasz informacji o wierze ankietowani odpowiedzieli:
– w internecie 40%
– w książkach, podręcznikach 20%
– pytasz starszych, nauczycieli, katechetów 40%
Na pytanie czy uważasz internet za wiarygodne i rzetelne źródło informacji ankietowani odpowiedzieli:
– tak, raczej tak 67%
– nie, raczej nie 6%
– trudno powiedzieć 27%
Na pytanie czy uważasz, że należy wprowadzić możliwość spowiedzi przez internet ankietowani odpowiedzieli:
– tak, raczej tak 33%
– nie, raczej nie 64%
– trudno powiedzieć 3%
Na pytanie czy uważasz internet za bezpieczny środek komunikowania się ankietowani odpowiedzieli:
– tak, raczej tak 37%
– nie, raczej nie 35%
– trudno powiedzieć 28%
Na pytanie czy skorzystałbyś ze spowiedzi przez internet, gdyby była taka możliwość ankietowani odpowiedzieli:
– tak, raczej tak 37%
– nie, raczej nie 58%
– trudno powiedzieć 5%
Na pytanie czy wziąłbyś udział w rekolekcjach prowadzonych za pośrednictwem internetu ankietowani odpowiedzieli:
– tak, raczej tak 47%
– nie, raczej nie 48%
– trudno powiedzieć 5%
Na pytanie czy zdarzyło ci się uczestniczyć w jakimś łańcuchu modlitwy albo akcji dobroczynnej propagowanej w internecie ankietowani odpowiedzieli:
– nie 95%
– tak 5% (akcja Pajacyk Polskiej Akcji Humanitarnej).
Pozwolę sobie teraz na krótkie podsumowanie powyższych wyników. Niewątpliwie ludzie młodzi spędzają dużo czasu przed monitorem komputera – jak zauważyliśmy przeszło 50% uczniów przegląda internet w wymiarze kilku godzin dziennie (odpowiednio powyżej 2 godzin w dni robocze i powyżej 4 godzin w dni wolne od zajęć). Pozostają więc pod dużym wpływem internetu. Jest to dla nich bardzo opiniotwórcze medium. Zatem pole do popisu – jeśli idzie o Kościół i duszpasterstwo w sieci – jest spore. Ale jeśli przyjrzymy się, czego ludzie młodzi najczęściej szukają w sieci, to dla nas – katechetów, wychowawców czy rodziców – nie są to zbyt optymistyczne wieści. 97% ankietowanych systematycznie korzysta z portali społecznościowych, 76% z portali związanych z rozrywką. Ale aż 88% gimnazjalistów nie zna żadnego portalu chrześcijańskiego, a 43% w ogóle nie szuka w internecie informacji dotyczących wiary czy Kościoła (można przyjąć, że te 43% w ogóle nie szuka takich informacji, jest to grupa religijnie bierna). Pocieszający jest fakt, że 58% nie skorzystałoby ze spowiedzi za pośrednictwem internetu, nawet gdyby istniała taka możliwość, a 63% jest przeciwne, aby taką możliwość Kościół wprowadził. Nie wynika to raczej z braku poczucia bezpieczeństwa w sieci (55% uważa internet za bezpieczną formę komunikacji). Ale jeśli idzie o rekolekcje prowadzone za pośrednictwem internetu, to tutaj zdania są już mocno podzielone: 47% jest za, 48% jest przeciw. Dziś istnieją już techniczne możliwości, aby takie rekolekcje prowadzić. Może warto rozważyć opcję „internetowego wyjścia na pustynię”. Sądzę, że takie rekolekcje nie tyle miałyby zastąpić te tradycyjne, ile raczej je uzupełniać. Byłoby to także optymalne i wartościowe rozwiązanie dla ludzi terminalnie chorych, przykutych do łóżka z powodu choroby. Mogliby oni za pośrednictwem łącz internetowych uczestniczyć w rekolekcjach adresowanych specjalnie do nich. Ktoś powie, że to samo zadanie może wypełniać radio lub telewizja, ale wiadomo, że czas antenowy jest bardzo drogi i poszczególne stacje (z wyjątkiem Radia Maryja czy Telewizji Trwam) niechętnie go użyczają do takich celów. A w internecie byłoby to rozwiązanie śmiesznie tanie. Może więc warto przemyśleć opcję internetowych rekolekcji…
Biorąc pod uwagę popularność portali społecznościowych (facebook.com, nk.pl) sądzę, że można by je wykorzystać do celów duszpasterskich. Nie jestem fachowcem w dziedzinie informatyki czy medialnego marketingu, ale myślę, że za pośrednictwem tych właśnie portali można by „przemycać” chrześcijańskie treści (z użyciem przystępnego słownictwa i ciekawej grafiki). Ludzie młodzi raczej nie wchodzą na portale chrześcijańskie z tej choćby przyczyny, że nie są one popularne wśród rówieśników, a więc z natury rzeczy niszowe. Na „facebooka” czy „naszą klasę” młodzi wstąpią znacznie chętniej. I tu otwierają się dla nas – duszpasterzy i wychowawców – spore możliwości, także w dziedzinie propagowania akcji społecznie pożytecznych czy inicjatyw modlitewnych (przypomnijmy, że tylko 5% ankietowanych uczestniczyło w takich internetowych akcjach).
Reasumując: Kościół w Polsce (jest to moja prywatna opinia) jest zapóźniony jeśli idzie o wykorzystanie współczesnych, elektronicznych środków przekazu. Odłogiem leży katolicka telewizja, wiele do życzenia pozostawia chrześcijańska oferta radiowa. Internet to także dla wielu księży teren dziewiczy. Od czego należałoby zacząć? Moim skromnym zdaniem – w dziedzinie internetu – od zakładania i prowadzenia na bieżąco parafialnych stron internetowych. Dziś taka parafialna strona to widomy znak żywotności parafii – w myśl zasady „nie ma cię w internecie, to znaczy, że nie istniejesz”. Szkoda, że niewielu polskich księży to rozumie, traktując internet jako „szatański wynalazek” albo w najlepszym razie jako „zło konieczne”. Na szczęście sytuacja ta powoli ulega zmianie. Możemy obrażać się na cały świat i rezygnować z technicznych możliwości, jakie oferuje. Żebyśmy tylko pewnego dnia nie obudzili się jako katoliccy amisze, zupełnie wyalienowani z elektronicznej cywilizacji. Miejmy świadomość, że posługując się wyłącznie kartką i ołówkiem oraz przysłowiowymi „15 minutami” na niedzielnym kazaniu nie prześcigniemy światłowodów… I nie dogonimy młodych niosąc orędzie Ewangelii – a to już poważnie zaniedbanie.
Niedawno przeżywaliśmy Uroczystość Trójcy Przenajświętszej, która przypomniała nam wielką tajemnicę i jednocześnie jedną z głównych prawd naszej wiary – jeden jest Bóg, choć w Trzech Osobach. Podstawą komunii Osób Boskich w Trójcy Świętej jest miłość i jedność.
Tym boleśniejszy jest fakt, iż chrześcijanie w przeciągu dwóch ostatnich tysiącleci ulegli rozmaitym podziałom. Kościół Chrystusowy jest podzielony. Na szczęście od wielu już lat podejmowane są wysiłki w celu przywrócenia jedności chrześcijan, określane jako ekumenizm. Przez ekumenizm należy rozumieć całość działań podejmowanych przez różne Kościoły chrześcijańskie (katolicki, prawosławne, protestanckie) w celu przywrócenia jedności chrześcijan. Chodzi tu więc o wspólne modlitwy, akcje dobroczynne, inicjatywy ustawodawcze krajowe i międzynarodowe, dyskusje teologiczne, wzajemne poznawanie się i wzajemne przebaczanie historycznych krzywd. Jak łatwo zauważyć ekumenizm to nie dialog międzyreligijny, jak to często możemy słyszeć w polskich (i nie tylko polskich) mediach, które notorycznie mylą oba pojęcia, używając ich jako synonimów.
Dialog międzyreligijny dotyczy wyznawców różnych religii (chrześcijan, Żydów, buddystów, hinduistów, muzułmanów itd.), a ruch ekumeniczny dotyczy wyłącznie chrześcijan. Temat ekumenizmu wielokrotnie pojawia się w dokumentach ostatniego soboru oraz nauczaniu Jana Pawła II. Zechciejmy zatem wniknąć pokrótce w najważniejsze wypowiedzi Magisterium Kościoła.
dialog ekumeniczny
W Novo millennio ineunte (nr 48) papież Jan Paweł II napisał: „W Chrystusie […] Kościół nie jest podzielony. Jako Jego Ciało […] jest niepodzielny. Podział powstaje na płaszczyźnie historii, w relacjach między dziećmi Kościoła, jako skutek ludzkiej nieudolności w przyjmowaniu daru, który nieustannie spływa z Chrystusa-Głowy na Jego Mistyczne Ciało.” Ojcowie soborowi w Dekrecie o ekumenizmie napisali: „Nasi bracia odłączeni sprawują wiele obrzędów chrześcijańskich, które […] niewątpliwie mogą rzeczywiście rodzić życie łaski i należy uznać, że dają możliwość wejścia w komunię zbawienia. Tak więc same Kościoły i Wspólnoty odłączone, choć w naszym przekonaniu mają braki, nie są bynajmniej pozbawione wartości i znaczenia w misterium zbawienia”. (DE 3) „ Nie można też pomijać faktu, że wszystko, co łaska Ducha Świętego sprawia w braciach odłączonych, może posłużyć również do naszego [katolickiego] zbudowania”. (DE 4) „…jest dozwolone, a nawet pożądane, aby katolicy łączyli się w modlitwie z braćmi odłączonymi.
Takie wspólne prośby są nader skutecznym środkiem prowadzącym do uzyskania łaski jedności i właściwym znakiem więzów łączących katolików z braćmi odłączonymi”. (DE 8) „ Kościoły Wschodu i Zachodu przez wiele wieków kroczyły swoimi własnymi drogami, złączone jednak wspólnotą wiary i życia sakramentalnego […] Nie należy również pomijać faktu, że Kościoły Wschodnie od początku posiadają skarb, z którego Kościół Zachodni wiele zapożyczył w zakresie liturgii, duchowej tradycji i porządku prawnego. Nie można też nie doceniać tego, że podstawowe dogmaty chrześcijańskiej wiary […] zostały określone na soborach powszechnych, które odbyły się na Wschodzie”. (DE 14) „Ponieważ zaś owe Kościoły [Wschodnie] mimo odłączenia posiadają prawdziwe sakramenty, szczególnie zaś na mocy sukcesji apostolskiej kapłaństwo i Eucharystię, dzięki którym wciąż są z nami złączone najściślejszym węzłem, to pewien udział w czynnościach świętych […] w odpowiednich okolicznościach i za zgodą władzy kościelnej, jest nie tylko możliwy, ale i wskazany”. (DE 15) Sobór uznaje zarazem, iż poza organizmem Kościoła katolickiego „znajdują się liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy, które jako właściwe dary Kościoła Chrystusowego nakłaniają do jedności katolickiej” (por. KK 8) Z kolei Jan Paweł II w encyklice Ut unum sint zauważa: „Dzięki łasce Bożej nie zostało jednak zniszczone to, co należy do struktury Kościoła Chrystusowego, ani też komunia łącząca go nadal z innymi Kościołami i Wspólnotami kościelnymi.
Istotnie, elementy uświęcenia i prawdy, obecne w różnym stopniu w innych Wspólnotach chrześcijańskich, stanowią obiektywną podstawę komunii, choć niedoskonałej, istniejącej między nimi a Kościołem katolickim”. (UUS 11) „Poza granicami wspólnoty katolickiej nie rozciąga się próżnia eklezjalna. Liczne elementy wielkiej wartości […] znajdują się także w innych Wspólnotach chrześcijańskich”. (UUS 13) „Wzrost komunii, któremu towarzyszy nieustanna reforma, realizowana w świetle Tradycji apostolskiej, jest w obecnej sytuacji Ludu Bożego niewątpliwie jedną z najbardziej charakterystycznych i najważniejszych cech ekumenizmu”. (UUS 17) „Papież Jan XXIII […] mówiąc o innych chrześcijanach […] stwierdzał: o wiele mocniejsze jest to, co nas łączy, niż to, co nas dzieli”. (UUS 20) „Trzeba przyznać, że nadal nie osiągnęliśmy pełnej komunii. Jednakże-bez względu na podziały-zmierzamy drogą do pełnej jedności: do takiej jedności, jaką miał Kościół apostolski w samych swoich początkach”. (UUS 23) „Wspólnoty niegdyś ze sobą rywalizujące dziś w wielu przypadkach wzajemnie sobie pomagają”. (UUS 42) „Coraz częściej zdarza się, że zwierzchnicy Wspólnot chrześcijańskich wypowiadają się razem, w imię Chrystusa, na temat ważnych problemów dotyczących powołania człowieka, wolności, sprawiedliwości, pokoju, przyszłości świata”. (UUS 43) „Uprawniona różnorodność nie sprzeciwia się bynajmniej jedności Kościoła, ale przeciwnie-przysparza mu chwały i przyczynia się znacznie do wypełnienia jego misji”. (UUS 50) W odniesieniu do Kościołów Wschodnich powrócono po Soborze Watykańskim II do określenia Kościoły siostrzane. „Z kolei odwołanie wzajemnych ekskomunik usunęło bolesną przeszkodę natury kanonicznej i psychologicznej i stało się ważnym krokiem naprzód na drodze do pełnej komunii”. (por. UUS 56) „Pierwsze sobory są wymownym świadectwem tej trwałej jedności w różnorodności”. (UUS 61) „Coraz częściej chrześcijanie stają w jednym szeregu, aby bronić ludzkiej godności, szerzyć dobro i pokój, wcielać zasady Ewangelii w życiu społecznym, uobecniać chrześcijańskiego ducha w nauce i sztuce.
Coraz ściślej współdziałają, gdy trzeba zaspokajać potrzeby i leczyć rany naszej epoki: głód, klęski żywiołowe, niesprawiedliwość społeczną”. (UUS 74) „Współpraca wszystkich chrześcijan wyraźnie świadczy o tym, jaki stopień komunii już istnieje miedzy nami”. (UUS 75) Komunia jest „już doskonała w tym, co wszyscy uważamy za szczyt życia łaski: w męczeństwie aż do śmierci, w tej najprawdziwszej realistycznej komunii z Chrystusem, który rozlewa własną krew i przez tę ofiarę przybliża ku sobie tych, którzy niegdyś byli daleko”. (UUS 84)
Przytoczone wyżej wypowiedzi soborowe oraz nauczanie błogosławionego Jana Pawła II dobitnie ukazują nam, jak wielkie znaczenie winien mieć dla nas – katolików – dialog ekumeniczny, dialog z naszymi braćmi w Chrystusie. Za puentę tego artykułu niech posłużą słowa papieża-Polaka: „Miłość tworzy komunię osób i wspólnot. Jeśli się miłujemy, staramy się pogłębić naszą komunię i czynić ją coraz doskonalszą”. (UUS 21)
Oby kiedyś wszyscy chrześcijanie w końcu stali się jedno! Jeden Chrystus, jedna wiara, jeden Kościół.
Wyznawana wiara w Chrystusa winna być stale potwierdzana w codziennym życiu. Chrześcijaństwo możemy bowiem nazwać przede wszystkim religią świadectwa.
Właśnie takie świadectwo dnia powszedniego bardzo często stanowi motyw przejścia na chrystianizm. Faktem jest, ze dziś życie wielu osób pozostaje jedynie na poziomie deklaracji, które nie przekładają się na konkretne działania. We współczesnym świecie promowane są postawy konsumpcyjne, konformistyczne, a nawet hedonistyczne. Tym bardziej paląca jest potrzeba świadectwa.
nowa ewangelizacja
W Piśmie Świętym termin świadek (martyr) odnosi się przede wszystkim do Boga, który przez dzieło stworzenia i teofanie (objawienia) daje o sobie świadectwo. W Starym Testamencie termin świadek odnosi się także do Izraelitów – narodu wybranego. W Nowym Testamencie z kolei do osoby Jezusa Chrystusa. W Starym Testamencie pojęcie świadka ma głównie charakter prawny (procesowy) – świadek składa swoje zeznanie, aby mógł być wydany wyrok o winie bądź niewinności oskarżonego. Świadkiem o jedyności Jahwe jest dla narodów pogańskich naród żydowski – świadek wielkości i mocy Boga Izraelitów. Natomiast własnym świadkiem Jezusa jest Duch Święty. Jezusowe świadectwo jest zarazem samoobjawieniem się Jezusa wobec świata. Wyższość tego świadectwa nad innymi leży w osobie świadka i jego przesłaniu – Jezus jest jednocześnie podmiotem i przedmiotem świadectwa. W Nowym Testamencie możemy wyróżnić świadectwo dwojakiego typu: Pawłowego i Janowego. Świadectwo Janowe opiera się na tym, co apostołowie widzieli, słyszeli, czego dotykały ich ręce (ma więc ono charakter historyczno-apologetyczno-racjonalistyczny). Świadectwo Pawłowe natomiast ma charakter wewnętrzny – opiera się na mistycznym, duchowym przeżyciu. Dla św. Łukasza świadkami są apostołowie, ponieważ byli oni bezpośrednimi uczestnikami ziemskiego życia, nauczania i dzieł Jezusa oraz osobiście spotkali Zmartwychwstałego. W dziejach Apostolskich natomiast dawanie świadectwa staje się terminem technicznym na określenie głoszenia Ewangelii. Świadectwo o Jezusie składają zwłaszcza ci, którzy okazują wytrwałość w prześladowaniach, doznawanych z powodu wiary w Mistrza z Nazaretu.
Świadectwo wiary w Chrystusa uobecnia się we wspólnocie Kościoła. Można powiedzieć, że Kościół jest wspólnotą świadków i wspólnotą tworzoną przez świadectwo. Z drugiej strony sam Kościół składa świadectwo o swoim posłannictwie. Szczególnym miejscem chrześcijańskiego świadectwa w Kościele jest liturgia. To w niej człowiek jednoczy się z Bogiem. Zjednoczenie to osiąga swój szczyt w Eucharystii. Szczególne znaczenie ma w Kościele świadectwo osób konsekrowanych (pustelników, dziewic i wdów, zakonników i zakonnic, członków instytutów świeckich i stowarzyszeń życia apostolskiego, ale także diakonów, prezbiterów i biskupów). To oni są w pierwszej kolejności zobowiązani do dawania świadectwa chrześcijańskiego życia, opartego na radach ewangelicznych – czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Życie konsekrowane bowiem to stała forma poświęcenia się Bogu i Kościołowi. Środowiskami dla chrześcijańskiego świadectwa są także:
* życie małżeńskie i rodzinne,
* działalność społeczno-gospodarcza,
* działalność polityczna,
* współpraca międzynarodowa,
* kultura.
Świadectwo chrześcijańskie to także wzajemne relacje w rodzinie – rodzina opiera się na wzajemnej służbie męża i żony, na służbie rodziców dzieciom oraz współdziałaniu dzieci z rodzicami. Rodzina jest podstawową komórką życia społecznego i miejscem działalności duszpasterskiej. Małżeństwo chrześcijańskie jest symbolem zaślubin Chrystusa z Kościołem. Ponadto przez zrodzenie i wychowanie (także religijne) potomstwa małżonkowie uczestniczą w dziele stworzenia. Stąd też rodzina chrześcijańska jako „mikro-Kościół” powinna realizować w codziennym życiu przykazanie miłości. Uwydatniają ten fakt ewangeliczne porównania uczniów Chrystusa do soli ziemi, światła świata, zaczynu czy miasta położonego na górze.
Ważnym sposobem manifestowania i promowania chrześcijańskiego świadectwa jest także ludzka praca. Praca w aspekcie pozytywnym ukazuje się jako odwieczne powołanie człowieka do uczestniczenia w dziele Stwórcy. Przez pracę człowiek przekształca świat, poprawia warunki bytowania, kształtuje „nową ziemię”. Obowiązek pracy pochodzi od samego Boga i został przez Niego wpisany w porządek stworzenia. Zasadniczym owocem pracy jest doskonalenie człowieka, i to niezależnie od jej rodzaju, byle nie urągała ona jego osobowej godności. Z drugiej strony przez dobrze wykonywaną pracę chrześcijanin daje wyraz swojej wierności Bogu. Chrześcijańskie świadectwo pracy realizuje się w codziennym życiu poprzez uczciwe wypełnianie obowiązków, kompetencję w powierzonych zadaniach, solidność i rzetelność. Ważne jest także świadectwo dawane przez pracodawców – winni oni zapewnić godziwe wynagrodzenie, unormowany czas pracy, brak dyskryminacji czy aktywną pomoc przyszłym matkom.
Wreszcie szczytem chrześcijańskiego świadectwa jest męczeństwo. Szacuje się, że dziennie ginie śmiercią męczeńską aż 438 chrześcijan. Obliczono, że w ciągu dwóch ostatnich tysiącleci za wiarę życie oddało około 70 milionów chrześcijan, z tego 45,5 miliona stanowią męczennicy XX wieku. Męczennicy, jako świadkowie wiary, w sposób najdoskonalszy ukazują jej siłę i moc przemieniającą człowieka. Są zarazem heroicznymi obrońcami godności człowieka. Tertulian pisze: Christus in martyre est – osoba świadka jest symbolem obecności samego Boga, ikoną zjednoczenia z Chrystusem. Zauważmy, że w wypadku męczeńskiej śmierci człowieka ochrzczonego przelanie krwi gładzi popełnione grzechy (także ciężkie) i przywraca godność dziecka Bożego. Stąd też męczeństwo uchodzi za formę świadectwa „nadzwyczajnego”. Zwróćmy uwagę, że niewystarczalność naturalnego wytłumaczenia jest najwyraźniejsza właśnie w przypadku męczeństwa i ona właśnie ukierunkowuje ku poprawnemu rozpoznaniu i odczytaniu świadectwa, tzn. dostrzeżeniu jego aspektu nadprzyrodzonego.
Reasumując nasze rozważania należy stwierdzić, że w czasach relatywizacji prawdy, którą z trudnością można odróżnić od fałszu, oraz jej subiektywizacji, konieczne jest promowanie w świecie chrześcijańskiego świadectwa. Jest to nasz obowiązek, obowiązek z którego – jako świadkowie Chrystusa – będziemy kiedyś skrupulatnie rozliczeni
Jak to jest z tym chrztem dzieci?
Zalecenia dla rodziców i rodziców chrzestnych.
(na podstawie instrukcji Pastoralis actio, Obrzędów chrztu dzieci oraz Kodeksu Prawa Kanonicznego)
1) Sformułowania doktrynalne
Tak w Kościele katolickim jak i w Kościołach prawosławnych praktykę udzielania chrztu dzieciom uważa się za normę niepamiętnej tradycji. Najstarszy z obrzędów, pochodzący z początku III wieku, nazywany Tradycją Apostolską, zawiera taki przepis: „Chrzcijcie najpierw dzieci: wszystkie, które mogą mówić we własnym imieniu, niech same to czynią; jeśli natomiast chodzi o te, które nie mogą jeszcze mówić we własnym imieniu, niech mówią za nich rodzice albo ktoś z ich rodziny”. Natomiast św. Cyprian, uczestnicząc w Synodzie Biskupów Afrykańskich, oświadcza, że „żadnemu narodzonemu człowiekowi nie należy odmawiać miłosierdzia Bożego i łaski”. Dlatego też wspomniany synod, stwierdzając, że „wszyscy ludzie są równi”, niezależnie od wielkości i wieku, uznał za zgodne z prawem „udzielanie chrztu w drugim lub trzecim dniu po narodzeniu”. Synod w Kartaginie w 418 r. potępiał każdego, „kto utrzymywałby, że nie należy chrzcić dzieci co dopiero urodzonych”. A Sobór Powszechny w Vienne (1322 r.) stwierdził jasno, że „zarówno dzieciom jak i dorosłym przez chrzest zostaje udzielona łaska formująca i cnoty, a nie tylko zostaje odpuszczona wina [grzechu pierworodnego]”. Sobór Florencki w 1442 r. gani tych, którzy dążyli do odkładania tego sakramentu i upomina, że „należy jak najszybciej udzielać” chrztu dzieciom, „przez który zostają wyrywane spod panowania szatana i stają się przybranymi dziećmi Bożymi”. Sobór Trydencki powtarza nauczanie synodu w Kartaginie. Następnie, odwołując się do słów Chrystusa wypowiedzianych do Nikodema, twierdzi, że „po ogłoszeniu Ewangelii” nikt nie może być usprawiedliwiony „bez obmycia odrodzenia lub jego pragnienia”. Swoim więc nauczaniem i sposobem działania Kościół katolicki stwierdza, że poza chrztem nie zna innej drogi, która zapewniałaby dzieciom pewne wejście do grona zbawionych. Stara się więc, by nie zaniedbywać misji otrzymanej od Chrystusa, udostępniając wszystkim, którzy mogą być ochrzczeni, odrodzenie „z wody i Ducha Świętego”. Jeśli natomiast chodzi o dzieci, które zmarły bez chrztu, to Kościół może tylko polecać je miłosierdziu Bożemu, co rzeczywiście czyni w specjalnym obrzędzie pogrzebu. Natomiast fakt, że dzieci nie mogą osobiście wyznać wiary w trakcie udzielania sakramentu chrztu, nie jest bynajmniej przeszkodą, by Kościół udzielał im tego sakramentu.
2) Podbudowa prawna
O sakramencie chrztu mówią szczegółowo kanony 849 – 878 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Natomiast jeśli chodzi o udzielanie chrztu dzieciom, to przede wszystkim znajdują tutaj zastosowanie kanony: 851, 852, 857, 859, 864, 867, 868, 871, 872, 873 tegoż kodeksu.
3) Zalecenia duszpasterskie
Praktyka duszpasterska obejmująca chrzest dzieci powinna kierować się dwoma zasadami, z których druga jest podporządkowana pierwszej:
1) Chrzest – sakrament konieczny do zbawienia – jest znakiem i narzędziem uprzedzającej miłości Boga, wyzwalającym od grzechu pierworodnego i dającym udział w życiu Bożym; z zasady nie powinno się dzieciom odmawiać tego sakramentu.
2) Muszą być złożone zapewnienia, że ten dar chrztu, przez autentyczne wychowanie w zakresie wiary i życia chrześcijańskiego, będzie wzrastał, by osiągnąć całą swoją pełnię. Takie zapewnienia są na ogół składane przez rodziców lub bliskich, chociaż mogą być uzupełnione w różny sposób w ramach wspólnoty chrześcijańskiej (parafialnej). Jeśli zapewnienia nie są rzeczywiście szczere, można chrzest odłożyć. Jeśli wreszcie naprawdę brak takiego zapewnienia lub wprost odrzuca się je, chrztu należy odmówić.
Wielką wagę należy przyznać obecności i czynnemu uczestnictwu rodziców w sprawowaniu sakramentu chrztu. Ich udział jest ważniejszy niż rodziców chrzestnych, choć ich obecność jest także wymagana. Bowiem postawa rodziców chrzestnych ma wielkie znaczenie dla wychowania chrześcijańskiego dziecka. Należy również bardzo doceniać przygotowanie rodziców i chrzestnych do chrztu przez modlitwę i życie sakramentalne (coniedzielna Eucharystia, systematyczna spowiedź).
Może zdarzyć się sytuacja, że do duszpasterza zgłoszą się rodzice mało wierzący i tylko okazyjnie praktykujący lub nawet rodzice niechrześcijańscy, prosząc o chrzest dziecka z motywów godnych rozważenia. W takim przypadku, podejmując poważną i pełną życzliwości rozmowę, kapłan powinien postarać się o zainteresowanie ich sakramentem, o który proszą i wskazać na wagę przyjmowanych w związku z tym obowiązków. Jeśli przedstawiono wystarczające zapewnienia, do których należy zaliczyć wybór rodziców chrzestnych, którzy poważnie podejmą troskę o dziecko lub pomoc ze strony wspólnoty wierzących, kapłan nie powinien odmawiać udzielenia chrztu. Jeśli natomiast zapewnienie jest niewystarczające, chrzest należy roztropnie odłożyć. Duszpasterz powinien jednak być w kontakcie z rodzicami, by – jeśli to będzie możliwe – zostały spełnione warunki konieczne do udzielenia chrztu. Gdy warunki nie zostaną spełnione, można jako ostateczność zaproponować zapisanie dziecka do katechumenatu, który rozpocznie się w chwili pójścia dziecka do szkoły. Jeśli chodzi o zapewnienie, to za wystarczające należy uznać takie przyrzeczenie, które daje uzasadnioną nadzieję, że dzieci zostaną wychowane po chrześcijańsku.
W kontekście chrztu dzieci duże znaczenie posiada gorliwe duszpasterstwo obejmujące narzeczonych, gdy w grupach (na kursie przedmałżeńskim) przygotowują się do zawarcia małżeństwa, a następnie młodych małżonków. Kapłani są zobowiązani przypominać rodzicom, by pamiętali o obowiązku budzenia i rozwijania wiary u dzieci. Rodzice, mający obowiązek inicjacji religijnej swojego dziecka, powinni uczyć je miłowania Chrystusa jako bliskiego Przyjaciela. Mają też formować sumienie swojego dziecka zgodnie z zasadą, iż „rodzina jest Kościołem domowym” a „rodzice są pierwszymi nauczycielami wiary”.
Człowiek wierzący, niezależnie od swego stanu posiadania, wykształcenia i wieku, jest włączony w społeczność i to od najmłodszych lat. Jest prawdziwym animal sociale – istotą, która realizować się może jedynie w społeczności.
Jednym z podstawowych przejawów tej samorealizacji człowieka jest praca. Niewątpliwie praca […] warunkuje rozwój nie tylko ekonomiczny, ale także kulturalny i moralny osób, rodziny, społeczeństwa i całego rodzaju ludzkiego.
kryzys-ekonomiczny
Wszyscy mają prawo do uczestniczenia w życiu gospodarczym oraz obowiązek uczestniczenia, według własnych możliwości, w rozwoju własnego kraju i całej rodziny ludzkiej.
Taką definicję pracy podaje „Kompendium Nauki Społecznej Kościoła” (nr 269 i 333) i dodaje:
Podmiotowość nadaje pracy jej szczególną godność, która nie pozwala postrzegać jej jako zwykłego towaru lub bezosobowego elementu organizacji produkcji. Praca, niezależnie od jej większej lub mniejszej obiektywnej wartości, jest istotnym wyrazem osoby. (KNSK nr 271)
Największą społeczną bolączką w chwili obecnej – i to w skali globalnej – jest kryzys ekonomiczny, którego najsmutniejszym przejawem jest wzrost bezrobocia i poważne trudności na rynku pracy. Na ile ów kryzys jest wywołany sztucznie – to kwestia dyskusyjna. Ile jeszcze potrwa, jakich spustoszeń dokona – tego nie wiemy. Wróćmy zatem do kwestii pracy jako takiej i do zagadnień z nią związanych.
Najbardziej rzucająca się w oczy sprawa, to kwestia wynagrodzenia pracowników za wykonaną pracę. Jest to w dobie kryzysu temat niezwykle ważny. Dziś wielu przedsiębiorców, wskutek wzajemnych powiązań biznesowych, wpadło w tarapaty finansowe. Ich firmy znalazły się na skraju bankructwa. Utrata płynności finansowej i rynków zbytu na gotowe już produkty albo wydobywane surowce, często skutkuje wstrzymaniem wypłat dla pracowników zakładu albo masowymi redukcjami zatrudnienia. Tymczasem Kościół naucza:
Poważną niesprawiedliwość popełnia ten, kto odmawia wynagrodzenia we właściwym czasie i w odpowiedniej proporcji do wykonanej pracy lub je zatrzymuje. (KNSK nr 302)
Zatem wstrzymywanie wypłaty należnych wynagrodzeń stoi w jawnej sprzeczności z zasadą sprawiedliwości. Więcej – jest sprzeczne z duchem chrześcijańskim, który podpowiada, że człowiek w stosunku do rzeczy materialnych zajmuje miejsce nadrzędne i uprzywilejowane, bo jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga. Stąd właśnie wypływa szczególna godność osoby ludzkiej, a zatem i pracownika. Kościół zwraca uwagę na fakt, iż:
Szczególnym zadaniem przedsiębiorców jest rzeczywisty szacunek dla godności człowieka, wszystkich pracowników działających w przedsiębiorstwie. Oni stanowią najcenniejszy majątek przedsiębiorstwa. (KNSK nr 344)
Jak słusznie zauważa Jan Paweł II:
Człowiek zostaje potraktowany jako narzędzie produkcji, podczas gdy powinien on – bez względu na to, jaka pracę wypełnia – być traktowany jako jej sprawczy podmiot, a więc właściwy sprawca i twórca. (encyklika Laborem exercens nr 7)
Skoro pracownicy stanowią decydujący czynnik produkcyjny, to najgorszym z możliwych rozwiązań jest szukanie oszczędności w przedsiębiorstwach poprzez zaleganie ze świadczeniami wobec pracowników czy masowe zwolnienia. Taka sytuacja powoduje frustrację pracowników (a co za tym idzie obniżenie wydajności i efektywności pracy), strajki a niekiedy popycha pracowników do kradzieży majątku przedsiębiorstwa. Skutki długofalowe takich decyzji są jeszcze poważniejsze, bo w dobie ogólnoświatowego kryzysu problemy pojedyńczych zakładów kumulują się i mogą w konsekwencji doprowadzić do wybuchu powszechnego niezadowolenia np. w postaci rozruchów. A na fali takiego społecznego niezadowolenia nie raz w historii do władzy dochodziły opcje polityczne pozbawione zasad moralnych (por. rewolucja francuska 1789r., rewolucja październikowa w Rosji w 1917r., dojście Hitlera do władzy w Niemczech w 1933r.).
W tym kontekście można postawić pytanie: czy dziś – na początku XXI wieku – w dobie światowego kryzysu może powrócić w chwale atrakcyjny dla ludzi zubożałych (a często oszukanych) program tzw. teologii wyzwolenia? Osobiście uważam, iż idee proponowane ongiś przez zwolenników teologii wyzwolenia już się przeżyły. Owa „teologia” promowała idee marksizmu w zarządzaniu gospodarką. Tymczasem doświadczenie pokazało, iż system gospodarki socjalistycznej (system scentralizowany o charakterze nakazowo-rozdzielczym) jest kompletnie niewydolny. Mimo szumnych i pięknych haseł w żadnym kraju nie był on w stanie zapewnić obywatelom sprawiedliwszego podziału dóbr i usług niż w systemach wolnorynkowych. Mało tego – gospodarka socjalistyczna (ze swoim brakoróbstwem i marnotrawstwem) doprowadziła na skraj nędzy wiele krajów (że wymienię tylko PRL, NRD, Czechosłowację, Kubę czy Rumunię). Można powiedzieć, iż idee marksistowskie miały być lekarstwem na choroby kapitalizmu. Tymczasem lek okazał się groźniejszy od samej choroby. Osobiście jestem zdania, iż nie grozi nam triumfalny powrót teologii wyzwolenia jako racjonalnego rozwiązania problemów ludzi ubogich czy bezrobotnych. Bo nie da się tak naprawdę pogodzić przesłania Ewangelii z ideami marksistowskimi. Nie można wciskać Chrystusowi do ręki karabinu; Chrystus nie był typem palestyńskiego Che-Guevary sprzed dwóch tysiącleci. Jezus był Synem Bożym, który przyjął ludzkie ciało i cierpliwie znosił wszystkie niewygody ludzkiej egzystencji. A przez swoje posłuszeństwo Ojcu i wytrwałą pracę w stolarskim warsztacie jest dla nas wzorem chrześcijanina – pracownika.
Jakie zatem może być remedium na wzmiankowany wcześniej problem: zalegania pracownikom z wypłatami należnych świadczeń i masowymi zwolnieniami z zakładów? Najpierw należałoby ograniczyć do minimum kadrę administracyjną przedsiębiorstw, która z reguły pochłania spore środki finansowe. Ponadto należałoby obciąć fundusze przeznaczone na cele reprezentacyjne. Następnie porozumieć się z wierzycielami w celu przesunięcia terminów spłaty należności firmy. A dopiero gdy te działania okażą się niewystarczające, wówczas – w porozumieniu z załogą – ograniczyć pracownikom wysokość świadczeń (biorąc pod uwagę sytuację materialną rodziny każdego pracownika). Tylko taki schemat działań może ustrzec przed gwałtownym wybuchem niezadowolenia społecznego a w konsekwencji destabilizacją sytuacji w danym kraju czy regionie.
Zysk indywidualny podmiotu ekonomicznego, aczkolwiek jest on uczciwy, nie może być nigdy jedynym celem. Obok tego celu istnieje inny, równie podstawowy i ważny cel, jakim jest korzyść społeczna, która musi być realizowana w zgodności, a nie w konflikcie z logiką rynku. Wolny rynek, kiedy spełni wyżej wymieniane funkcje, działa na rzecz dobra wspólnego i na rzecz integralnego rozwoju człowieka, podczas gdy odwrócenie stosunku pomiędzy środkami a celami może zamienić go w instytucję nieludzką i wyobcowującą, z nie kontrolowanymi konsekwencjami. (KNSK nr 348)
Za puentę niniejszych rozważań niech posłużą słowa papieża Pawła VI:
Nauka społeczna Kościoła, pomimo że uznaje rolę rynku jako niezastąpionego narzędzia regulacji wewnątrz systemu ekonomicznego, podkreśla konieczność jego oparcia na podstawach moralnych, które zapewniłyby i jednocześnie zakreśliły odpowiednio przestrzeń jego autonomii. (List apostolski Octogesima adveniens nr 41)
Niedawno – 25 czerwca – przypadła 40. rocznica tzw. „wydarzeń czerwcowych 76” , kiedy to robotnicy Radomia, Ursusa, Płocka i innych ośrodków przemysłowych wyszli na ulice w proteście przeciwko drastycznym podwyżkom cen artykułów spożywczych. Rocznica tych wydarzeń niech będzie dla nas pretekstem do refleksji nad tzw. „dekadą Gierka”. Spróbujemy odpowiedzieć na pytania: jak wyglądało to 10-lecie? Jakie były gospodarcze osiągnięcia i porażki tamtego okresu? I dlaczego dziś Polacy z nostalgią patrzą na tamten czas?
W wyniku wydarzeń na Wybrzeżu w grudniu 1970r. – kiedy to wojsko i milicja otworzyły ogień do nieuzbrojonych robotników – ekipa Władysława Gomułki została obalona. Władzę w partii i państwie przejął nowy I sekretarz KC PZPR Edward Gierek, dotychczas I sekretarz KW PZPR w Katowicach. Mając opinię „dobrego gospodarza Śląska” Gierek przystąpił do realizacji nowej koncepcji gospodarczej, która miała polegać na zwiększeniu inwestycji i nakładów na przemysł ciężki przy jednoczesnym zwiększeniu stopy życiowej ludności, rozbudowie sektora usługowego i transportu. Sztandarowym hasłem gierkowskiej dekady był slogan: „Aby Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej”.
Na pierwszą połowę lat 70. w polskiej gospodarce przypadł okres ogromnego napływu kredytów udzielanych przez państwa zachodnioeuropejskie. Środki te lokowano w przedsięwzięcia giganty: Port Północny w Gdańsku, Huta Katowice, Trasa Łazienkowska i Wisłostrada w Warszawie, fabryki fiata w Bielsku-Białej i Tychach, elektrownia „Dolna Odra” i „Kozienice”, walcownia stali w Częstochowie, gigantyczna cukrownia w Łapach oraz setki innych. Pomysł ekipy Gierka na rozwój gospodarczy kraju był bardzo prosty: pożyczamy pieniądze na Zachodzie, budujemy zakłady, w których szybko uruchamiamy produkcję. Produkty eksportujemy spłacając w ten sposób zaciągnięte pożyczki i jednocześnie zapełniamy towarami rynek krajowy (tzw. „koncepcja samospłaty”).
Program taki w ramach gospodarki rynkowej miałby wielkie szanse powodzenia, ale nie w strukturach gospodarki socjalistycznej. Dlatego dość szybko Polska, nie potrafiąc sensownie wydać pożyczonych środków znalazła się w pułapce inwestycyjnej – nie mogąc spłacić zaciągniętych pożyczek, wobec konieczności spłaty odsetek, musiała zaciągać kolejne kredyty. Tak PRL wpadła w spiralę zadłużenia. Przykładem rozrzutności i braku racjonalności w wydawaniu środków jest chociażby budowa Huty Katowice (w tamtym okresie największego tego typu zakładu w Europie). Jej projekt pochodził jeszcze z 1968 roku. Początkowy koszt tej inwestycji szacowano na 25 miliardów złotych – ostatecznie budowa pochłonęła kilkakrotnie więcej. Surowce do tej huty sprowadzano z ZSRR i tam też, po odpowiednio zaniżonych cenach, sprzedawano jej produkty.
Polska miała zrealizować w polityce ekonomicznej „wielki skok inwestycyjny”. Został on zapoczątkowany w 1971 roku i był kontynuowany w latach następnych. Zwiększało się zatrudnienie, wzrastały dochody ludności i nakłady na inwestycje, w dużym tempie rosła konsumpcja. Ale wzrost konsumpcji i stopy życiowej obywateli nie były wynikiem wypracowania dochodu przez Polaków, ale konsekwencją kredytów, płynących szerokim strumieniem z Zachodu. Przed Polską otwarła się szansa wyjścia z zacofania technologicznego. Niestety napływ nowych technologii i pożyczone środki zostały źle wykorzystane. Powodem był system gospodarki socjalistycznej tzw. „nakazowo-rozdzielczy” – fatalne planowanie i zarządzanie, złe założenia inwestycyjne, nieumiejętne kierowanie przedsiębiorstwami, marnotrawstwo materiałów, niska jakość pracy, drenaż gospodarki przez ZSRR.
Szybki wzrost gospodarczy w pierwszej połowie lat 70. był możliwy wyłącznie dzięki pięciokrotnie wyższemu niż w czasach Gomułki strumieniowi kredytów zagranicznych. Zachodnie banki chętnie udzielały pożyczek, ponieważ spłatę gwarantowały rządy ich krajów. Do Polski napływały więc kolejne transze pieniędzy, umowy licencyjne, kupowano całe linie technologiczne, choć zacofana polska gospodarka nie była w stanie ich wykorzystać. Wysokość pożyczek została objęta tajemnicą państwową – wiedziało o nich jedynie ścisłe kierownictwo partyjno-rządowe. Rozkręcała się spirala zadłużenia, a zabrakło jednego organu koordynującego pozyskiwanie zagranicznych kredytów i sposób ich racjonalnego wydatkowania (kiedy widmo bankructwa zajrzało ekipie Gierka w oczy nie było winnego – odpowiedzialnością przerzucały się: Komisja Planowania przy Radzie Ministrów, Ministerstwo Handlu Zagranicznego i Ministerstwo Finansów).
Kierujący polską gospodarką w latach 70. importowali ogromne ilości paliw i surowców, ponieważ nasz przemysł był wysoce paliwożerny i energochłonny. W związku ze wzrostem cen paliw na rynkach światowych odczuła to boleśnie i polska gospodarka, a polskie produkty – stosunkowo niedrogie, ale mało nowoczesne – przegrywały konkurencję na rynkach światowych. Akcent inwestycyjny został położony na przemysł ciężki (górnictwo, hutnictwo), gdyż takie były naciski ze strony Moskwy – chodziło o rozwój gałęzi przemysłu związanych ze zbrojeniami (PRL jako członek Układu Warszawskiego w kwestiach wojskowych była całkowicie podporządkowana ZSRR). W metalurgii nakłady sięgnęły 250% (1971-76), w energetyce 75%. W przemyśle dominowało myślenie nieracjonalne i „gigantomania”: Huta Katowice, kopalnie węgla brunatnego w Bełchatowie, Zagłębie Lubelskie i inne.
Nikt nie zważał na ekonomiczne przesłanki ani na dewastację środowiska naturalnego. W wymianie handlowej cechą charakterystyczną był nierównomierny rozwój wielkości importu i eksportu. W latach 1971-75 eksport wzrósł o ok. 66%, ale import aż o ok. 105%. Deficyt w handlu zagranicznym rósł bardzo szybko. W obrocie ze Związkiem Radzieckim polska gospodarka ponosiła same straty. My musieliśmy kupować za dewizy drogie surowce, towary i technologie na Zachodzie, aby następnie, w ramach absurdalnych procedur RWPG, za ruble (tzw. ruble transferowe: 1 dolar = 0,62 rubla) sprzedawać gotowe produkty i licencje ZSRR. Do tego dochodziły wydatki zbrojeniowe – to Moskwa decydowała, ile dywizji Wojsko Polskie ma wystawić do ataku na Zachód (w tzw. „pasie nadmorskim”), ile czołgów, samolotów, okrętów mamy kupić w ZSRR, ile mostów
i przepraw mamy wybudować, ile schronów, baz i lotnisk radzieckich mamy na polskim terytorium utrzymać itd. Te wydatki wojskowe kładły się sporym cieniem na polską gospodarkę, która coraz bardziej dostawała zadyszki.
W rolnictwie początki rządów Gierka charakteryzowały się zwiększeniem produkcji żywności. W latach 1971-75 wzrosła produkcja mięsa (wyższe ceny skupu), przy jednoczesnym nieproporcjonalnie mniejszym wzroście produkcji zbóż – w konsekwencji konieczność importu pasz z zagranicy prowadziła do zaciągania nowych kredytów. Pozorne sukcesy rolnictwa były motywacją dla władz do kolejnego nacisku na akcję kolektywizacji wsi. W praktyce wobec wzrostu cen pasz i hodowli prowadziło to do zupełnej nierentowności sztucznie utrzymywanych Państwowych Gospodarstw Rolnych i kryzysu na rynku mięsnym. Produkcja żywności zaczynała być tak droga, że aż nieopłacalna. Dlatego od 1974 roku musieliśmy kupować żywność za granicą. Jednocześnie – co należy podkreślić – ekipa Gierka jako pierwsza wprowadziła ubezpieczenia dla rolników.
Sytuacja mieszkaniowa nie uległa znaczącej poprawie. Wzrosła liczba zawieranych związków małżeńskich (powojenny wyż demograficzny), a tymczasem ilość oddawanych do użytku mieszkań (bloków z prefabrykatów, z tzw. „wielkiej płyty”) była wciąż niewystarczająca; zwiększały się zaległości.
Nastąpiło realne obniżenie nakładów na budownictwo mieszkaniowe. W latach 1971-75 płace wzrosły, ale wobec braku wielu towarów na rynku pojawił się nadmiar pustego pieniądza w obiegu i inflacja. Negatywną cechą życia społeczno-gospodarczego stały się: alkoholizm, łapówkarstwo i protekcja. Niezmiennie obowiązywał system planowania w gospodarce (podporządkowany polityce ZSRR), jednak założenia te nie były w rzeczywistości realizowane. Statystyki zawyżano, problemy maskowano, realna sytuacja na rynku znacznie odbiegała od oficjalnych danych. Pierwsza połowa lat 70. przyniosła pierwsze symptomy nadciągającego kryzysu gospodarczego. Wobec dużych dysproporcji między konsumpcją a realnymi możliwościami polskiej gospodarki, podwyżki cen różnych artykułów stały się nieuniknione. 24 czerwca 1976 roku ówczesny premier Piotr Jaroszewicz na posiedzeniu sejmu zapowiedział wprowadzenie znacznej podwyżki cen, przede wszystkim na artykuły spożywcze. W wyniku tego wystąpienia w wielu zakładach pracy wybuchły strajki. Do najgwałtowniejszych zajść doszło w Ursusie i Radomiu, gdzie protestujący opanowali i podpalili gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR i domagali się cofnięcia zapowiedzianej podwyżki cen.
Do tłumienia protestów wysłano oddziały milicji (ZOMO), które brutalnie rozpędziły protestujących. Władze, zaniepokojone rozmiarami zajść, wycofały się z planowanych podwyżek. Jednak nie podjęto rozmów z robotnikami. Zamiast tego władze nazwały protestujących „chuliganami”, „warchołami” i „wichrzycielami”. Organizowano „spontaniczne wiece poparcia” dla polityki partii a środki masowego przekazu przeinaczały fakty, siejąc ordynarną propagandę. Podjęto akcje wymierzone w bezpośrednich uczestników protestów w Ursusie i Radomiu: miały miejsce liczne aresztowania; sądy i kolegia do spraw wykroczeń skazywały na kary więzienia i wysokie grzywny. Tymczasem władze, wobec braku cukru na rynku, zmuszone zostały do wprowadzenia kartek. Było to totalną kompromitacją (cukier ostatni raz reglamentowano podczas okupacji hitlerowskiej i tuż po zakończeniu II wojny światowej).
Polityka gospodarcza lat 1971-76 przyniosła załamanie ambitnych planów ekonomicznych i fiasko tzw. wielkiego skoku gospodarczego. Mimo to premier Jaroszewicz w 1977 roku zapewniał z trybuny sejmowej: „Niezbite fakty dają świadectwo prawdzie, że w naszym kraju nie było, nie ma i nie będzie kryzysu gospodarki”. Lansowany powszechnie slogan: „PRL dziesiątą potęgą gospodarczą świata” miał pokrycie tylko na papierze. Wielkie inwestycje nie zostały ukończone, nie przynosiły spodziewanego dochodu, pochłaniały ogromne środki potrzebne na ich zabezpieczenie bądź ulegały niszczeniu i rozkradaniu. Jeszcze dzisiaj w wielu miejscach w Polsce możemy spotkać „pomniki” tamtego szału inwestycyjnego. Zdarzało się np. że ekipy budowlane zalewały betonem filary, na których za kilka lat miała być przeprowadzona droga. Ale tej drogi nie zbudowano nigdy – zostały tylko sterczące w niebo betonowe słupy. Takich nigdy nie dokończonych inwestycji w skali całego kraju było tysiące. Zaciągnięcie nadmiernej ilości kredytów doprowadziły polską gospodarkę do totalnej zapaści.
Dochód narodowy w latach 1976-80 spadł o 7%. Spadła, i tak już niska, jakość pracy. Płace mimo to realnie rosły, co prowadziło do braku wielu produktów na rynku i pozarynkowego obrotu wieloma towarami, spekulacji oraz inflacji. Charakterystyczną cechą polskiej codzienności stały się coraz dłuższe kolejki po coraz większą ilość towarów. W latach 1976-80 pogłębiał się deficyt w dostawach energii elektrycznej do mieszkań i zakładów pracy (ogłaszano „20 stopień zasilania”, po czym wyłączono napięcie całym dzielnicom miast lub całym miejscowościom). Braki surowców i trudności płatnicze powodowały przerwy w pracy i nierytmiczność produkcji. Po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie władze podjęły próby przesunięcia pewnych nakładów w sferę produkcji konsumpcyjnej i na eksport przy jednoczesnym wyhamowaniu inwestycji (tzw. „manewr gospodarczy”), co wiązało się z niedoinwestowaniem innych działów gospodarki – przez to nastąpił dalszy spadek produkcji wielu towarów. Manewr się nie powiódł.
W rolnictwie również nastąpił kryzys i ogólny spadek produkcji spożywczej o ok. 8%. Wobec zbyt małej ilości pasz na rynku wewnętrznym zaszła konieczność dalszego importu zbóż, co powodowało wzrost zadłużenia. Zła sytuacja w rolnictwie była spowodowana złym zarządzaniem (faworyzowanie PGR-ów a dyskryminowanie gospodarstw indywidualnych) oraz nieurodzajami. Polska notowała wzrost deficytu w handlu zagranicznym. W konsekwencji zaciągania nowych kredytów i życia ponad stan, dług państwa w 1979 roku urósł do sumy ponad 22 miliardów dolarów, a jego obsługa pochłaniała 75% naszego eksportu. Do tego należy dodać konieczność spłaty odsetek od zaciągniętych kredytów, a w przypadku niespłacenia
w terminie – spłatę odsetek od odsetek! W tej dramatycznej sytuacji rząd PRL zaciągnął nowe kredyty (w 1980 roku jako zabezpieczenie pożyczki w jednym z banków RFN zadeklarowano złoża wanadu i tytanu, dopiero co odkryte na Suwalszczyźnie i jeszcze nie eksploatowane).
W drugiej połowie lat 70. drastycznie spadła stopa życiowa Polaków. Mimo dotowania przez państwo wielu artykułów spożywczych i przemysłowych statystyczny Polak musiał pracować znacznie dłużej, aby kupić chleb, telewizor, meble czy lodówkę, niż mieszkaniec któregoś z krajów zachodnioeuropejskich. Reakcją społeczeństwa na tę trudną sytuację – oprócz strajków – była satyra. Rozpanoszoną propagandę sukcesu ludzie wykpiwali parodiami przemówień partyjnych: „W programie dzisiejszego zebrania (mówi sekretarz partyjny) mamy dwa punkty – budowę obory i budowę socjalizmu. Ponieważ nie mamy cegieł ani drewna, od razu zajmiemy się budową socjalizmu”.
Koniec dekady Gierka przyniósł zapaść polskiej gospodarki – PRL stanęła na progu bankructwa a frustracja społeczeństwa groziła w każdej chwili wybuchem masowego niezadowolenia. Edward Gierek został usunięty (za aprobatą Moskwy) ze stanowiska I sekretarza KC PZPR we wrześniu 1980 na fali solidarnościowych strajków. Tak skończyła się dekada „życia na kredyt”.
Mimo tych wszystkich wyżej wymienionych faktów wielu ludzi wspomina epokę Gierka z nostalgią i nieukrywaną sympatią. Dlaczego? Pewnie dlatego, że system realnego socjalizmu – przy wszystkich swoich absurdach – gwarantował bezpieczeństwo socjalne i stałość zatrudnienia. Zgodnie z doktryną marksistowską wszystkich obywateli obowiązywał tzw. „nakaz pracy”. To powodowało, że nieważne, gdzie kto mieszkał, ale praca dla niego i tak była. Ponadto socjalizm epoki Gierka był bardziej otwarty na Zachód niż w siermiężnej epoce gomułkowskiej, a przez to bardziej „kolorowy” i „strawny” dla przeciętnego Kowalskiego (wystarczy wspomnieć o Coca-Coli, kolorowej telewizji, Fiacie 126p, wczasach w Bułgarii czy wyjeździe „na handel” do NRD, Jugosławii albo na Węgry).
Niektórzy mięli też możliwość wyjazdu na intratne kontrakty zagraniczne, gdzie pensje dostawało się w dolarach. To wszystko sprawia, że po latach ludzie przestali pamiętać o „przewodniej roli partii”, wszechobecnych kolejkach, inwigilacji SB czy uzależnieniu we wszystkich niemal dziedzinach życia od wielkiego brata ze wschodu. To normalny proces, że chcemy pamiętać to, co było dobre, a wypieramy ze świadomości przykre fakty. Poza tym życie na kredyt jest całkiem fajne… do momentu, kiedy przychodzi spłacać zaciągnięte długi.
Na koniec trzeba uczciwie powiedzieć, że Gierek „Drugiej Polski” nie zbudował, lecz w odróżnieniu od gen. Jaruzelskiego, (który też rządził przez dekadę i nie zbudował prawie nic), przynajmniej próbował.
Wielki Post 2015 jest już co prawda w połowie za nami, ale myślę, że warto przypomnieć, czym on tak naprawdę jest, oraz jakie ograniczenia na nas – katolików – nakłada.
–
Jak sama nazwa wskazuje Wielki Post jest czasem ważnym. Nie jest też zwyczajnym okresem postu, lecz jest najważniejszym postem z jakim spotykamy się w Kościele Katolickim. To czas mający na celu przygotować nas o odpowiedniego przeżycia Świąt Wielkiej Nocy. Dlatego też musimy odsunąć się od grzechu i na nowo nawrócić. Pomóc mogą nam w tym zalecenia Kościoła, a mianowicie: post, modlitwa i jałmużna, o których mowa w Ewangelii św. Mateusza (Mt 6, 2-18).
Tymczasem, we współczesnym świecie ten szczególny okres nierzadko niczym się nie różni od codzienności. Pomijam oczywiście stosunek do Wielkiego Postu osób nieuczęszczających na Mszę świętą, jednak bywa tak, że i my sami – dzieci Kościoła – nie jesteśmy w stanie podjąć głębszych wyrzeczeń. Ze wszystkich stron jesteśmy zalewani zaproszeniami do skorzystania z różnych przyjemności i jakże często nie potrafimy sobie ich odmówić. Myślę, że aby dobrze przeżyć ten szczególny czas, warto pochylić się nad wcześniej wspomnianym fragmentem Ewangelii św. Mateusza. Czytając wersy dotyczące postu, zadajmy sobie pytanie: Czy czasami nie próbujemy pogodzić nauki Jezusa Chrystusa z dzisiejszą rzeczywistością?
A konkretnie: Czy naprawdę, szczerze jesteśmy w stanie porzucić konsumpcyjny styl życia oraz własną, wygodną dla nas moralność? Wielkopostne zalecenia zachęcają nas do zawiązania jeszcze głębszej relacji z Chrystusem. Musimy pamiętać nie tylko o codziennej obowiązkowej modlitwie i niedzielnej Mszy, ale również o tym, aby samemu każdego dnia wyciągnąć dłonie ku Naszemu Panu. Ostatnim zaleceniem Kościoła Świętego, które ma nam pomóc w przygotowaniu do przeżycia Zmartwychwstania Pańskiego, jest jałmużna.
Należy pamiętać, że nie oznacza ona jedynie dobrowolnego datku materialnego przeznaczonego dla ubogich i potrzebujących. Jałmużnę możemy również składać poprzez bezinteresowne poświęcenie się bliźniemu. Czasami wystarczy poświęcić kilkanaście minut dziennie, wokół nas żyje na pewno wielu potrzebujących. Jednak bardzo często największą ich potrzebą jest po prostu poczucie bycia zauważonym. Takim osobom możemy podarować również swoją troskę czy też talenty. Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden wycinek z czwartek rozdziału Ewangelii św. Mateusza (Mt 4, 1-11). Znajdujemy w nim opis batalii duchowej, którą przeżył i zwyciężył Nasz Pan. Sam Chrystus dał nam najdoskonalszy przykład odpowiedniego przejścia przez okres Wielkiego Postu, czerpmy z tego wzoru każdego dnia.